w drodze

w drodze

środa, 15 sierpnia 2007

Ecotopia

Trudno opisac w kilku zdaniach czym jest i jak to jest byc na Ecotopii. A musze sie streszczac, bo czasu mam nieduzo. Jest to taki coroczny zjazd aktywistow (ze szczegolnym odchyleniem w kieruku ekologii) z calego swiata. W zeszlym roku na Slowacji, w przyszlym w Turcji. W tym roku glownym tematem byly migracje. Zrobilismy wielka demonstarcje w miescie, odbylo sie mnostwo warsztatow - ludzie dzielili sie tym, czego nauczyli sie walczac np. z obozami przejsciowymi (detention camps), gdzie nielegalni, w tym dzieci, spedzaja cale lata.

Co jemy? Generalnie wegansko, ale bywaja wegetarianskie specjaly. Jedzenie jest przekolorowe i pyszne. Niestety przez jakis czas mieszano tu groch, fasole i kapuste, wiec wszyscy maja/mieli problemy zoladkowe. W sumie jemy o niebo lepiej niz podczas podrozy, gdzie raczymy sie zwykle czymkolwiek. Szczegolnie kawa sie liczy.

Poniewaz decyzje podejmowane sa tutaj na zasadzie konsensusu, to miewamy problemy. Nawet nie z tym, zeby osiagnac konsensus, ale sam proces jego osiagania wydaje sie czasem nie miec konca. Tak bylo, gdy na obozie pojawil sie koles promujacy konspiracyjne teorie - wyrzucal ich z siebie mnostwo i w ogole dziwny byl. prowadzil sobie warsztaty, az dziwilo nas, ze tyle osob sie na nie pisze. No coz. Ale raz przegial, bo zalozyl koszulke z tekstem 'watpie w holokaust'. W zasadzie to bylo po hiszpansku, wiec do konca nie jestem pewien czy nie bylo tam czegos blizej 'I deny...'. Malo w tym roku anarchistow, wiec nie udalo sie kolesia po prostu wykopac z obozu. Zaczely sie negocjacje, grupy robocze... 3 dni. Mimo ze reguly ecotopii sa dosc przejrzyste i nosiciele prawicowych przekonan sa raczej proszeni o opuszczenie spolecznosci, to jednak nie wiadomo bylo jak bardzo koles je polamal - przyjeto perwersyjna linie obrony czlowieka uznajac, ze jest po prostu ignorantem i nawet nie zdaje sobie sprawy, ze jego t-shirt nie wyraza jego pogladow, ktore mimo wszystko byly bardziej skomplikowane. Ale zajmowanie sie takimi... zamiast powaznymi warsztatami... Ale OK. Poza tym, problemy z psami byly, ktorych mialo tu nie byc. Z samochodami walczylismy obkladajac je kamieniami i zasypujac pylem ;)).

Najwazniejsi sa tu ludzie. Mimo ze aktywizm wielu sprowadza sie do jarania, a w szerszym rozumieniu do, powiedzmy, aktywnego prowadzenia alternatywnego stylu zycia to i tak jest czego sie pouczyc, doinformowac, podpatrzec, zobaczyc na wlasne oczy rzeczy, o ktorych zwykle tylko sie czyta.

Trzeba wracac juz niestety. Skontaktowalismy sie kierowca, ktory 2 lata temu wywiozl nas szczesliwie z Hiszpanii i okazalo sie, ze wlasnie jest w Madrycie. Nie wiadomo jak dlugo tam zostanie (dzis tj sroda 15.08. jest swieto, wiec nie rozladuja go) i jakie dostanie nastepne zlecenie, ale z pewnoscia w koncu wroci do Polski. Ruszamy wiec jutro stopem na Sewille. Potem zobaczymy, albo na Madryt, albo na Granade, w zaleznosci od okolicznosci. Nie wiadomo czy sie spotkamy, bo w koncu roznie sie dzieje w podrozy, ale milo miec jakis punkt zaczepienia, nadzieje na szybki powrot :)

1 komentarz:

abramasia pisze...

Po tym, co napisałeś już tak bardzo Wam nie zazdroszczę :P Generalnie wolę mięso niż groch z kapustą, to po pierwsze. A poza tym nie lubię ludzi, których walka z system sprowadza się do noszenia kontrowersyjnych koszulek i palenia zioła. Wierzę, że wiele się tam nauczyliście, ale na pewno wszystko mi opowiecie ;) Pozdrawiam serdecznie i zapraszam na mojego bloga www.abramasianabalkanach.blog.onet.pl