w drodze

w drodze

niedziela, 15 lutego 2015

Po Łodzi na sucho

Wygląda na to, że pobiliśmy jakiś rekord. Trzy dni mieszkaliśmy w centrum Łodzi i nie zobaczyliśmy tej słynnej Piotrkowskiej. Tak to bywa, gdy jeździ się z trochę już starszym dzieckiem, którego nie da się już w takiej pełni kontrolować, jak to bywało z wtulonym w chuście maluchem. Bywa nieprzewidywalnie. Tym razem dopadło Jaśka przeziębienie, które najprawdopodobniej budowaliśmy wspólnie krok po kroku jeszcze w Toruniu. Suche powietrze w pokoju hostelowym, podmarznięcie na dworcu w oczekiwaniu na opóźniony pociąg, a potem przegrzany przedział i mnóstwo niepozwalających zasnąć atrakcji w Łodzi i wieczorem Janek gorączkował i zalewał się katarem. Pierwszy pełny dzień w Łodzi przesiedzieliśmy więc w mieszkaniu, próbując dojść do siebie. Za to rozmawialiśmy o mieście z wujkiem i ciocią. Dostaliśmy też od nich materiały do zapoznania się, z których - grozili - że będą nas odpytywać. Jednym z takich łódzkich naszych zadań był poniższy film. Spojrzenie na strukturę miasta z lotu ptaka, żeby dostrzec jej strukturę i ubytki, a potem oprowadzanie i ocena konkretnych przykładów korozji i renowacji złożyło się w tym wykładzie na dziwne wrażenie, że architekt jest takim stomatologiem miasta. Tylko sam naprawiać nie może. Cały ten przegląd robi bardzo zachęcające wrażenie. Lepsze niż nauczeni jesteśmy sami sobie wydobyć z tego dość osobliwego miasta. Dobrze byłoby wrócić do wielkomiejskiej Łodzi, kiedy zrobi się ciepło.



Poniedziałek był naszym ostatnim pełny dniem w wielkomiejskiej Łodzi. Janek wydobrzał na tyle, że udało nam się z nim wyjść. Poszliśmy do parku szukać kaczek. Kaczki są ważne w życiu dzieci. Znaleźliśmy kilka kaczek, mimo że woda w parku wydawała się skuta lodem. W parku namierzyliśmy też wiewiórkę i to też było wielkie dla Janka przeżycie. Potem ciągle pokazywał znak na wiewiórkę i mówił "jeden", jak gdyby chciał zobaczyć drugą. Park był duży, śniegu pełno, więc skorzystaliśmy z okazji, żeby się rozgrzać i zacumowaliśmy na chwilę w Palmiarni. Bardzo tam było ciepło i wilgotno - idealny mikroklimat dla przeziębionego dziecka, które powinno się trochę naoddychać ciepłym, wilgotnym powietrzem. W Palmiarni usiłowaliśmy karmić mięsożerne żółwie i ryby. Pokarm specjalny kupiliśmy (1 zło) razem z biletami wstępu (8 zło każdy), ale zwierzęta były już chyba przejedzone, bo na ogół nie były nami zainteresowane. Nie to, co kaczki.

Pokój zabaw w Tubajce

Spodziewaliśmy się, że Janek może w każdej chwili zasnąć lub przynajmniej wejść w marudny tryb, więc szukaliśmy miejsca, w którym moglibyśmy go przeczekać. Skierowaliśmy się do kawiarni w parku - Tubajka. Było to miejsce bardzo przyjazne dzieciom. Ceny mniej przyjazne rodzicom, ale postanowiliśmy wesprzeć to miejsce tak dobrze odpowiadające naszemu zapotrzebowaniu i tak fajne. Były też fajne książki z lokalnego wydawnictwa i skorzystaliśmy z okazji i kupiliśmy sobie jedną o piesku, który czegoś szukał, wydaną przez łódzkie wydawnictwo Ładne Halo.


Nasze dziwne rzeczy z rękami

Z Łodzi wyjechaliśmy pociągiem. Zła sława pociągów z Łodzi do Wrocławia w naszym przypadku okazała się przesadzona. Pociąg ładnie na nas czekał. Bez problemu kupiliśmy bilety z miejscami pod oknem i nikt nie dosiadł się do nas. A mieliśmy pewne etyczne obawy związane z kontaktami z innymi ludźmi. W końcu Janek przeziębiony i my też w nie najlepszej kondycji oboje jesteśmy, więc woleliśmy jechać izolowani. I tak też się stało. Dojechaliśmy bez opóźnień. A czas trwania podróży był idealny, bo Janek zdążył zasnąć i obudził się tuż przed stacją końcową.

