w drodze

w drodze

sobota, 28 lipca 2007

Podroze mecza



W koncu trzeba bylo opuscic przyjazna Padwe i ruszac dalej. Wybralismy Bolonie. Nie tylko z uwagi na to, ze "proces bolonski" zmienil nasze zycia ;) Polecano nam to miasto. Przybylismy pociagiem. Okazlo sie, ze upal jest tak nieznosny, ze nie sposob poruszac sie. Znalexlismy najblizszy park i leglismy na trawie. Dopiero po kilku godzinach zabralismy sie za zwiedzanie. Szokiem okazala sie dzielnica uniwersytecka. Wszedzie spotkac mozna bylo panko-bestie (tak Wlosi nazywaja obdartych ludzi z psami). Lokalnym dilerom dobrze patrzylo z oczu, ale te dobermany...
Nieoczekiwanie w srodku miasta trafilismy na festiwal kultury francuskiej. Byla muzyka, byly stare filmy. Bylo nam tam bardzo przyjemnie. Przypadkowo znalezlismy tez jedno miejsce w centrum, gdzie utrwalono pobyt wielkiego poety, Polaka i Slowianina - Adama Mickiewicza. Dosc przyjemne, zwlaszcza ze wczesniej w Padwie spotkalismy Kochanowskiego :)

A w nocy wsiedlismy do kolejnego pociagu i ruszylismy do Genui. Dobrze jest przybyc do miasta rano, gdy nie jest jeszcze goraco. Jak zwykle najpierw ruszylismy na uniwersytet (darmowe toalety, automaty z tania kawa + architektura i atmosfera) i odwiedzalismy to miejsce jeszcze kilka razy tego dnia. Mury miasta i toalety uniwersytetu upszczone sa komunistycznymi symbolami, napisami wzywajacymi do walki, szablonami - jest nad czym sie zastanawiac. Niestety okazalo sie, ze i z tego miasta wszyscy klubowicze hospitality wyruszyli w swoje wlasne podroze. Waskie uliczki Genui to jest to co warto zobaczyc i powachac. Wraz z oddalaniem sie od centrum ilosc wrazen rosnie. Wpadlismy nawet na heroinistow w trakcie konsumpcji.

A poznym popoludniem postanowilismy w koncu odpoczac. Wyruszylismy na poszukiwanie kampingu. Bylismy tak spiacy, ze ledwo tam dotarlismy. Okazalo sie, ze jest duzo drozej niz mowili w informacji turystycznej. Czasami mielismy wrazenie, ze informacja we Wloszech jest po to, by mylic turystow. Strzalki (zwlaszcza w Wenecji) prowadza zawsze najdluzsza droga, tak by zahaczyc wszystkie lokalne sklepiki; oznaczenia informacji turystycznej sa tak pochowane, jak gdyby nikt nie chcial by zostaly znalezione. Na kampingu nie udalo nam sie wbic sledzi w skale, na ktorej kazano nam sie rozbic. Od razu wskoczylismy do morza. Nie tylko dlatego, ze za prysznice slono tam kasowano ;)

Rankiem bez zalu opuscilismy to miejsce z nadzieja, na zlapanie stopa. Na mapie autostrada wygladala na bardzo nieodlegla. Problem polegal na tym, ze piela sie wysoko nad naszymi glowami. Szlismy wiec wzdluz riviery, czasam przystawalismy przy co lepszych plazach. Ich lepszosc polegala na mniejszej kamienistosci. Okolica byla niezwykle malownicza, czasem przechodzilismy specjalnymi tunelami, ale zjazdu na autostrade nie bylo ani sladu. I tak przeszlismy z 15 km. Wieczorem, z Varazze znowu ratowalismy sie pociagiem. Pojechalismy jak najdalej sie dalo - do Ventimigli. Zdrezmnelismy sie jeszcze na dworcu i rano bylismy gotowi na wszystko. Krajobrazy wciaz malownicze, miejscowosc urocza, ale... mozna przywyknac. Sympatyczna Niemka, mieszkajaca we Wloszech, a pracujaca we Francji zabrala nas stamtad. Zaledwie kilkanascie kilometrow dalej, ale w koncu do Francji. Menton to niezwykle piekne miasteczko i ludzie mowia tam bardziej zrozumialym jezykiem ;) Zaraz po francuskim sniadanku ruszylismy stopowac dalej. Zabral nas Paryzanin. Niezwykle przyjemnie rozmawialo sie z nim, mieszy innymi o podobienstwie/rywalizacji kultury wloskiej i francuskiej (wino, moda, muzyka itp.) Francuska wydaje sie jednak bardziej intelektualna, moze przez to, ze Wlosi maja swoj maly RAI :)))

