w drodze

w drodze

niedziela, 29 lipca 2012

c.d. o muzeach i amsterdamie


Jeszcze trochę o muzeum Van Gogha, gdzie odbywało się dziwaczne łączenie ruchu między obrazami z próbą przystanięcia przy niektórych, ruch był niemal taśmowy, ale czasami trzeba było wyprzedzić dłużej zastanawiających się lub dać się komuś wyprzedzić. Ludzie tłoczyli się oczywiście przede wszystkim przed znanymi obrazami (słonecznikami itp.), choć pod względem tłoku nie było tak źle, jak przy Mona Lisie w Luwrze. Tam tłumy były chyba większe niż przed „Madonnami” w miejscach pielgrzymek, choć zdecydowanie mniej było śpiewów. A Mona Lisa malutka i ledwo widoczna przez ramiona „innych”. Mniej nawet dostępna niż na popularnych bombonierkowych obrazach wiszących w wielu domach w latach 80–tych. To z kolei – kontynuując gradację – i tak jeszcze wydaje się rozsądniejsze (choć o rozsądku chyba trudno mówić przy pragnieniach autentyczności) niż historia, którą kiedyś usłyszeliśmy o znaczku pocztowym gdzieś na Martynice (?!), któremu zbudowano osobne muzeum (bo był pierwszym artefaktem z nazwą wyspy) i gdzie co jakiś czas wyłania się on stłoczonym turystom w specjalnej kapsule, choć na świecie mnóstwo jest identycznych znaczków, różniących się od tego muzealnego wyłącznie  „autentycznością”. Taką opowieść usłyszeliśmy kiedyś podczas relacji z podróży w tamte rejony, prezentowanej w Muzeum Etnograficznym w Parku Oliwskim, przypominającej nieco zjazdy, o których Levy-Strauss pisał 

„Jakieś dwadzieścia lat temu nie podróżowano wcale, a opowiadacze przygód nie byli pięcio–  lub sześciokrotnie przyjmowani w przepełnionej sali Pleyela. Jedynym miejscem w Paryżu dla tego rodzaju manifestacji był mały, zimny, obdrapany amfiteatr w starym pawilonie w głębi Ogrodu Botanicznego. (…) Kwadrans po oznaczonej godzinie zadawano sobie jeszcze niespokojne pytanie, czy zjawią się słuchacze prócz nielicznych stałych bywalców, których pojedyncze sylwetki widniały na stopniach. (…) Przed tą mieszaniną postaci wydobytych z naftaliny i niecierpliwej dzieciarni korzystano z prawa wyładowania zamrożonych już na zawsze przez taki seans skarbów pamięci – najwyższej nagrody za tyle starań i trudów – i czuło się, jak wspomnienia odrywają się i spadają niby kamienie w głąb studni.” Claude Lévi-Strauss, Smutek tropików s. 10

Dziś również, mimo popularności podróży, spotkania takie cieszą się średniawym zainteresowaniem (może poza 'Kolosami'), może właśnie dlatego, że podróżować może każdy, a internet zaspokaja wszelkie potrzeby „poznania” egzotycznych miejsc. Mimo to, piszemy jednak ten blog, nie tyle, żeby opowiedzieć komuś o nieznanych miejscach, ale raczej, by nie zapomnieć o naszych przeżyciach i dać rodzinom informację jak się mamy. Poza tym robiąc notatki z podróży, przywracamy sobie radość pisania, którą zatraciliśmy przez ostatnie 4 lata, gdy pisanie stało się częścią naszego zawodu. Zawodu sprawiającego, że radość czerpie się już raczej tylko z faktu napisania i ukończenia czegoś. Tu za to nie musimy robić przypisów, nie musimy wspominać poprzedników, a nawet możemy świadomie się mylić ;)

Kiedy to piszemy, już w korytarzu do Kopenhagi, tamując część ruchu mogącego tędy przebiegać, siedzące obok Włoszki z takim samym jak my biletem czytają sobie na głos swoje ręcznie pisane notatki/wspomnienia, które może też znajdą się na jakimś blogu. Inne podróżniczki, z innego kraju, w innym przepełnionym pociągu siedziały we trzy, każda kontynuując swój pamiętnik, opisując podróż... Pisanie dzienników było zalecaną metodą samokształcenia w starożytności. Były przy tym dwie podstawowe szkoły: opisywać codzienne życie wewnętrzne lub opisywać zdarzenia zachodzące wokół. Nie dowiemy się, której szkole hołdowały współczesne „Rzymianki” (tak Włoszki, jak i obywatelki współczesnego imperium – Ameryki), ale pewne jest to, że trzeba być już jakoś wykształconym (umieć i chcieć pisać), żeby kształcić się w ten sposób w podróży. Mija nas Amerykanin i krzyczy „To mi przypomina Indie. Ludzie, może chcecie wody lub czegoś?” Ten swój dowcip powtarza ludziom w niezmienionej formie co kilka metrów. Najwyraźniej nie zrozumiał, że miejsce w europejskim pociągu jest dziełem przypadku (miejsce do siedzenia jest lub go nie ma) lub zapobiegliwości (wcześniejsza rezerwacja), a nie pozycji społecznej (rezerwacja kosztuje tylko 4 euro, czyli nawet nie dwie kawy). Nikt jednak nie podchwycił okazji do prowokacji i nie przystał na propozycję amerykańskiej pomocy.


Tak więc siedzimy sobie wygodnie, niemal leżymy na podłodze, dzięki wyuczonej już w PKP zdolności opanowywania narożników i najlepszych miejscówek w korytarzu (nieco dalej, w przejściu sytuacja wygląda już krytycznie).  Odcinamy ludzi z pierwszej klasy od baru, a tych z baru – od toalet. Włoszki zasnęły ze słuchawkami na uszach. Są teraz jakby z porcelany – nie można z nimi negocjować ich położenia, nie da się przeprosić, uśmiechnąć, są „nagim życiem” w korytarzu. Najbardziej zdeterminowani pasażerowie przechodzą przez ten „nasz” korytarz. Ci niezdarni rozlewają przy tym wodę na porcelanę. Nie wspomnieliśmy jeszcze, że plan był trochę inny, mieliśmy jechać nocnym do Kopenhagi po niecałych siedmiu godzinach pobytu w Amsterdamie (tyle uznaliśmy, że wystarczy, żeby coś zobaczyć i jednocześnie rozbudzić apetyt na powrót w to miejsce). Niestety miejscówki na nocny pociąg były już wykupione na co najmniej trzy dni do przodu, więc znów musieliśmy zmodyfikować plany i zostaliśmy w Amsterdamie dwa dni. Spontaniczność dodaje nieco uroku podróży, choć pewnie gdybyśmy mieli więcej czasu i zaplanowali sobie całą podróż wcześniej, to uniknęlibyśmy nagłych zmian planu czy siedzenia w korytarzach. Ale korytarze mają też swój urok, a do tego promują ruch, czyli przysiady od czasu do czasu, gdy próbuje nas minąć wózek z kawą, czyjaś walizka lub woda niesiona przez niepewną swoich ruchów osobę.