sobota, 7 lutego 2015

Młyn wiedzy

A dziś zaczęliśmy od "Młyna Wiedzy". No może nie zaczęliśmy, bo najpierw było pyszne śniadanie w sali hostelu z przedziałami i latarniami kolejowymi. A jeszcze przed śniadaniem Jasiek długo próbował wygonić nas z pokoju i zabrać na dół do piłkarzyków i szachów. Wyglądało to mniej więcej tak, że stał przy drzwiach i przekonywał: "mama, tata, ty - idą - tam! sza!". Ewentualnie biegał od drzwi wejściowych do łazienkowych i przy jednych mówił "tam", a przy drugich "tam nie!". W końcu daliśmy się wyciągnąć, zeszliśmy na śniadanie. Gdy Jasiek znudził się jedzeniem znów zarządził "mama, tata, ty - idą - tam!" i ciągnąc nas za ręce zaprowadził nas do zabawy piłkarzykami i szachami w hallu. Potem jeszcze powrót na górę, podczas którego młody jakimś nagłym, choć dobrze przemyślanym ruchem wrzucił sobie szczoteczkę do zębów do kibla (drugą ręką uchylił sobie klapę). I wreszcie wyprawa pociągiem z naszej stacji (do której wbrew pozorom nie było łatwo dojść z budynku obok) do Torunia Wschodniego. Tam był Młyn Wiedzy.






Już na dole było fajnie, bo wielkie Wahadło Foucaulta - czyli kula robiąca "I-a" - zafascynowała nam dziecko. Trudno było nam jednak uwierzyć, że ten ruch wahadłowy może cokolwiek udowadniać, skoro kula czasami lekko podskakiwała na środku - oboje to zaobserwowaliśmy nie jeden raz. Potem wjechaliśmy na górę (zaczęliśmy od 6-tego piętra) i zaczęliśmy od eksperymentów ze światłem i promieniowaniem.

Piętro piąte: zachodziła obawa, że dalej już nie pójdziemy

W tym świetle kotek nie był widoczny, a bodajże w czerwonym był

Kalejdoskop


Niżej była sala z kolorami, ale najfajniejsze w niej były duże klocki, no i kotek, który raz namalowany to pojawiał się, to znikał w zależności od lampy. Jeszcze niżej były dźwięki i w następnej sali duże miękkie klocki. Ja wkręciłam się w robienie zjeżdżalni dla piłek, Piotrek w jakieś maszyny i mrówkojady, a Jasiek zrobił sobie odkurzacz i całą salę odkurzył.

Janek odkurza salę

Miała być mrówka

Dzieci do lat 2 i powyżej 35 mają tendencję do bawienia się obok innych,
a nie z nimi


Stamtąd powędrowaliśmy znów w dół do rzeki, czyli zabaw wodnych, a następnie szybko przechodząc przez piętro kosmiczne wylądowaliśmy w sklepiku. Co było głupie, bo naiwnie wierzyliśmy, że będą tam jakieś fajne i ciekawe zabawki, a w rezultacie wyszliśmy z jakimś maleńkim, a drogim samochodzikiem, który był naszą karą za wejście tam z dzieckiem, w czasie, gdy nadchodziła jego pora drzemki. Nastroje były już nerwowe o tej porze, więc zrezygnowaliśmy z planów obiadowych i opychając się zapasami pierniczków, zamówiliśmy taksówkę. Gdy dojechaliśmy do hostelu Jasiek mocno się ucieszył i wykrzykiwał do taksówkarza "Brawo!", po czym udawszy się na górę zaraz zasnął.

Wstrzeliwanie piłki wodą na zjeżdżalnię

Mokro

Piłki skaczące na fontannie
Wieczorem wyszliśmy jeszcze raz z domu i powędrowaliśmy do restauracji wegetariańskiej, którą nam poleciła koleżanka. Ale ta akurat była zamykana, bo to już była 19:00. Na szczęście wcześniej zauważyliśmy

W drodze do hostelu przez rynek Nowomiejski

piątek, 6 lutego 2015

Toruńskie pierogi i pierniki

Długo zastanawialiśmy się, gdzie spędzać tegoroczne ferie. Miała być Sycylia, a w końcu zdecydowaliśmy się na objazdówkę Toruń - Łódź - Wrocław. Heh, już nie pierwszy raz zastąpiliśmy ciepłą plażę polskimi zimnymi miastami - i pewnie tym razem także będziemy się zastanawiać czy było warto, no ale póki co wydawało nam się to ciekawą opcją, bo trochę mieliśmy już dość latania. Zwłaszcza na początku wydawało się, że będzie super, bo pobyt w Toruniu przyszedł nam do głowy, gdy zobaczyliśmy jakąś ofertę luksusów z parkiem wodnym. Gdy w końcu podjęliśmy decyzję, to oferta była już nieaktualna, ale pierniki zostały nam w głowach. No i znaleźliśmy ciekawą nową miejscówkę - taki kolejowy hostel, no i znając zamiłowanie naszego dziecka do pociągów i zegarów nie wahaliśmy się długo. Ruszyliśmy trochę się odprężyć, no i odwiedzić rodzinę i znajomków.

