w drodze

w drodze

piątek, 20 lipca 2007

Padova

Z zabawnych spraw jakie wydarzyly sie w Ljubljanie, to przede wszystkim KUPA. Dziewczyna, ktora oprowadzala nas po stolicy zaposila nas m.in. na lody. Ale nagle okazalo sie, ze w menu w ktorym spodziewalismy sie pucharow lodowych znajdowala sie lista ze specjalami typu: kupa rafaello, kupa after 8:00.

Wyjazd z Ljubljany nie byl trudny. Stanelismy we wskazanym w przewodniku miejscu i po chwili... dolaczyla do nas kolejna para stopowiczow. Wkrotce podjechal wloski kierowca, ktory ucieszyl sie, ze jestesmy z Polski, bo akurat wkrotce jedzie tam na wakacje z rodzina. I wcale nie interesowaly go 'atrakcje turystyczne', ale zainteresowany byl pograniczem wschodnim, puszczami, lasami itp. Zabawne bylo i to, ze opiekunka jego dziecka jest z... Darlowa. Spedzilismy dobrych kilka godzin rozmwaiajac z naszym kierowca o wszystkim, bo akurat angielski nie byl mu obcy ;) A ze akurat tego dnia jechal do Bolonii, to zaproponowal, ze moze przewiexc nas dalej niz tylko do Triestu. Zawahalismy sie. Skonczylo sie na 1h w Triescie i pojechalismy z nim do Padwy! Nie moglismy uprzedzic o tym naszego potencjalnego hosta tam, bo zgubilismy notes z telefonami. Kiedy juz udalo nam sie z nim skontaktowac okazalo sie, ze Nicola wyjechal z miasta! na szczescie wyslal po nas swoich kolegow. Z Fabio i Enrico spotkalismy sie na najwiekszym placu Padwy. Zapieral dech, jest ogromny. Czasami po prostu jest tak, ze ladujemy w jakims miejscie, najczesciej na obrzezach, albo - jak w tym przypadku - w okolicach dworca i nie bardzo wiemy czego sie po miescie spodziewac. Kilka pierwszych godzin poswiecamy sprawom przetrwania. Padwa z poczatku wydawala sie 'taka sobie'. Okazalo sie jednak, ze to miasto jest tak stare, tak nasycone tworczoscia dawna, ze az powoduje u nas tzw. ciarki. W przewodnikach nawet nie wymienia sie tu zabytkow mlodszych niz 500 lat! A jednoczesnie ludzie tu zyja, mieszkaja, studiuja. I to jak studiuja! Trafilismy akurat na sezon obrony magisterek. Coz za przyjemnosc ogladac swiezo upieczonych magistrow, zabawnie przebranych, otoczonych przyjaciolmi i rodzinami, gdy na srodku miasta odczytuja poematy opowiadajace o tym, co przezyli jako studenci! Za kazdym razem, gdy myla sie w tresci, musza sie napic. A ze plakaty z ich wyczynami maja rozmiar A0... Przykro nam sie zrobilo, ze u nas tak nie ma. A Kochanowski mial ;)

Wracajac do chlopakow, ktorzy nas odebrali. Trudno bylo nawet powiedziec na poczatku ile mieli lat. Jacys duzi (bo i graja w rugby), bardzo wloscy cokolwiek to znaczy. jacys tacy nietypowi, przynajmniej jak na podroznikow (bo i nimi nie byli). Mieszkanie okazlo sie wielce dystyngowana studencka miejscowka - 9 osob mieszka tu. Ale nie codzinnie, wiec dostalismy pokoj. Wlasciwie pirwszym od czego zaczelismy zwiedzanie Padwy okazalo sie studenckie zycie nocne. Podstawowy drink to Spritz, wydaje sie niezbyt mocny, ale jakos nikt nie pamieta, zeby wypil wiecej niz 8. Dolaczyli do nas kolejni studenci: Manfred, Pietro... Nie pamietam, zeby kiedykolwiek wczesniej tak dobrze nam sie rozmawialo ze swiezo poznanymi ludzmi. Zaczeli od uczenia nas miejscowych i tradycyjnych przeklenstw: bog-swinia, bog-pies itp. (o Padwie mowi sie, ze to Miasto Swietych, ale jak widac reakcja mieszkancow na to jest czesto awersyjna - uslyszelismy nawet, ze "Bog jest wszedzie... i jest to bardzo irytujace") a potem rozmawialismy juz o wszystkim. Okazalo sie, ze ci wszyscy twardziele uwielbiaja dzieci, czesc z nich pracuje z nimi. Zalili sie, ze maja nawet problemy, gdy chca pocieszyc placzace dziecko. W kulturze przyjelo sie, ze facet interesujacy sie dziecmi jest prawdopodobnie pedofilem. Manfred, ktory niedawno scial wlosy, a pracuje z zakonnicami, zalil sie, ze z krotkimi to w ogole nie ma co podchodzic do dzieci. Co innego z dlugimi, jak P, nikt sie nie przejmuje dlugowlosymi, bo maja ich za komunistow. A komunisci jak wiadomo po prostu lubia dzieci :)) Wiele genderowych tematow podjelismy, jeszcze wiecej miedzykulturowych (zwlaszcza, gdy okazlo sie ze Enrico urodzil sie w Szwecji), uczylismy sie migowego jezyka wloskich pilkarzy i w ogole niezapomniany to byl wieczor. Tak zreszta jak i nastepny, nie mniej obfity.

Aha, wczoraj zrobilismy sobie wypad do Wenecji. Warto. Jest tak niesamowita jak ja opisuja. Na jednym z placow poza centralna czescia centrum spotkalismy wegierska pare, z ktora stopowalismy na wegiersko-slowenskiej granicy. Po pelnej zdumienia rozmowie, stwierdzilismy, ze pewnie nigdy wiecej juz ich jednak nie spotkamy (zamierzali jechac do Wiednia), ale... spotkalismy ich po 5 minutach.

1 komentarz:

brat pisze...

"zgubilismy notes z telefonami" to mnie rozbawiło ciut hehe..