Dojechalismy do Aix en Provance! Miejscowosc Cezanna. Bylismy na nia przygotowani. Nie zdawalismy sobie jednak sprawy, ze tak wiele osob odwiedza te miejscowosc. Tloczno, ale milo. Informacja turystyczna jedna z najlepszych jakie widzielismy. Hospitalowicze oczywiscie w podrozy, wiec trafilismy na kamping - niebo, zwlaszcza w w porownaniu z wloskim: czysto, niedrogo, malowniczo, basen, wygodne lazienki, wybor miejsca nalezal do nas. Cyprysy wszedzie. Zostalismy tam na dwie noce. Niby mielismy odpoczywac, ale wieczorem zorientowalismy sie, ze nie mamy niczego do jedzenia. Poszlismy na ratunkowego falafla do centrum, byl tez melon. Wina po 22:00 nie chcieli juz nam sprzedac. Kiedy wrocilismy na kamping, okolica naszego namiotu pelna byla dymu o znajomym zapachu. Mimo to zasnelismy ;)

Drugiego dnia odwiedzilismy muzeum. G wpadla w zachwyt na widok wielosci ksiazek edukacyjnych dla dzieci wykorzystujacych motywy malarskie. Postanowilismy zapamietac ile sie da. Cieplo, milo i przyjemnie. Mimo pecherzy, rozsypujacego sie plecaka, ataku mrowek na ser plesniowy pozosawiony w namiocie (francskie mrowki zainteresowane byly tylko tym serem, owoce zostawily w spokoju).