Witamy w podróży


Dworzec w Bydgoszczy: reklama to czy donos?

Kawa w termosie

W czwartek dojechaliśmy do Torunia. Wysiedliśmy z pociągu. Jaśkowi nie podobało się wysiadanie, więc się rozpłakał. Najprawdopodobniej przez to, że zabraliśmy mu telefon z włączoną latarką, bojąc się, że zgubi ją przy wysiadaniu. Wyglądało jednak tak, jak gdyby płakał, bo musi wyjść z pociągu. Na stacji remont. Wszystko rozkopane, opłocone, strzałki. Podążamy. Wylądowaliśmy w jakimś zamkniętym pomieszczeniu bez okien. Nie tędy droga. cofamy się i szukamy innego wyjścia z dworca. Niestety do przejścia są schody. Niby sobie radziliśmy jakoś ze znoszeniem i wnoszeniem wózka i torby na kółkach przy akompaniamencie lekko nieprzewidywalnych ruchów Janka, ale przez te schody i błoto, zaczęliśmy żałować, że wybraliśmy sobie do zwiedzania to miasto, a nie inne jakieś.

Zorza toruńska

Za późno jednak było już na szukanie miasta bardziej przyjaznego ludziom z wózkiem. Znaleźliśmy przystanek autobusowy, ale Janek zaczął marudzić, a my zaczęliśmy podejrzewać, że to nasenna marudność mu się włączyła, więc nie czekaliśmy, tylko wskoczyliśmy do taksówki i pojechaliśmy do naszego hostelu. Taksówkarz podjął się roli przewodnika, co było bardzo miłe. Trochę geografii, jakieś ciekawostki o reflektorach przez Wisłę, co ma symbolizować most jakiś. Dwa razy usiłował żartować, że jedziemy na przystanek Woodstock, a nie przystanek Toruń, ale my nietutejsi i nieogarnięci telewizyjnie, dlatego dla porządku podkreślaliśmy, że jednak zależy nam na hostelu o nazwie "Przystanek Toruń".

Na hostelu nie zawiedliśmy się. To jest to, co Jasiek z miejsca jest w stanie polubić. Duża ilość zegarów i pociągi. Jak weszliśmy, to nie wyszliśmy z hostelu przez kilka godzin. Najpierw czekaliśmy aż Janek uśnie, a potem aż się obudzi. W międzyczasie podjechała do nas koleżanka, która pracuje w Toruniu i porozmawialiśmy sobie o życiu, czyli o pisaniu doktoratów. A potem zgłodnieliśmy tak, że tylko patrzyliśmy, kiedy Janek obudzi się, żeby w końcu ruszyć i coś zjeść. W hostelu nie było czynnej cały czas restauracji. Chęć zjedzenia kolacji trzeba z wyprzedzeniem komunikować. Zorientowaliśmy się też, że nasz pokój przesiąkł dymem papierosowym i nie jest to kwestia wywietrzenia, więc poprosiliśmy o zmianę pokoju Teraz mamy mniejszy, ale na szczęście bez telewizora. No i bez smrodu. Niby człowiek się przyzwyczaja, tzn. świadomie nie czuje po jakimś czasie, ale jak zauważyła Gośka - lepiej nie obudzić się z bólem głowy, bo nie o to chodzi w wypoczywaniu.

W końcu Janek obudził się, więc ruszyliśmy do centrum. I od razu pierwszy szok - mróz. Jesteśmy wprawdzie na południu, na południu od Gdańska, ale daleko od morza i tu jest przeraźliwie zimno. Nic to, brnęliśmy dalej. Ładnie tu. Swojsko, czyli architektura poniemiecka, choć Gośce kojarzyło się centrum z Krakowem. Knajpy mają tu piwnice. Wylądowaliśmy w pierogarni. Zapowiadano mam, że to będzie hit, ale po przejrzeniu menu w internecie, byliśmy sceptyczni. To znaczy fajne miejsce, ale dla wegetarian z wyłączonym mlekiem, to możliwości manewru mieliśmy znacząco ograniczone. Pierogi z kapustą i grzybami, pierogi z ziemniakami i cebulą. Do tego po piwie bezalkoholowym i już. Drugi raz musielibyśmy zamówić to samo. Na szczęście kelnerka zorientowała się, że surówka z marchwi była na śmietanie, więc Janka też w pierogi wpakowaliśmy. W zasadzie to został urządzony jak robaczek z pewnej bajki. Który robaczek? No, może niektórzy zgadną jeśli powiemy, że do picia dostał sok jabłkowy, a pierogi były z jabłkami.

Ci, którzy poruszają Ziemię

Osły?