 

I niespodzianka... Okazuje się, że nie jedziemy przez Jutlandię i Fionię, tylko promem prosto na Lolandię. Jeszcze nigdy nie widzieliśmy pociągu na promie, choć autobusem na promie płynęliśmy już przez Bałtyk. Mamy trzy kwadranse na zwiedzenie promu, zrobienie kilku zdjęć morzu i spalenie twarzy w naszym chyba pierwszym dziś kontakcie ze słońcem, które rano było za chmurami, a potem nie mogło nas sięgnąć w pociągach i na dworcach. Oczywiście na te kilka chwil zapomnieliśmy posmarować się kremem przeciwsłonecznym i nasze twarze zaróżowiły się jeszcze piękniej.

piątek, 27 lipca 2012

Am(not)sterdam


„Razem trzy dni podróży w pociągu opalanym drewnem, powolnym, zatrzymującym się często i na długo, aby zaopatrzyć się w opał. Także wagony były drewniane i dosyć przewiewne: budząc się rano, miało się twarz pokrytą łuską ze stwardniałej gliny, powstałą z czerwonego kurzu z sertão przenikającego wgłąb fałd i porów.” Claude Lévi-Strauss, Smutek tropików, s.165

Szczęśliwie pociągi europejskie jadą krócej i nie są opalane drewnem, ale ze względu na wielość przesiadek, ciągle trzeba polować na miejsca i to najlepiej takie niezarezerwowane, żeby nas ktoś z nich w żadnym momencie nie wygonił... Siedzimy sobie na razie wygodnie w pociągu przecinającym granicę holendersko-niemiecką i walcząc z sennością, zabieramy się za opisywanie Amsterdamu. 

Miasto dość ładne, ale bez przesady, słyszeliśmy dużo na jego temat, więc może przez to byliśmy trochę zawiedzeni, taka trochę Kopenhaga, trochę Gdańsk, troszeczkę Wenecja, zwłaszcza w upale, jakiego doświadczaliśmy. Elementy typowo holenderskie doceniane były chyba przede wszystkim przez młodych mężczyzn masowo koczujących na 'naszym' kempingu (Zeeburg), zajmujących się głównie paleniem trawy i zwiedzaniem dzielnicy czerwonych latarni. Zapach zioła był wszechogarniający w całym mieście, dużo bardziej niż frytek i gofrów w Brukseli. Wieczory i poranki na naszym hempingu wypełniały napadowe symfonie kaszlu, czasem tak głębokiego, jakby wydobywającego się z czegoś więcej niż tylko z płuc.
tak, to są kury i koguty na kepingu. Były też kozy, psy i kaczki :)

Poznawaliśmy miasto jak papużki-antropolożki, wszystkiemu przyglądając się razem, czasem czegoś próbując, czasem naśladując, ale raczej z zachowaniem dystansu. Z dziwnych zjawisk, jakie zaobserwowaliśmy, to takie, że ludzie biali korzystają z kanałów do poruszania się po mieście, a ludzie kolorowi – z metra. Ci biali to turyści i obsługujący ich miejscowi oraz sami miejscowi w swoich mniejszych łódkach czasami opatrzonych wielkimi flagami Holandii bądź Amsterdamu. W metrze byliśmy raz i to zapewne w dość specyficznym wagonie, bo wnętrze miał wyklejone zdjęciem ludzi w wagonie metra, prawdopodobnie indyjskiego. Uwagę naszą przykuł wymyślny, afrykański ubiór jadących z nami kobiet suknie haftowane jak serwety haftem richelieu, tak samo nakrycia głowy.

W tym naszym Amsterdamie, mieście-marzeniu młodych mężczyzn, jednym z trzech miast (obok Berlina i Pragi) kluczowych dla młodzieży z Europy i Ameryki, bo poznają tam, czym jest życie 'alternatywne', mocno kobiecym akcentem wydawały się rowery. Korci, żeby kiedyś zliczyć kto częściej i w jakich okolicznościach korzysta z rowerów w Amsterdamie. W samym centrum wydawało się, że częściej rower wybierają kobiety. A już na pewno rzadziej wybierają motory do jazdy ścieżkami rowerowymi. W przeciwieństwie do Kopenhagi, ścieżki rowerowe w Amsterdamie  są częścią ruchu pieszego, a nie samochodowego. Dzięki temu turystom, w tym dzieciom, łatwiej wybrać rower jako środek lokomocji. Jednocześnie przyczynia się to do atmosfery chaosu, tj. porządku, który jest możliwy tylko w ruchu, bo nie sposób się gdziekolwiek zatrzymać. Tak więc jeżeli pierwszego dnia pobytu zachwycaliśmy się widokiem ludzi siedzących z nogami zwisającymi nad kanałami, bo kojarzył nam się ten widok z jakąś rzadką w innych krajach beztroską, to drugiego zrozumieliśmy, że w tym mieście ludzie są po prostu wypychani. Ludzie funkcjonują więc na skrawkach, na krawędziach, poza barierkami chroniącymi samochody przed stoczeniem się do kanału (podobno średnio 1 tygodniowo wpada mimo to), na schodach, na parapetach. Ci, którzy są w stanie się utrzymać, imprezują na wodzie. Na wodzie, w bardziej odległych od centrum kanałach, mieszkają również ci, których nie stać, by mieszkać w piętrowych domach.

