w drodze

w drodze

wtorek, 31 lipca 2012

Kritiansand


Kristianand właściwie nie był w naszych planach, po protu został nam jeszcze jeden dzień kolejowy do zużycia przed 01. sierpnia i pomyśleliśmy, że zamiast tłuc się 8 godzin do Stavanger, zrobimy sobie przystanek gdzieś po drodze. A Kristiansand jest piątym największym miastem w Norwegii, więc wybór padł właśnie tam.

Trudno powiedzieć, żebyśmy zobaczyli miasto, bo właściwie oglądaliśmy je tylko po drodze na kemping przechodząc przez ulicę sklepową, typową dla miast skandynawskich, potem przez inną ulicę pełną salonów tatuaży i sex shopów, przez most, dalej wzdłuż domów przy wybrzeżu, gdzie zamiast samochodów mieszkańcy parkują jachty... Wyobrażaliśmy sobie, jakby to było, gdybyśmy tu mieszkali... spokojnie, luksusowo, nudno... w końcu zaczęlibyśmy prosić, wzorem Stewarta Lee, przyjaciół „Please, come and stay! Please, come and stay! Please, come and stay! Please, come and kill us!”.



Dalej droga się zgubiła i weszliśmy w gąszcze, tam trochę błądziliśmy przez krzaki, plażę i trawę, bo Piotrek robił wszystko, żeby ominąć górkę i wolał iść dziką drogą... Kemping miał być czterogwiazdkowy, z zewnątrz wyglądał tragicznie, ale w środku okazało się, że jest wewnętrzna plaża, kawiarnia i bajery. Zjedliśmy więc sobie kolację w towarzystwie mew, na skale z widokiem na plażę i boisko do siatkówki i pospacerowaliśmy trochę po wybrzeżu.





Rano też nie bardzo chciało nam się wychodzić, bo ciągle padało, więc ruszyliśmy dalej dopiero popołudniu. Trzeba było coś zjeść, bo dziwaczne, bardziej słone niż słodkie ciasteczka figowe nie wystarczały... Supermarket obok jakiś ubogi, podzielił się z nami wyłącznie bułkami i kefirem. Za to długowłosy pan stojący w w budce przed ratuszem z napisem „100% wegetariańskie jedzenie indyjskie” podzielił się pysznym daniem indyjskim i dwoma herbatami z mlekiem, które tu w Norwegii uczymy się pić :) 

 

Niestety pod względem pogody miasto jest gorsze niż jakiekolwiek inne do tej pory, deszcz i chmury zmieniały się dyżurem z palącym słońcem raz na kilka minut, a my gimnastykowaliśmy się to nakładając, to zdejmując płaszcze przeciwdeszczowe (Piotrek doszedł do wprawy i robił to już w marszu, mimo objuczenia dwoma torbami, plecakiem i kefirem). W słońco-deszczu też wbiegliśmy do pociągu i jedziemy już sobie w kolejnym pociągu z internetem na spotkanie Gacka :)