Podejrzliwie wobec pomniczków

Jak w domu


Powrót do hostelu okazał się trudny, bo Janek zaczął zanosić się płaczem, bo bardzo chciał być niesiony przez mamę. Inne opcje transportu nie odpowiadały mu wcale. Ani siedząc w wózku, ani "ijo-ijo", czyli stanie z tyłu, ani chodzenie, ani bieganie, ani nawet noszenie przez tatę. Był zmęczony pewnie było mu zimno. Było już dość nieprzyjemnie. Skończyło się na tym, że podróżował pod płaszczem taty i jakoś się uspokoił. Kupiliśmy też pierników trochę i poszliśmy spać.

piątek, 12 września 2014

Garść praktycznych porad wyniesionych z podróży do Porto

Znów wróciliśmy z podróży - trochę jakby mądrzejsi doświadczeniem, choć nie wiadomo, do czego miałoby się ono przydać. Może do kolejnego wyjazdu w to samo miejsce, ale tam się przecież nie wybieramy. Więc żeby nasza bezcenna nauka na błędach zupełnie nie zmarnowała się - podzielimy się nią z internetem.

Chusta i wózek
Chusta miała być alternatywą dla wózka. Trudno stwierdzić czy rzeczywiście była nam tym razem potrzebna. Mimo nieprzyjaznego ukształtowania terenu, dawaliśmy radę pchać wózek. A wózek ma tę zaletę, że mieści się na nim wszystko. I nawet jeśli udawałoby nam się pakować minimalistycznie za każdym razem, gdy rano opuszczamy mieszkanie, to wózek przydaje się do wiezienia zakupów, gdy wracamy na ogół wyczerpani wieczorem. Noszenie dziecka z przodu odpada, bo J jest już zbyt ciężki. Noszenie na plecach – nawet gdyby nam się to z J udało – uniemożliwiałoby wzięcie ze sobą zwykłego plecaka. A jeśli zrezygnujemy z wózka, to gdzieś te wszystkie nasze skarby musimy schować. Zostaje noszenie na boku. Jest wiele możliwości wiązań. P na razie lubi to (i w ogóle cały kanał Wrap you in love):




bo ma tę zaletę, że można je zawczasu przygotować i potem w razie potrzeby włożyć dziecko. Niestety straż graniczna na lotniskach jak dotąd zawsze życzy sobie wyplątania się z chusty przed przejściem przez ich bramki. Jest to (niestety) doskonała okazja, by poćwiczyć wiązanie.

Babcia umyka natrętnym gęsiom,
pchając nasz dobytek.
Podwieszany bagażnik wózka niestety oberwał się... znowu

Znaki migowe
Uczenie J znaków migowych i nasze próby rozumienia jego sposobu nazywania świata sprawiały nam codziennie dużo radości. Co rusz trafiały nam się nowe elementy świata, które trzeba było objaśnić dla J. Interesujące jest też dowiadywanie się, z czego składa się jego świat. Pies, piłka, koparka, telefon to elementy, które wychwyci zawsze, choćby z migawki telewizyjnej reklamy (oj dużo za dużo jest tych telewizorów w przestrzeni publicznej) czy zasłyszy w naszych rozmowach. A chcieć, to najczęściej chce mleka. Nie znamy się na bobo-migach, nie przechodziliśmy żadnego kursu. A pedagogami owszem jesteśmy, ale raczej od edukacji dorosłych. Po prostu słyszeliśmy, że takie komunikowanie się jest możliwe i praktykujemy je po swojemu. Nie nauczyliśmy dziecka jak jest mama i tata, ale udało nam się wymyślić znak na koguta, a J sam wymyślił i nauczył nas znaku na koparkę. Większość znaków jest intuicyjna, ale nie wszystkie są wystarczająco proste dla 15-miesięcznego dziecka, a kiedy zaczynaliśmy go uczyć, to był jeszcze młodszy. Jeśli więc nie mamy pomysłu, jak coś pokazać, to na ogół sprawdzamy dane słowo w słowniku słowników języka migowego: http://www.spreadthesign.com/ To znaczy - porównujemy, jak miga się na dane słowo w różnych językach (np. rower) i wybieramy najprostszy wariant. Samo porównywanie to świetna zabawa. P zawsze klika we flażkę czeską, szwedzką i indyjską, gdy zależy mu na znaku innym niż najbardziej uniwersalny. Czasami trudno jest pokazać dziecku wszystkie drobne, ale dla dorosłych istotne różnice. Przykładowo, różnice między tramwajem, metrem, pociągiem i autobusem wydają się dziwnie i niepotrzebnie wyostrzone. A dla J nawet motor i samochód dają się sprowadzić do jednego tym razem dźwięku "wwww", a ostatnio nawet "i-e" oznaczającego zegar, bo każdy z tych pojazdów ma przynajmniej po jednym liczniku prędkości.