W Rotterdamie śmialiśmy się, gdy jeden chłopak w hostelu ostrzegał mniej wprawionego turystę przed tym, co dzieje się z pieniędzmi w Amsterdamie. Ostrzegający był trochę pozerem, ale jego ostrzeżenia brzmiały jak bajka dla dzieci o tym, że pieniądze po prostu uciekają od człowieka, że trudno jest się zorientować, kiedy przepuszcza się całą kasę. Ku naszemu zdziwieniu i latami pielęgnowanej ostrożności, w Amsterdamie pieniądze topiły nam się w rękach („Gdzie jest to pięćdziesiąt euro, które dopiero co wybraliśmy?”), trochę przez litry 'smoothies', które wypijaliśmy w upale, a trochę dlatego, że daliśmy się skusić na kilka atrakcji turystycznych – rejs po kanałach i muzeum Van Gogha. Rejs przyjemny, zwłaszcza dla nóg, które mogły przez godzinkę odpocząć, a muzeum... hmm... długo siedzieliśmy w kawiarni muzealnej, dyskutując o naszych wrażeniach i tym, dlaczego podobało nam się „tak sobie”. Przede wszystkim zwiedza się tłumnie, próbując wedrzeć się pomiędzy ludzi, żeby przeczytać opis obrazu. Pozostawia to trochę niesmak i wrażenie fabryki, do tego przyczynia się też znacząco sklepik muzealny, gdzie można kupić elementy obrazów Vincenta przerobionych na serwetki, kubki, długopisy, koszulki, torby, puzzle, karty do gry, apaszki, pocztówki, zeszyty, kalendarze, parasole, tacki, kieliszki do wódki i tak dalej.

Historia życia Van Gogha znakomicie wpisuje się w klimat Amsterdamu. Mężczyzna, który w wieku odwiedzających dzisiaj miasto 'gruźlików' coś postanowił (zostanę artystą!) i to osiągnął. Jego doświadczenia blisko dziesięciu lat malowania i znaczenie dłuższych wysiłków rodziny, by świat docenił tę twórczość, zasługują na muzeum. Najciekawsza tam jednak właściwie była sala górna, z obrazami, na które Van Gogh wymienił swoje lub które jego brat kupił. Toulouse-Lautrec i Gauguin łącznie z obrazami Van Gogha wyglądały jakoś ciekawiej niż kult jednostki, który odbywał się na poprzednich piętrach. 

Być może jesteśmy już po prostu zdegenerowani nową epoką, po 'śmierci autora' i jakoś źle reagujemy na Petrarkowe 'nie wszystek umrę...', czyli podporządkowywanie twórczości marzeniom o wielkości i takie jej prezentowanie, by widzowie dostrzegli przede wszystkim tworzącego dla wieczności artystę. W najlepszym razie jesteśmy w stanie dostrzec człowieka, który się uczy, czerpie, naśladuje innych i promuje sprytny tzw. model biznesowy. Model polegający na tym, by twórcy, którzy i tak mają problemy ze sprzedawaniem swoich obrazów, wymieniali się nimi, tworząc podstawy rynku sztuki, który wyemancypuje ich wszystkich kolektywnie.

Opuszczamy miasto w wigilię rocznicy udanej próby samobójczej artysty (odliczając dwudniowe jego umieranie) i chyba prędko nie wrócimy. Jedziemy zaś do Kopenhagi, w której ostatnio spędziliśmy niemal rok i która była świadkiem wielu naszych przygód, szukania pracy, mieszkania, potem zaś mieszczańskiego życia, w którym po pracy chodziliśmy na spacery, malowaliśmy, czytaliśmy... Od tej sielanki minęły już cztery lata i czas odwiedzić to miasto, zobaczyć jak się zmienia, a przy okazji zrobić jakieś sentymentalne i ewentualnie zawodowe zakupy. Może nie być łatwo, bo przyjeżdżamy wieczorem na kemping z mokrawym namiotem. Niestety o ile dwa dni upału w Amsterdamie skutecznie utrudniały spacery, to dzisiejszy poranek zafundował nam chmury, które nie pozwoliły słońcu osuszyć namiotu z porannej rosy. Jeszcze tylko dwie przesiadki, obiad w Hamburgu i jesteśmy!

… z tym obiadem w Hamburgu chyba będzie ciężko, bo pociąg do Hamburga ma już trzy kwadranse opóźnienia. Udało nam się w końcu usiąść na fotelach, po godzinie przysiadów na korytarzu. Ale był to miły czas, głównie dzięki rozmowie i rogalom marcińskim. Siedząc tak na podłodze w pociągu, który miał chyba co najmniej 10 wagonów, po raz kolejny dziwiliśmy się poruszającej się masie, której byliśmy częścią. Pociągi pełne, autostrady pełne, samoloty pełne... Nie mówiąc już o rowerach, łódkach, motocyklach itp. Wydaje się, jakby cała Europa była w ruchu, a w miejscach następowała ciągła wymiana przebywających tam ludzi. Trudno byłoby znaleźć jakieś prawidłowości tego ruchu, gdyby nie ciągłe głosy Amerykanów, podróżujących tymi samymi, co my trasami i przypominających nam, że nie jesteśmy ani trochę oryginalni, ale odbywamy podróż, która jest jakimś oklepanym marzeniem o Europie Zachodniej: Bruksela, Amsterdam, Kopenhaga. No dobrze, my ominęliśmy Paryż, żeby nie było zbyt schematycznie, no i nie wiedząc, co dwa dni mogłyby wnieść do naszego jakiegoś już tam wyobrażenia o tym miejscu. Paryż zaś jest oczywiście miejscem 'must see' dla naszych amerykańskich współpasażerów, którzy zachwycają się „Wieżą”, na którą wejście okupili nie tylko pieniędzmi, ale i trzema godzinami stania w kolejce, ale było wspaniale... 

Stojąc na stacji w Osnabrucku, gdzie pozwolono nam oddychać świeżym powietrzem o pół godziny dłużej, niż przewidywał plan podróży, zastanawialiśmy się, jak to jest, że Amerykanie (których słyszymy w każdym miejscu i nie-miejscu naszej podróży) odstręczają nas swoją powierzchownością, która robi wrażenie pustej i pretensjonalnej. Czy to wpływ seriali i filmów, które taki, a nie inny akcent stereotypowo przypisują osobom głupim (np. ton amerykańskiej nastolatki z przeciągniętymi samogłoskami i podnoszącą się melodią głosu niezależnie od rodzaju zdania)?  Czy może winne są nasze stereotypy o Amerykanach, powstałe pewnie również w oparciu o filmy i seriale, bo w Ameryce przecież nigdy nie byliśmy? A może jakiś rodzaj intonacji kojarzy nam się z pretensjonalnością? A jeśli tak, to czy tylko nam, czy też w swoim społeczeństwie osoby, które tu widzimy również są tak odbierane? Trudno orzec, ale póki co zadziwieni jesteśmy, jak wiele stereotypów wiąże się z określonym językiem, bo nawet nie widząc kogoś, a jedynie słysząc głosy przez okno, język innych brzmi barbarzyńsko w naszych uszach już po pierwszym zdaniu... Nieswojo trochę czując się z tymi myślami wsiedliśmy do pociągu podyskutować dalej na podłodze. Kolejny pociąg nie był lepszy, ale o tym później, bo z braku prądu notatki robiliśmy na kartkach, a te gdzieś wcięło.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Antwerpia, gdzie powiadają „The rest of Belgium is parking space”