Kolejnego dnia (nie bardzo kontroluje dni tygodnia) okazalo sie, ze mamy nocleg w Marsylii. probowalismy tam dostopowac, ale po 3 godzinach zwatpilismy. Radosnie wsiedlismy do autobusu. Niestety w trakcie jazdy okazalo sie, ze nasz host musi jednak gdzies wyjechac z miasta. Znowu z niczym. Doczlapalismy sie do informacji turystycznej. Tam nieoczekiwanie spotkalismy przesympatyczna polska rodzinke z Kanady podrozujaca po Prowansji. Zaczelo sie od rozmowy, potem zaprosily nas na nalesniki do portu i w koncu wyszlo, ze spedzilismy razem dobrych kilka godzin zwiedzajac to malowniczo polozone, portowe miasto. Dzieki nim zaczelismy sie zastanawiac czy to co robimy nie jest zbyt wielkim szalenstwem - pedzimy obolali pzez cala Europe, niewiele zwiedzamy, niewiele poznajemy, nie mamy czasu, ani mozliwosci odpoczacm nacieszyc sie widokiem, co rusz wpadamy w jakies ekstremalne sytuacje. Rozstalismy sie wieczorem. Zaraz po tym, gdy stwierdzilismy, ze trzeba cos zjesc naszym oczom ukazaly sie skrzynki pelne warzyw i owocow, ktore wyrzucono ze sklepu, bo nie byly dosc swieze. Pomidory, jablka, papryka, pomarancze... darowanemu koniowi nie zagladalismy w zeby :)) Wloczylismy sie po miescie do pozna. A rano podziwialismy przecudne wybrzeze i wyspy z najdluzeszj lawki na swiecie. Ten dzien postanowilismy poswiecic na wystopowanie sie z Marsylii. Coz to okazal sie za koszmar?! Miasto pokrecone jest niesamowicie, niby wszystkie drogi prowadza tam gdzie chcesz, ale nikt nie potrafi sie tam poruszac. Widzialem policjantow zatrzymujacych sie na srodku ronda i pytajacych o droge. W dodatku w miescie trudno o cien, od drzewa. Ale ilekroc otwieralismy mape, pochodzil ktos, by nam pomoc! I tak trafilismy w bardzo zacienione miejsce, gdzie postanowislismy zjesc lunch (nakupilismy owocow na jednym z przeuroczych targowisk). Ostroznie wyminelismy halasliwych bezdomnych. Jedlismy sobie wesolo, gdy doszlo do nas ze jedna z bezdomnych kobiet spiewa znajoma nam piosenke. To byla Edit Piaf, a piosenka miala tytul "Je ne regrete rien" - brzmialo to dosc niezwykle w wykonaniu bezdomnej wlasnie. Po poludniu znowu stopowalismy. Nikt sie nei zatrzymywal, ale co chwila podchodzil ktos i radzil przeniesc sie na lepsze miejsce. Schodzilismy cale miasto w ten sposob. Az do wieczora. Kolo 20:00 zatrzymala sie dziewczyna i zdesperowani dalismy sie zabrac do.... Aix en Provance. Liczylismy na to, ze zamkniemy sie tam w kafejce interenetowej na cala noc i nastepnego dnia... bedzie lepiej ;) Ta opcja okazala sie niemozliwa. Na kamping dojsc nei mielismy juz sil. Doszlismy tylko do jakiegos parku. Dobrze, ze zabralismy sie stamtad o 6:50, bo dokladnie o 7:00 uruchomilo sie automatczne spryskiwanie. W tym klimacie nie ma innego sposobu na utrzymanie zieleni. Szczesliwi i wypoczeci ruszylismy stopowac. Zabral nas portugalski kierowca. Chcial zabrac nas do Avignon, ale postanowilimy wysiasc na ogromnej stacji i sprobowac dojechac gdzies dalej tego dnia. Wczesniej bardzo chcielismy dostac sie do Avignonu, ale... w tej okolicy kazde miasto jest urocze, kazde ma swojego malarza, historie, zapierajaca dech architekture, przepyszne wina, soczyste owoce. Zycia nie starczy na wszystko. Stacja, jak zwykle najpierw wydala nam sie rajem, z ktorego wystopujemy sie szybko dalej, ale po 6 godzinach myslelismy juz o niej troche inaczej. W koncu zabral nas stamtad polski kierowca. Twierdzil, ze z daleka rozpoznal Polakow (i jakos mu wierze). Dojechalismy do nastepnej stacji, gdzie nasze usmiechy byly juz calkiem swobodne i naturalne (na poprzedniej byl to zaledwie grymas spowodowany razacym oczy sloncem), gdy na wyjsciu ze stacji znalezlismy wielki kamien z wpisami stopowiczow z calej Europy - szczegolnie uroczy byl jeden polski. Zabral nas Wegier na portugalskich balachach. nadlozyl drogim by dowiexc nas do Carcassonne, gdzie czekala juz na nas Marianne. Wspaniale jest u niej, wciaz tu jestesmy :) Pierwszego wieczora zabrala nas do swoich przyjaciol - na wies. Rozkoszna to byla kolacja, niezwykle ciche miejsce - dom przylegal do opuszczonego kosciola. Chlopaki, bo to para gejow byla, przygotowali prawdziwa wieczerze. Trawala chyba do 1:00, albo i pozniej. Okazalo sie, ze jeden z nich - Midi - jest wlascicielem ksiegarni, drugi (Gijon) - pelen przeroznych talentow, miedzy innymi robi meble.

Jutro, czyli w poniedzialek rano, ruszamy dalej.






1 komentarz:

abramasia pisze...

Pyszny blog! Z niecierpliwoscia czekam na ciag dalszy :D