Kask

Książki i inne zabawki
Książki to jedne z nielicznych zabawek, które rzucone przez dziecko za daleko nie polecą. Przebojem tego wyjazdu była składająca się z samych ilustracji książka „Mam oko na liczby” autorstwa Aleksandry i Daniela Mizielińskich. Zależało nam na oswojeniu lotnisk, ponieważ były najbardziej stresującą (nas) częścią podróży, w dodatku pobyt na nich składa się na przemian z czekania i podporządkowywania się kolejnym procedurom. Ta książka ma dwie strony poświęcone lotnisku, a obrazki są na tyle szczegółowe, że podczas każdego z czterech lotów znajdowaliśmy na nich coś wartego pokazania dziecku i porównania z rzeczywistością. Z podróży wróciliśmy ciężsi o 4 książki: dwie kupione na lotniskach (obie po francusku), jedną, mającą kształt ciągnika, kupioną w sklepie z używanymi rzeczami (po portugalsku) i drugą portugalską na temat spędzania wolnego czasu, zawierającą takie niby puzzle.

Świetne są też piłki - do zabawy w domu czy parku, ale przydają się nawet na lotnisku. Kiedy wracaliśmy przez lotnisko w Paryżu, zależało nam na aktywności J. Chcieliśmy żeby się ruszał, licząc na to, że łatwiej będzie mu potem znieść godziny na kolanach mamy. Do tego celu świetnie nadawała się piłka (gąbka otoczona gumowatym plastikiem), którą kopaliśmy po całej sali odlotów. Dobór piłki jest istotny, bo zbyt duża, zbyt twarda lub zbyt szybko tocząca się mogłaby spowodować za dużo szkód. A i bez tego cała zabawa była czasem stresująca, gdy J kopał piłkę w jedną stronę, a biegł w przeciwną. Swobodniej grało się przy dwójce dorosłych.
Koszmarne bramki wszelkie
Inwencja inżynierów jest spora w zakresie budowy różnych spowalniających przepływ ludzi przejść. To, czego nauczyliśmy się w Porto, to między innymi zasada, że jeżeli trzeba przejść przez automatycznie otwierającą się bramkę, bo nie da się jej wyminąć, to wózek bezpieczniej jest ciągnąć tyłem za sobą. To raczej ostrzeżenie niż praktyka – po prostu jedna ohydna bramka (kolejka linowa) zamknęła się na czole J. Zanim przejdzie się przez bramkę na lotnisku, to zamiast wypakowywać drobiazgi z kieszeni do ichnich pudełek, lepiej wpakować je o razu do bagażu podręcznego. Wówczas pakowanie się po przejściu przez kontrolę powinno przebiec szybciej. Mając dziecko do lat dwóch przechodzi się z lotniskowego terminala do samolotu przez bramki oznaczone jako priorytet. Do tego można wnosić wodę i jedzenie, bo to dla dziecka, a i czasem dla siebie da się coś w ten sposób przemycić.

Samolot
W samolocie najlepiej jest zajmować z dzieckiem miejsce przy oknie. Chodzi o to, że to jedyne siedzenie, gdzie można się jako tako wyciszyć podczas gromadnego ładowania się pasażerów do samolotu. A spokój jest bardzo ważny, bo dziecko na nasz stres i masę nowych bodźców reaguje na ogół płaczem. A tego chcemy uniknąć.

Mapy
W Porto turystom rozdaje się dwa rodzaje map. Jedna miejska, a druga komercyjna. Nie trzeba przekreślać komercyjnej, bo ma większy zasięg. Niby żyjemy w epoce mediów elektronicznych, więc papierowe mapy wydają się anachronizmem, ale... nie zawsze jest internet. W Porto łapaliśmy go w parkach i niektórych muzeach w ramach otwartej sieci Digital Porto Project. Mieliśmy dostęp do ichniej sieci FON, co teoretycznie miało oznaczać zasięg wszędzie, ale ze smartfona nie udało nam się podłączyć ani razu. Chyba każda stacja metra miała osobną, otwartą sieć, ale to poszatkowanie było irytujące. Trudno więc było nam zrobić użytek z przygotowanej mapy na Engine Google Maps – należało przepisać podstawowe informacje na mapy papierowe. Udało nam się zachować offline na smartfonie googlową mapę Porto, ale trudno się po niej nawigowało, gdy GPS nie pomaga ustalić aktualnej pozycji.
Największymi problemami wszystkich naszych map były:
a) brak wskazówek o kącie nachylenia ulic w Porto oraz
b) różne i słabo oznaczone skalowanie, przez co cały czas byliśmy zaskakiwani odległością miejsc od siebie.
No i oczywiście wytyczenie sobie jakiejś trasy na mapie nie gwarantowało, że będzie tam dobry chodnik czy dobra nawierzchnia (bruk!) albo że nie będzie tam właśnie trwał remont. Ale przynajmniej nasze podróże były trochę bardziej spontaniczne, bo co chwilę modyfikowaliśmy trasę wędrówki, a czasem kierowaliśmy się po prostu na azymut :)

Schemat oznaczeń kolorów linii metra dla daltonistów.
Kolejna linia będzie pewnie czarna.