Antwerpia nas oczarowała! W informacji turystycznej znaleźliśmy mapkę dla 'młodych podróżników' (!! to jeszcze my!), dzięki której trafiliśmy na szlak wielokulturowy („Walk around the world in 120 minutes”), przez dzielnicę portugalską, afrykańską, arabską, chińską aż po żydowską wyróżniającą się zatrzęsającą ilością sklepów z diamentami. Co chwilę w tychże dzielnicach trafialiśmy też na ikony ruchu gejowskiego, najstarszy klub, wypożyczalnię filmów itp. Ale to nie wszystko, bo zobaczyliśmy też centrum, gdzie na jednym z głównych placów trafiliśmy na jarmark produktów Europejskich (przy którym uznaliśmy, że najlepiej czujemy się przy stoiskach francuskich, a najgorzej przy polskim grillu...), bieg i wyścig rowerowy przez miasto, zameczek nad rzeką ze starożytnym bogiem płodności, któremu jezuici odcięli genitalia i panoramę miasta w dokach, gdzie znajduje się wyjątkowo ciekawy budynek muzeum. Możliwe, że zamiast w Brukseli, jeszcze lepiej byłoby mieszkać w Antwerpii...




W Antwerpii wsiedliśmy w pociąg do Rotterdamu i po nieco ponad godzinie już tam byliśmy. Obiecywany w opisie hostelu „kwadrans od dworca” okazał się nieco przydługi, ale w końcu udało się dotrzeć i zakwaterowaliśmy się w jednym z tematycznym pokoi, w konwencji miłości i „Przeminęło z wiatrem”. Wieczorny spacer po mieście utwierdził nas w przekonaniu, że miasto jest lekko dziwaczne i właściwie wygląda, jakby naprędce budowano je na nasz przyjazd… ;) Wszędzie dźwigi, wieżowce, jedne dokończone, inne nie i aż dziwi, że miasto jest przecież stare… Zaczęliśmy sobie wkręcać, że jesteśmy bohaterami jakiegoś „Truman Show” („GiP Show”), gdzie nie spodziewano się nas tak wcześnie i nie zdążono przygotować wszystkich dekoracji. Z pośpiechu zapomniano tez o innych gadżetach, np. bankomatach, których brak uniemożliwił nam wieczorne ugaszenie pragnienia. Choć z wygrzebanych drobniaków udało nam się jeszcze uzbierać po gałce lodów dla nas obojga. Jutro przenosimy się do innego pokoju, historycznego i zobaczymy, czy może przez noc miasto zmieni się w starsze i ciekawsze…



a to już Rotterdam

Brusselicious


Kilka dni odpoczynku w Brukseli rozleniwiło nas, ale już wracamy do trybu podróży i pisania.  Znów z pociągu, czekając na odjazd ze stacji Bruksela Midi do Antwerpii. A stamtąd dziś chcemy trafić do Rotterdamu. Mało ambitnie, biorąc pod uwagę, jak mało kilometrów zrobimy podczas jednego dnia kolejowego, ale co tam.


muzeum afrykańskie
dzień niepodległości Belgii
Bruksela okazała się przepiękna, dużo ładniejsza niż przypuszczaliśmy, choć jakichś szczególnych wyobrażeń nie mieliśmy. Chcieliśmy po prostu odwiedzić Krystiana zanim się wyprowadzi i zobaczyć, jak wygląda 'stolica' :) Liczyliśmy też na to, że w tym mieście będzie pralka! Miasto wygląda pięknie i bez problemu moglibyśmy się tu zatracić na całe miesiące czy lata, pijąc kawkę i jedząc pyszności w barach EXKI, spacerując po uliczkach pełnych ludzi i muzyki, podziwiając jak nigdzie indziej wystawy sklepowe i wpadając w szaleństwo zakupów, bo wszystko wydaje się tu stworzone dla ludzi takich jak my :) Ciuchy, książki, rzeźby, czekoladki... A gofry i frytki przypominają dom...  No i są jeszcze muzea – muzeum sztuki z ukochanym Brueghelem, dziwaczne muzeum afrykańskie z wypchanymi zwierzakami czy znajdujące się w przepięknym budynku, ale jeszcze przez nas nie odwiedzone muzeum instrumentów muzycznych. Do tego ciekawi ludzie, którzy oprowadzali nas po mieście, jak Krystian i Agnieszka czy Dante. Chyba trzeba będzie się tu kiedyś wprowadzić :)

Są też i dziwactwa, takie jak oswajanie dzieci z wojskiem podczas święta narodowego (malowanie dzieciom twarzy w kolory maskujące, wspólne szukanie min, strzelanie z czołgu!), ale póki jest się 'nie u siebie' bardziej to dziwi, niż denerwuje...

Warto odnotować nasze brukselskie, wielokolorowe trofea: dwie kolorowe sukienki, jedna kongijska koszula, portmonetka dla Gosi i torba na ramię dla Piotrka. Zbierając rzeczy, łamiemy nasze podróżnicze zasady. Ale co tam, patrząc na te kolorowe drobiazgi, cieszyć będziemy się wspomnieniami z Brukseli.




Spotkanie, którego nie było

W muzeum sztuki w Brukseli oglądaliśmy m.in. obrazy rodziny Breugelów. W pewnym momencie minąłem się z człowiekiem, którego twarz wydała mi się znajoma. Im więcej mija czasu, tym bardziej jestem pewien, że minąłem się z moim nauczycielem od polskiego (Przemysław Witkowski) z liceum (XIV LO im. Polonii Belgijskiej, nota bene). Jak to zwykle z nauczycielami bywa, jest nieobecny lub niewidzialny w sieci, więc nie jestem teraz w stanie zweryfikować mojego przekonania po aktualnym wyglądzie. Nie wykorzystałem okazji, żeby się przekonać czy spotkałem nauczyciela, nad którego pozytywnym oddziaływaniem na mnie kilka razy się zastanawiałem. Nie inicjując rozmowy, nie rozczarowałem się. W końcu nawet jeżeli w rzeczywistości to nie był on, to i tak wolę myśleć, że go spotkałem fotografującego się przy obrazie „Upadek Ikara” i ufać, że ma się dobrze, niż zostać ze wspomnieniem powierzchownej konwersacji z obcym człowiekiem.

Przez Europę



w Reims


„Podróżnicy, rozbijajcie namioty w Paranie. Lub nie, powstrzymajcie się. Zachowajcie dla ostatnich krajobrazów Europy swe zatłuszczone papiery, nieśmiertelne butelki i rozprute puszki konserw. Tam rozłóżcie swoje zardzewiałe namioty.”
Claude Lévi-Strauss, Smutek tropików, s. 157

Dlaczego rozkładamy się w Europie, zamiast eksplorować nieznane? Moglibyśmy być teraz wszędzie, ryzykując zdrowie przeprawiać się przez mokradła, poznawać granice naszych możliwości i może nawet niektóre z nich przekraczać. Moglibyśmy oglądać biedę na ulicach w Katmandu, najeść się pyłu w Ouagadougou, moglibyśmy zostać porwani w Egipcie, dostać sraczki w autobusie jadącym przez Indie lub przedawkowywać adrenalinę latając na kajtach wzdłuż plaż Południowej Afryki. Może nie wszystko w jeden dzień. W odróżnieniu od testujących człowieczeństwo przygód, uprawiamy spokojną i bezpieczną podróż z dala od wszelkich granic. Nurzamy się we wnętrzu, w dziedzinie funkcji, w Europie. Może to pozwoli zrozumieć nam, dlaczego takim szokiem było dla nas pojawienie się straży granicznej w pociągu wjeżdżającym do Szwajcarii. Przecież miało być tak Schengen...! 
katedra w Amiens
Wyjeżdżając z Reims, zastanawialiśmy się, czym jest dla nas Francja. Dla Gosi Francja jest radością picia kawy z croissantem w nadmorskiej kawiarence, latem, o poranku. To miejsce to chyba Nicea. Dla Piotrka, Francja to mała miejscowość Monnais i straszna praca sprzątania ekologicznej toalety, tj. wywiezienie chyba ze stu kilo gówna na pole, wykonana w słońcu i w międzynarodowym towarzystwie kolegów z Litwy, USA, Czech i Niemiec. Francuskie égalité et fraternité, czyli taki skatologiczny koszmar wysiłku przywracania równowagi środowisku, owocujący poczuciem „męskiej przyjaźni”, o szczegółach zawiązywania której nie wspominaliśmy inaczej niż przez pełen zrozumienia uśmiech. Punktem wspólnym tych naszych skojarzeń z Francją jest tylko słoneczne lato :)


Okazuje się, że nie wszyscy przesiedli się na samoloty, dworce kolejowe są pełne ludzi, a na niektórych trasach konieczne jest kilkudniowe wyprzedzenie przy rezerwacji, żeby jeszcze dostać bilet. Mimo popularności kolei, w zwiedzaniu Europy pociągiem jest coś nostalgicznego. Koleje nie pasują do neoliberalnej wizji rozwoju, dlatego albo są zwijane (PL), albo ich najbardziej dochodowe trasy są prywatyzowane. Ta nostalgia związana jest więc z oglądaniem świata, który odchodzi. Lub precyzyjniej, świata, któremu kazano „zwijać się”. Świadomość „zwijania się” państwa dla dobrobytu (welfare state) powoduje, że przyglądając się temu jak przestrzeń publiczna urządzona bywa w Niemczech, Francji, Szwajcarii trudno dzisiaj myśleć „u nas też tak kiedyś będzie”, jak zwykło się myśleć po polsku we wczesnych latach dziewięćdziesiątych poprzedniego stulecia. Dzisiaj nie tylko wiemy, że w Polsce nie będzie tak, jak w tych krajach, ale jeszcze wiemy, że to, co publiczne i to, co wspólne ulega tam zawłaszczeniu, a niedoścignionym wzorcem „reform” pozostaje UK, gdzie prywatyzacji uległy nawet ulice (książka Anny Minton pokazuje, z czym  wiąże się to zawłaszczanie). Wrażenie świata, który odchodzi, dopełnia odwiedzanie robotniczych, było nie było, kempingów. Ciekawe czy jeszcze gdzieś poza Szwajcarią można zobaczyć przyczepę kempingową ciągnioną przez kabriolet.

Próbując rozpracować sernik malinowo-pistacjowy w pociągu z Reims

środa, 18 lipca 2012

Liryki lozańskie


Topiliśmy zamiast prać w Szwajcarii

Wylądowaliśmy w Lozannie. W informacji turystycznej powiedzieli nam, że kemping jest już pełny, bo odbywają się mistrzostwa świata w biegach na orientację. Bardzo miłej pani udało się jednak wynegocjować tam dla nas małą przestrzeń na nasz namiot. Kemping nie gdzieś w górach, ale nad samym jeziorem! Szwajcarzy doprowadzili kempingi do jeszcze wyższego poziomu rozwoju. Tylko część pól przeznaczona była pod namioty. Duża część pod kampery. Ale chyba najwięcej miejsca zajmowały ogromne przyczepy przerobione w domki, z których każdy wyglądał inaczej, a wszystkie na mocno już tam zakorzenione (kwiaty, rynny, szafy). My znaleźliśmy świetne miejsce pod drzewem, gdzie słońce nie przygrzewało zbyt mocno, choć nie wzięliśmy pod uwagę złośliwych ptaków mieszkających nad nami...
Swoją drogą, fajnie byłoby gdyby ogródki działkowe, które przecież wymyślone zostały po to, by klasa robotnicza miała szansę spędzać wakacje poza miastem, udało się w Polsce uratować choćby w takiej okrojonej, ale dostępnej wszystkim formie kempingu.

Co bardzo miłe, wykupując nocleg w Lozannie dostaje się bilet na komunikację miejską na cały czas pobytu. Jeszcze zanim rozłożyliśmy namiot zaczęło przelotnie kropić, a kiedy usiłowaliśmy zrobić szwajcarskie zakupy (słoik z sosem, bagietka, tabliczka czekolady), zaczęło lać. Jakoś przeczekaliśmy deszcz i udaliśmy się na spacer wzdłuż jeziora, do St. Sulpice, a potem z powrotem przy lekkiej pomocy autobusu. Jeziorko wyglądało pięknie, trochę nawet zbyt pięknie, bo przypominało sentymentalne obrazki, tu mostek, tam drzewko, gdzie indziej pień udający ławeczkę. Na dodatek w St Sulpice czekała na nas podwójna tęcza! Żadne nasze zdjęcie nie potrafi oddać ogromu ani intensywności kolorów tej tęczy. Wyrastała z jeziora i aż żarzyła się kolorami. Sprawiała, że zmęczone nasze oczy otwierały się szeroko ze zdumienia, usta śmiały się, a nogi chciały iść i zwiedzać dalej i więcej.