Listę dobrych rad można by wydłużać, wracając do szczegółów wątków, które poruszyliśmy w poprzednich wpisach. Na zakończenie możemy trochę zamarudzić (i powyolbrzymiać), że w zwiedzaniu Porto z dzieckiem w wózku na pewno przydatna jest cierpliwość, zwłaszcza gdy próbujecie przechodzić przez ulice. System zarządzania ruchem jest tam po prostu źle zrobiony. Zaznaczamy, że wyzwaniem dla cierpliwości jest przekraczanie jezdni na świetle zielonym. Czerwone palą się dla pieszych ciągle. No chyba, że przyciśnie się przycisk na słupie, to wtedy – po odczekaniu dwóch cykli – włącza się dla pieszych światło zielone. W efekcie system wspiera ryzykowne zachowania, bo wszyscy piesi, po odstaniu kilku minut, ruszają na czerwonym. Wspólne oczekiwanie na zmianę świateł potrafi być jednak okazją do powierzchownej wymiany zdań i uśmiechów z przypadkowo spotkanymi mieszkańcami miasta. A społeczeństwa, jak wiadomo, nigdy dość.

I tyle nas widzieli...


Na deser czyli ostatni dzień zwiedzania, zostawiliśmy sobie „Pawilon wodny” obok największego parku w mieście, a podobno i w całej Portugalii. Zawiodło nas jednak przygotowanie, bo obiekt okazał się być w remoncie. Ale w parku spędziliśmy czas wspaniale i pewnie nie wybraliśmy się tam, gdyby nie nasza ciekawość i chęć zobaczenia nietypowej instytucji zajmującej się wodą. Żeby tam dotrzeć zrezygnowaliśmy ze zwiedzania muzeum narodowego (w niedzielę za darmo), w którym mogliśmy liczyć na XVIII-wieczne obrazy psów i ptaków, które z pewnością zachwyciłyby J (na ogół tylko te zwierzęta J zauważa na obrazach, a gdy to zrobi, trudno jest go od nich odciągnąć). Tak czy owak, zwiedzanie tego muzeum ograniczyliśmy do zmiany pieluchy w toalecie i wyciągnięcia zmęczonych nóg na kanapie w hallu.Zresztą tego dnia więcej rzeczy ominęliśmy - czasem celowo, czasem nie. Np. kościół Św. Franciszka chciałoby się zobaczyć, ale był nie po drodze, tak samo też z podróżą stateczkiem. Za to jedna z - podobno - najładniejszych na świecie księgarni, znana z Harry'ego Pottera odbijała od siebie turystów - bo niby niedziela...

Bliskie spotkania - piesek słusznie drżał ze strachu

To jest fajne

A to jest... bez palmy byłoby takie sobie  

Ślady dawnej świetności miasta
Poza miejscami, których nie zobaczyliśmy - z tego czy innego względu - były tez takie, które mimo wszystko zobaczyć się udało. Na przykład zegar z melodią i spacerującymi figurkami na ul. Św. Katarzyny - choć wyszliśmy z domu bez patrzenia na zegarek, to na miejsce dojechaliśmy dokładnie o 12:00 i akurat załapaliśmy się na show. Dla Jaśka, który jest zafascynowany wszelkimi zegarami (I-a!) było to fascynujące przeżycie.


Tak samo zresztą park, do którego w końcu dojechaliśmy - mimo zamkniętego pawilonu wodnego, było tam wszystko, co najlepsze - piłki, ptaki, pieski i dużo przestrzeni do biegania. No i jeszcze rowerzyści w kaskach. Chyba najlepsze miejsce w całym mieście, jeśli oceniać po radości, jaką sprawiło dziecku. Dużo lepsze niż oceanarium, które w tymże samym parku stało.


Epoka kamienia rzucanego


Wracając, przeszliśmy się jeszcze trochę wzdłuż oceanu, tam znów były nie lada atrakcje - latawiec i balon. Właściwie same dziecięce atrakcje tego dnia "zaliczyliśmy", ale sami przy tym też nieźle się bawiliśmy.

Spór na migi z tatą: P mówi "latawiec", J - "balonik".
Każde z nich widziało co innego, bo balon też był na tej plaży.

W poniedziałek przyszło nam w końcu wracać. Znów przez niby-Paryż (czyli pola i łąki, ale można było zjeść bardziej francuskie ciastka i kupić pamiątki oraz - co najważniejsze dla takich jak my kolekcjonerów - francuskie książeczki dziecięce). Nie było źle, choć 12 godzin w podróży potrafi jednak zmęczyć. Udało się na szczęście uniknąć opóźnień i przed 23:00 byliśmy w domu, gdzie czekała nas jeszcze oczywiście zabawa dawno niewidzianymi klockami i piłkami.