Następny dzień spędziliśmy trochę wylegując się i piknikując, do czego Lozanna wydaje się stworzona, a trochę zwiedzając to w sumie niewielkie miasteczko. Załapaliśmy się nawet na wycieczkę z przewodniczką po katedrze (największej w Szwajcarii podobno), gdzie twardo udawaliśmy, że rozumiemy wszystko, co nam pani opowiadała spokojnym francuskim głosem.


Szwajcaria okazała się nieprzyzwoicie droga. Musieliśmy ograniczyć wizyty w barach i restauracjach do jednego falafla, a poza tym wrócić do tradycji piknikowania przy zakupach z supermarketu. [Dzielenie posiłków z wróblami (i krukami) ma jednak swój urok i jakoś „odejmuje lat”.] Czy warta swojej ceny trudno powiedzieć, bo kojarzyła nam się z jednym wielkim uzdrowiskiem, gdzie właściwie jeziorko (ponad 300m głębokości w niektórych miejscach i zbyt długie nawet na rower) było najciekawsze. Mimo to, topiliśmy tam pieniądze, zamiast je prać jak korporacje tytoniowe ulokowane wzdłuż jeziora i nieopodal siedzib administracji zarządzającej światowym sportem. Żebyśmy sobie chociaż ubrania w tej Szwajcarii poprali, ech. 







Rano (we wtorek) nieśpiesznie spakowaliśmy się (zachwycając się urokiem słowa 'śpiwór' i możliwością użycia go jako imię męskie), wsiedliśmy do pociągu do Genewy i pojechaliśmy obejrzeć sobie miasto. W informacji turystycznej zamiast zwykłej mapy dostaliśmy jakąś propagującą zdrowy tryb życia, przestrzegającą przed brakiem ruchu i pokazującą, gdzie warto iść na piechotę, czego usłuchaliśmy dodając do spacerku element biegu, kiedy okazało się, że pociąg do Lyonu odjeżdża niebawem. Tak więc po 2 godzinach w Genewie wsiedliśmy znów do pociągu i jedziemy do Lyonu na spotkanie kolejnych przygód.


Śpiwory/Myśliwory lozańskie

Polało się kwaśne, czerwone wino
na mą koszulkę jasną, ostatnią czystą
gdy otwierałem je z dawną dziewczyną
korek się skruszył, a płyn w twarze trysnął

Uczta w namiocie jak kot teraz w worku
my w nim w popłochu, a na zewnątrz – cuda!
Dzisiaj wytrawnie będzie nam w śpiworku
a na jutro sangria żonie się uda.

Zostańmy tak jeszcze jeden wieczorek
Wciśnięci w worek, myśli śpiworek.


Przygód ciąg dalszy

Lyon okazał się większy i mniej ciekawy z perspektywy dworca niż się spodziewaliśmy. Dworce tak duże jak ten lyoński lub, na przykład, mediolański są światami intensywnego ruchu. Trudno w takich (nie)miejscach zatrzymać się, oprzeć. Ściany pełnią tam dodatkowe funkcje (informacja, bankomaty, automaty do biletów, wystawy), więc gdzie nie przystanąć to zawsze komuś na drodze. Odetchnąć można tylko w kolejkach do kas lub do informacji. Ale tam ruch jedynie zwalnia, rzadko zupełnie ustaje. Ludziom schwytanym w kolejki wyostrzają się zmysły, ale wielu udaje się mimo otaczającego zgiełku zachować spokój. Kiedy wychodzi się z takich wielkich i pełnych ludzi dworców, to tak jakby opuszczało się zamek lub miasto, więc okolica zazwyczaj jakoś rozczarowuje. Na zewnątrz wszystko dzieje się wolniej, mniej jest jednoznaczności, czyli „strzałek” i okolica jakby bardziej żyła dla siebie, niż dla obsługi ruchu. A w Lyonie, do tego, upał był okropny, nigdzie nie było planów miasta, więc zdecydowaliśmy się jechać dalej.

Najpierw w informacji kolejowej dowiedzieliśmy się, że możemy bardzo łatwo dojechać do wytęsknionego Aix-en-Provence lub Avignonu, a potem bez problemu wsiądziemy w TGV i za półtora euro dopłaty będziemy w Brukseli w pięć godzin. Rozmarzyliśmy się. Czyli możemy jechać na południe, a potem szybciutko na północ... Zobaczyć Avignon i tego samego dnia być na naszym ulubionym kempingu z basenem! Niestety po wystaniu w kolejce do kasy okazało się, że dopłata za szybki pociąg to nie półtora, lecz ponad pięćdziesiąt euro :( Jazda na południe wydawała się teraz bez sensu, więc ruszyliśmy na północ do Dijon. Fotele w pociągu były tak mięciutkie, że nie mogliśmy się oprzeć i zasnęliśmy... Szczęśliwie obudziliśmy się w Dijon, szybko wysiedliśmy i udaliśmy się do informacji turystycznej. Tam bardzo miłe, choć niemówiące po angielsku panie wytłumaczyły nam, że miasteczko jest piękne, wieczorem odbywają się koncerty w parku, kemping jest bliziutko, jest tani i na pewno znajdzie się miejsce. Cudownie! Tyle że po pół godziny drogi w kempingu okazało się, że jest zapchany i na nasz namiocik miejsca nie ma. Więc źli na całe miasto (dostało się też ichnim musztardzie i majonezowi) i niechętni do powrotu do tej samej informacji, żeby szukać hoteli, ruszyliśmy na dworzec i wsiedliśmy do pociągu do Reims, w końcu to miasto królów, więc może przyjmie nas godnie ;)

W sumie to ciekawe dlaczego wybieramy jedne miasta, a rezygnujemy lub czasem nawet nie zauważamy innych. A w samych już miastach, dlaczego wybieramy jedne ulice, a omijamy inne. Dopiero przy wielkich liczbach turystów widać, że ich uwaga nie rozkłada się ani równomiernie, ani normalnie. Włócząc się po Weronie widzieliśmy przykładowo tłumy ludzi w lodziarni na jednej ulicy i ich zupełny brak w lodziarni ulicę obok. Z jednej strony ludzie po prostu optymalizują ruch i niektóre lodziarnie okazują się po prostu po drodze do polecanego i oznaczonego na mapie punktu. Z drugiej, drepczemy po śladach innych i jeżeli lodziarnia stoi pusta, to znaczy dla nas, że stoi pusta nie bez powodu. Ale czasami wystarczy, że pojawia się tam jeden „lokals” i nawet niczego nie kupując powoduje, że jako turyści możemy zdecydować, że oto przestaniemy podążać za resztą tłumu turystów i zaczniemy podążać za „lokalsami” kupując lody w nieuczęszczanej lodziarni. Pewną restaurację pełną „lokalsów” znaleźliśmy w Weronie tylko dlatego, że ktoś anonimowy polecił ją na wikitravel. Wybór Reims również umocnił się dzięki internetowi. Oprócz tego, że jest grubszą czcionką na naszej mapie i jest miastem kolejowym (a tylko takie nas interesują) po drodze do Brukseli, to brat Piotrka – Paweł odnalazł ślady obecności tamtejszych kempingów w sieci, kiedy rozczarowani Dijon prosiliśmy go smsami o wskazówki. Tak, podróżujemy bez internetu w smartfonach. Tak, wiemy, że to „średniowiecze”. Miało być odrobinę „retro” :p