Niby pomaga babci...

...a po chwili uchodzi z jej bagażem


Podróże kształcą, męczą i brudzą
Po powrocie musieliśmy też odpowiedzieć sobie na pytanie „Czy było warto jechać do Porto?” Pytanie wydawać się może retoryczne, ale takie nie jest. Obejrzenie na własne oczy skutków wieloletniego już kryzysu finansowego w odległym mieście jest przedsięwzięciem dość kosztownym. A biorąc pod uwagę to, że J najbardziej zachwycało bieganie za piłką po parkach, zwierzęta, pachnące rośliny i zabawa z naszą trójką, to pytanie o sens męczenia się z samolotami wolimy sobie jednak na nowo otworzyć. Prawdopodobnie dużo lepiej odpoczęlibyśmy na jakimś aktywistycznym obozie gdzieś na zapadłej wsi. Naukowo niewiele wynieśliśmy z konferencji, bo rozdarcie między dzieckiem a pracą w słonecznych okolicznościach przyrody rozstrzyga się na ogół na korzyść dziecka. Na szczęście wiemy, że wartość podróży rośnie w czasie (w przeciwieństwie do wartości kupowanych przedmiotów), więc z czasem będziemy coraz bardziej zachwyceni tym, jak spędzaliśmy czas w Porto. Co zabawne, jednocześnie z dyskusją nad sensem takich podróży nasze oczy wychwyciły w sieci tanie możliwości lotu na Maltę. I cieszą się na tę myśl nie tylko oczy.


poniedziałek, 8 września 2014

Czarna turystyka i inne nie-wydarzenia w Porto

Na przedostatni nasz dzień zwiedzania zaplanowaliśmy muzeum sztuki współczesnej, które P wypatrzył jeszcze w Gdańsku czy Ustce jako jedno z najfajniejszych miejsc dla dzieci. Trochę zwątpiliśmy już wysiadłszy z metra, gdy przypomniało nam się, że darmowe bilety są w niedzielę, a w sobotę za to są gdzieś indziej. W końcu zdecydowaliśmy się nie zmieniać planów, zwłaszcza że od rana raz lało, raz popadywało i muzeum wydawało się dobrym pomysłem na taki dzień.

Nie bardzo wiedzieliśmy, jak dojechać tam autobusem, więc postanowiliśmy pojechać jak najdalej metrem, a potem uciąć sobie spacer. Zwłaszcza, że mogliśmy przy nim zahaczyć o największy i najstarszy chyba cmentarz (coś przeczytaliśmy, że dopiero od XIX w. chowano tu ludzi na cmentarzach, gdy zabroniono pogrzebów w kościołach). Podobno zwiedzanie cmentarzy klasyfikuje się jako rodzaj czarnej lub mrocznej turystyki, do której zalicza się także zwiedzanie miejsc aktualnych konfliktów zbrojnych. Ale my na cmentarzach szukamy historii miejsca, wytworów tradycji w tym ważnym dla ludzi momencie, a trafiamy często i na sztukę. Cmentarz rzeczywiście był ciekawy, głównie składający się z grobowców rodzinnych, niektórych ledwo trzymających się w pionie od nadmiaru wilgoci, innych zamieszkałych przez koty.


Grobowce małe i duże



Las krzyży

Kot

Uszkodzone drzwi interesującego grobowca odsłaniają trumnę


Potem zachciało nam się zobaczyć okoliczną synagogę – podobno największą na półwyspie iberyjskim. Na mapie była tak wielka, że nie mogliśmy poprawnie zlokalizować ulicy. Przypadkowo trafiliśmy na paradę jakichś tradycyjnie ubranych ludzi (może ślub?), którzy autobusem nawiedzili mały kościół, pierwotnie wzięty przez nas za synagogę. W obliczu nawracającego (?) deszczu i dalekiej drogi do muzeum, zrezygnowaliśmy z szukania świątyni i ruszyliśmy dalej.




Australijski aktor grający wikinga,
reklamujący coś na tle tęczy w Portugalii

Następnym przystankiem było muzeum sztuki współczesnej. Cieszyliśmy się, że udało nam się w nim schronić, bo zaraz po tym, jak tam dotarliśmy, porządnie się rozpadało. Ceny biletów wejściowych miło nas zaskoczyły, bo po skumulowaniu wszystkich możliwych zniżek, zapłaciliśmy wspólnie tylko 4 euro. Spodziewaliśmy się zapłacić duuużo więcej. Dzień wolny od opłat miał być przecież w niedzielę, ale nie zawsze kolejność zwiedzania udaje się ułożyć idealnie.

W muzeum J obudził się, gdy tylko G uruchomiła instalację „Sonic rotating geometrics”. I w zasadzie nie musielibyśmy nigdzie więcej chodzić. Ogromne grzechotki zafascynowały J na tyle, że w innych salach buntował się, żądając powrotu. A wśród wystawianych artystów stosunkowo wielu było z Polski, m.in. Wilhelm Sasnal.