Nastawiając się na miasto królów mocno zdziwiliśmy się wychodząc z pociągu, gdy nasze nozdrza przeniknął nieopisany słodkawy odór. Odór ten przypominający nieco zapach bezdomności lub gnijących cukierków (?! if you know, what I mean) roztaczał się dużo dalej niż na samym dworcu i jego okolicach. Idąc główną ulicą (jedyną żywą o 21:30) szukaliśmy hoteli (!), ale wszystkie wyglądały jak speluny. Do jednej nawet weszliśmy, gdzie pan jak tunezyjski kupiec wypytywał nas skąd jesteśmy, by potem z rozbrajającą szczerością powiedzieć, że ceny, którymi się reklamują na zewnątrz są tylko po to, by przyciągnąć turystów, b w rzeczywistości są dużo wyższe. Wyzwaliśmy go od oszustów i uszliśmy w poszukiwaniu kempingu lub hostelu, bo hostele jeszcze w naszym mniemaniu miały atmosferę jakąś przyjazną, bycia z innymi, internetu, młodości itp. Znaleźliśmy oba, co było dosyć niespodziewane, gdyż kemping okazał się wyłącznie dla camperów, ale za to był w tym samym miejscu i hostel. Może nie trzygwiazdkowy, ale w końcu można było się wyspać w łóżku, a rano czekało nas ogromne śniadanie!! :)


poniedziałek, 16 lipca 2012

Werona


Fitness
Dziś (w niedzielę) dzień rozpoczął się od ćwiczeń odchudzająco-wytrzymałościowych, czyli 40-minutowego marszobiegu z obciążeniem, wynagrodzonego widokiem odjeżdżającego pociągu i możliwością nieskrępowanego planowania dalszej podróży bez ograniczeń związanych z poprzednimi nierealnymi już planami dotarcia do wciąż wspominanego przez nas kempingu w Aix-en-Provence. Dojechaliśmy do Mediolanu, tam trzy pociągi do Szwajcarii prześcigały się, żeby nam zaimponować i odwrócić naszą uwagę od lokalnych włoskich, aż w końcu zdecydowaliśmy się na podróż do Lozanny, gdzie jeszcze niedawno wyobrażaliśmy się, że moglibyśmy mieszkać. Czas było więc zweryfikować nasze wyobrażenia, a wcześniej odpocząć w pociągu z widokiem na góry i jeziora, spisując obserwacje i przemyślenia, które były z nami już jakiś czas.

Dlaczego podróż
Gdy dużo podróżuje się, to w końcu trzeba zapytać “dlaczego?”. Dlaczego podróżujemy? Zabawne, że to pytanie pojawia się dopiero w trakcie podróży. Nie pytaliśmy się o to w Gdańsku. Zaczęliśmy się nad nim zastanawiać dopiero w Monachium. Pewnie nie bez znaczenia była lektura “Smutku tropików”. Wydaje się, że wszystko czego potrzebujemy do życia mamy w jednym miejscu. Podróż wiąże się z niewygodami. Pytania o sens podróży nie sposób nie zadać, gdy jest się na kempingu z tysiącami turystów z wielu krajów. Większość ludzi spała tuż obok lub w swoich przystowanych do tego celu samochodach. Więc żyjemy razem na trawnikach, zaledwie kilka metrów od siebie, a nie ma między nami żadnych, w zasadzie, interakcji. Nie mówimy sobie nawet “dzień dobry”. Co więcej, nasze relacje z innymi ludźmi ograniczają się do osób, które świadczą nam róznego typu usługi za pieniądze. Wszyscy jesteśmy dla siebie mili, płacimy i rozchodzimy się i pewnie nigdy już więcej sie nie poznamy. Utopia Adama Smitha ziszcza się tak właśnie.

Być może o to właśnie chodzi w podróży. Jest to społecznie akceptowana alienacja. Przez kilka tygodni można żyć bez inwestowania w związki z ludźmi, lecz jednocześnie wciąż cieszyć się bliskością społeczeństwa. Tego nie dałoby się przeżyć pozostając w zwykłym naszym miejscu, gdzie jesteśmy częścią wspólnoty. Tam zawsze dba się o relacje, bo bardzo szybko może się okazać, że poza “sklepową” relacją wzajemności (ang. Reciprocity), mamy z przypadkowymi ludźmi więcej wspólnego: znamy się, mamy wspólnych znajomych, interesy itp. W konsekwencji, zależy nam na ludziach i trudniej byłoby ich ignorować.

W nasze rozważania o sensie podrózy wpisała się rozmowa z kobietą z Bydgoszczy w pociągu relacji Monachium – Wenecja. Ona nazwała podróżowanie “polowaniem na piękno”. Tylko co to za piękno i co to za polowanie? Większość rzeczy, na które kierujemy aparat nie ucieka, położona jest w przestrzeni publicznej, czasem o ograniczonym biletami dostępie. W krótkim czasie nie jesteśmy w stanie zrozumieć tego, co fotografujemy. Nasze wrażenia są jakoś powierzchowne, ale cieszymy się z tego, że w ogóle są możliwe. Nie jesteśmy w stanie z ignorancją równą obecnej spojrzeć na Gdańsk. Wszystko tam uwikłane już będzie w ludzi i politykę. Przykładowo, oceniamy w czyim interesie coś zostało uwidocznione, kosztem czego i kogo.

Czerpanie przyjemności z alienacji jest dziwne. Wiemy, że jesteśmy w stanie przekroczyć przepaść  jaka oddziela nas teraz od innych ludzi i nawiązać głębsze relacje. Przykładowo, moglibyśmy podróżować autostopem. Poznawać nowych ludzi, opowiadać im o sobie i wysłuchiwać ich historii. To pasjonujące przeżycie. Wiemy też, że nie musimy spać na kempingu. Moglibyśmy wysłać kilka emaili przez couchsurfing i pewnie znaleźlibyśmy miłych ludzi, którzy ugościliby nas, oprowadzili po swoim mieście, opowiedzieli wspaniałe historie, pokazaliby nam jak mieszka się w danym miejscu. Po takiej podróży pamiętalibyśmy ludzi, nie tylko miejsca.