Obracające się dzwoneczki


po lewej balon, a po prawej kawałeczek Sasnala



ok, inne rzeczy też są fajne, ale wracajmy do dzwoneczków

bunt, czyli dalej nie idę, wracajmy do dzwoneczków



Wystawa prac Marwana – pochodzącego z Damaszku i wykształconego w Berlinie malarza przyciągała i odpychała zarazem. Interesująco pękały u niego twarze, jak gdyby próbował wejść pod maski, lecz wszystko co wydobywał spod nich okazywało się jakoś potworne. A przynajmniej bezkształtne. Korespondowały z jego malarstwem prace poświęcone kelnerom, bo oni, choć – na ogół – anonimowi, zostali pokazani jako bohaterowie filmów szpiegowskich. Cóż...

Najciekawsza była chyba jednak instalacja inspirowana nie-wydarzeniem. Mianowicie w którymś tam roku, podczas którejś tam z wojen na tzw. Bliskim Wschodzie, jeden izraelski żołnierz odmówił zbombardowania szkoły i zrzucił do morza bomby, którymi obładowano jego samolot. Bohaterstwo jakich zawsze za mało. Problem jednak w tym, jak reprezentować takie ważne nie-wydarzenia. Nic się przecież nie stało. Tradycyjne media są w takich przypadkach bezradne. Nie ma żadnych krwawych obrazków. Sztuką jest w tym wypadku opowiedzenie historii przetrwania szkoły. Jest, a mogło jej nie być. Udało się to artyście całkiem nieźle.




Niektórzy całe życie mierzą się z tym problemem – jak opowiedzieć o swoim, pozbawionym wydarzeń, życiu? My też przeżywamy ten dramat jakoś, nie tylko w mniejszej skali. Oto wyszliśmy z domu rano i wróciliśmy wieczorem. Teraz mamy łatwo, bo jesteśmy w nietypowym dla nas miejscu i nawet jakieś wydarzenia się dzieją. Używamy też gadżetów tj. robienie zdjęć, filmów i map, żeby jakoś nadać sens temu, że był sobie taki oto dzień, podczas którego świat się nie zawalił i byliśmy zwyczajnie szczęśliwi... Ale w Gdańsku już tego nie opisujemy...


J na tle polskiej pracy inspirowanej zagładą 

W sklepie, poza sklepem, ze sklepu...



Potem był spacer po ogrodach muzeum. Rośliny – niby zwykłe, ale trochę inne niż u nas, no i zwierzęta – też zwyczajne, ale jakoś wcześniej J nie miał okazji widzieć krowy, owcy czy koguta na żywo. Wszystko przeplatane nieliczną sztuką tradycyjną, czyli rzeźbami. Urządziliśmy sobie seans wąchania w ogródku z ziołami, a pod pergolą z winogronami J krzyczał ciągle „am!” i się zajadał.
  

Wąchanie taty

Winogrona?




Takeśmy wąchali



Malinowski była kobietą? 





Pokazywanie koguta

Na badmintona nigdy nie jest za wcześnie









Pod wieczór przyszło nam stamtąd wracać. Najpierw udaliśmy się na drobne zakupy, a potem w kierunku rzeki, żeby unikając wzniesień dotrzeć do stacji metra. Sporo czasu nas kosztowało to unikanie wzniesień. Ale w drodze mieliśmy ciekawe widoki. Obserwowaliśmy opustoszałe częściowo nabrzeże, noszące ślady dawnych marzeń o świetności. Opuszczone statki, na których może kiedyś były restauracje, opuszczony hotel, chyba nawet nieotwarty, a już na sprzedaż. No i mieszkania w starych kamieniczkach, wielkości niewiele większej niż namiot (no chyba że budują je wgłąb...), zapadnięte, obdrapane. Mężczyźni wędkujący wzdłuż całego nabrzeża – czasem jeden pilnujący kilku wędek. I festiwal wina, pewnie kiedyś byśmy poszli, ale teraz mamy inne przyjemności. W sumie widoki dziwne, smutne – jak piszą Asia i Edi Pyrek, w książce, którą mamy tu ze sobą – Porto jest jak stara kobieta, słabo umalowana. Tu i ówdzie pokazuje bezzębny uśmiech, dawno zrezygnowała już ze wstawiania implantów. Dziwnie się patrzy na tę starość, gdy samemu jest się młodym, ale z drugiej strony, trochę jej nie żal, w końcu nachapała się w życiu kosztem innych, budowała bogactwo na handlu ludźmi, kością słoniową, na kolonializmie, opresji Żydów i na koniec na sprzedaży trunków, trochę jak umierająca burdel-mama, chwalona jeszcze za dawną piękność zatwierdzoną nawet przez UNESCO, ale już coraz rzadziej odwiedzana...