Dlaczego więc nie podróżujemy (jak dawniej) w sposób mniej wyalienowany?
Bo nas na to stać? Bo słuchanie innych ludzi kosztuje czas? Bo nie chce nam się opowiadać o naszym życiu kolejnym przypadkowym osobom? Po części tak pewnie jest, ale jest też przyjemność bycia we dwoje wobec takiego wyobcowanego świata.

Episteme
Na wszystko patrzymy podwójnymi oczyma. Oglądamy wspólnie te same miejsca z delikatnie tylko różnych perspektyw. Wzajemnie gwarantujemy sobie istnienie rzeczywistości, a to ważne, bo czasem wspomnienia wydają się nierealne:
–        Byliśmy kiedyś w operze?
–        Tak, w Weronie, ale wyszliśmy przed końcem, bo zakończenie było przewidywalne.
Gwarantowanie sobie rzeczywistości przejawia się też tym, że czasem, może po latach, jakiś widok, smak lub zapach przywołuje w pamięci jednej osoby jakichś określony fragment odwiedzanego miasta i nawet po krótkim opisie tego przeżycia, jesteśmy w stanie “być tam oboje”, czyli dopowiedzieć sobie zapomniane fragmenty budynków, dialogów, uczuć itp. Przeżywając podróż w ten kolektywny sposób, uczymy się jak różni jesteśmy. Patrzymy na to samo, lecz widzimy co innego. Mocno odczuwamy to, idąc ulicami, zwracamy wtedy uwagę na zupełnie inne szczegóły (różnych ludzi, różne napisy na ścianach, różne budynki) i pokazujemy je sobie nawzajem zdziwieni, że jednej osobie udało się wypatrzeć tak niezauważalny dla drugiej szczegół. W muzeach eksperymentujemy (ostatnio Pinakoteka Moderne w Monachium) stając przed tymi samymi obrazami, na uszach mając te same opowieści z audioguide'a, a mimo to efekt jest różny. I jest o czym rozmawiać :)

Normalno
Jedziemy pociagiem z Mediolanu do Lozanny. Ciasno. Chyba wszystkie miejsca porezerwowane i chyba wszyscy z wakacyjnymi bagażami. Ledwo upchaliśmy nasze plecaki, a przecież duże nie są. Ale po nas przychodzą kolejni podróżni, w tym para młodych Rosjanek z dużymi walizkami, które nigdzie się nie mieszczą. I w końcu jedna mówi do drugiej, że walizki będą stać “normalno” w wąskim korytarzu, obok foteli. Oczywiście taka normalność nijak ma się do normy, czyli do tego, gdzie znajdują się wszystkie pozostałe bagaże. Pod tym względem jesteśmy Rosjankami :)

Bolesna bliskość ludzi uberkomunikatywnych
Zawsze podczas podróży zdarza się coś takiego, że ktoś zaczyna gadać głośno w sposób uniemożliwiający niesłuchanie. Nie byłoby to tak uciążliwe, gdyby nie to, że treści rozdawane tak szczodrze bolą powierzchownością. Właśnie w tej chwili dowiaduję się całej masy nieistotnych banałów na temat Rosji i reszty świata. Uratowałyby mnie słuchawki, bo właśnie tylko przez wzgląd na takie sytuacje je wziąłem. Niestety zostawiłem je w plecaku, a ten wepchnąłem gdzieś hen. Nic tylko przypomnieć sobie sentencję z magnesu na lodówkę “Spokojem nie jest bycie bez zgiełku i hałasu, ale odprężenie się pomimo nich”. OK, zamieniam się we wzrok.
 

 Masters of disguise
Największą starożytnością Werony jest Arena, w której odbywają się przedstawienia operowe. Wracając na kemping z zakupami z supermarketu (pomidory, oliwki, rukola, mozarella, wino, bagietka) zapędziliśmy się na główny plac miasta i kupiliśmy bilety na wieczorne przedstawienie “Romeo i Julia”. Na bilecie przeczytaliśmy, że obsługa może nas nie wpuścić do opery, jeśli będziemy niestosownie ubrani lub pijani. Świetnie. Ale co to znaczy stosownie ubrani? W niektórych kościołach to przynajmniej jakieś obrazki są przekreślone i wtedy wiadomo, czego na siebie nie wkładać. A nasze możliwości manewru w kwestii ubioru są obecnie dość ograniczone. Zawartość plecaka miała wytrzymać próbę czasu (3 tygodnie) i próbę wytrzymałości (namiot, pogoda), kwestie smaku wydawały nam się n-rzędne. Komu było łatwiej ubrać się stosownie? Czy kobiecie wystarczy być w sukience? Czy mężczyzna musi być w marynarce? Jeżeli kobieta może nadrabiać dowolny strój seksownością, to czy mężczyzna może nadrabiać kosztownością? Zastanawialiśmy się nad takimi sprawami, a jak inaczej?! Musieliśmy także dopracować się rozstrzygnięć. Reguły stosowności ubioru do opery ustalają klasy wyższe. Dlatego najważniejsza w stosownym ubiorze wydaje się pogarda dla funkcjonalności. Dlatego Piotrek mimo panujących temperatur wbił się w długie spodnie. Góra natomiast – dwuwarstwowo! Białe, supersportowe, obcisłe wdzianko, na to t-shirt (bez niego widać sutki = nie ta impreza), a do tego... apaszka. Uznaliśmy, że dzięki niej zyskamy oręż do ewentualnego kontrataku – wpuszczą z obawy przed oskarżeniem o homofobię. Gosia natomiast miała zwykłą sukienkę i uznała, że wystarczy to do eleganckości. Jednak kobietom jest łatwiej.  Poza tym, dla zachowania należytego dystansu do funkcjonalności języka, zamierzaliśmy komunikować się niczym angielscy lotnicy z serialu “Allo, allo”, czyli: fąfą fą, fą, fą..., ewentualnie „Good evening, Sir”. Plan upadł, bo już przy wejściu na ich oficjalne “błona sera” odpowiedzieliśmy plebejskim “hello”, całkowicie się przez to zdradzając. Psi los.

A przedstawienie? Zapytacie. Cóż, z wyuczonej grzeczności odpowiemy, że trudno orzec. Trudno się kardynalnie wypowiadać nie oglądając wcześniej w tej samej scenerii lwów i chrześcijan.  Dlatego wyszliśmy na kemping po antrakcie.