We wtorek wybraliśmy się do najbliższego nam
muzeum sztuki XXI wieku – MAXXI (kilka minut na piechotę od
miejsca, gdzie mieszkaliśmy). Wskazówkę dostaliśmy już w trakcie
pobytu w Rzymie od szwagierki, która wspomniała nam o tym przybytku na
fejsie (dzięki!). W starych przewodnikach w ogóle tego nie było, a
na ulotki rozdawane w okolicy Watykanu, w ogóle nie zwrócilibyśmy
uwagi, gdyby nie Pani Doktor właśnie.

Nie było tłoku, a my byliśmy w
dobrej kondycji, więc dyskutowaliśmy i spieraliśmy się o to czy
MAXXI dorasta do swej rzymskiej jedynki. Najżywiej dyskutowaliśmy
wokół tej części wystawy, która w ogóle pretendowała, żeby
powiedzieć coś o wieku XXI. Kilka pomysłów dotyczących rozwoju
miast, kwestii źródeł energii i transportu jakoś nas poruszało,
ale trudno było orzec czy decydowała o tym wartość prezentowanych
dzieł czy sama waga tematu. Przykładowo, żeby w ogóle oddać
jakoś naturę naszych dyskusji, zastanawialiśmy się czy w kwestii
irytujących nas samochodów można by zaprezentować nam w muzeum
cokolwiek i jakoś poruszałoby to nas, podczas gdy przejdziemy
obojętnie obok jakiegokolwiek portretu kardynała w muzeum
watykańskim, bo kardynałowie – zasadniczo – niczego w nas nie
poruszają.

Nie tyle same samochody są irytujące,
ale to, co drogi samochodowe zrobiły miastom. Drogi to dziś strefy
śmierci, a piesi i rowerzyści poruszać mogą się tylko wzdłuż nich,
przekraczać tymczasowo otwieranymi korytarzami. Gdy nie ma
przejścia, to bliskie na mapie miejsca stają się od siebie bardzo
odległe. Żeby żyć w takich strefach zagrożenia (w pobliżu dróg
nie puszczamy swobodnie dziecka ani kota) trzeba znać wiele reguł,
gestów i zaklęć, z których tylko część jest uniwersalna.
Jako turyści często nie radzimy sobie
z prostymi sprawami. Jednego dnia czekaliśmy z 10 minut na autobus,
żeby zobaczyć jak przejeżdża obok nas bez zatrzymywania się, bo
nie wiedzieliśmy, że powinniśmy celowo machnąć mu ręką. Innego
dnia zapędziliśmy się w mieście w prawdziwy „kozi róg”, gdy
wszystkie drogi do przodu odcięły nam autostrady. Musieliśmy się
cofnąć i trudny odcinek przebyć tramwajem. Ta niezdarność, nie
tylko zresztą nasza, powoduje, że w krytycznych częściach miasta
dla turystów przygotowuje się nie tylko strzałki, lecz grodzi się
teren, jak dla owiec, byle uniknąć przestojów. Te zagrody trzeba
umieć robić. A że nie jest to łatwe, to widać z Rzymie, gdzie
mamy do czynienia niejako z warstwami grodzeń, tj. dawne konstrukcje
murowane (oddzielają ludzi doświadczających atrakcji od ludzi na
zewnątrz), nowocześniejsze metalowe (np. chodnik podzielony wzdłuż
na pół) oraz tymczasowe, czyli bramy, taśmy, blokady wstawione na
czas remontu, renowacji, nadchodzącego wydarzenia. Nagromadzenie
takich „pastuchów” powoduje czasem taką „zawieszkę”
polegającą na tym, że proces przemieszczania turysty zachodzi, ale
zachodzi wciąż i sam turysta nie może się wydostać. Tak kilka
dni temu „dochodziliśmy” do Forum Romanum. I całkiem podobnie
kręciliśmy się po muzeum watykańskim nie mogąc uniknąć
zobaczenia Kaplicy Sykstyńskiej drugi raz tego samego dnia.
Wracając jednak do MAXXI – koniec
końców, dla jednych z nas ta niby-futurystyczna i katalogująca
idee część wystawy była ekscytująca, dotykająca naszego życia,
a dla innych nie. Dużo uwagi poświęcono architekturze, idei miasta
i poza-mieścia, utopiom małym i średnim. Były to jakoś
interesujące próby myślenia o całości doświadczenia miejskiego
wraz z organizacją czasu wolnego, tzn. wyjazdami poza miasto. Jednak
poważny był zarzut, że robota wykonana została na z góry zadany
przez kuratorów temat, więc skutek jest taki, że każdy artysta
opracował poletko, ale całość nie okazała się porywająca.
Można by nawet powiedzieć, że się to kupy nie trzymało. Choć w
sumie katalogowanie pewnych nieznanych nam, a raczej nieobecnych w
namyśle nad miastem miejsc, tj. stacje benzynowe i motele przy nich,
jakoś w nas zostało. Może dlatego, że już kiedyś
zastanawialiśmy się nad kwestią nie-miejsc obecną w teoriach,
które trawimy od czasu studiów pedagogicznych.
MAXXI sprawiło nam też przyjemności.
Wszyscy zgodziliśmy co do tego, że wystawa zdjęć była bardzo
dobra, choć wobec XXI wieku pozostawała raczej zdystansowana. Jeżeli
kryterium współczesności miało być to, że oglądamy to wszystko
w XXI wieku, to każde muzeum jest MAXXI.
Samo muzeum było ciekawe zwłaszcza
pod względem architektonicznym, ale i rozczarowywało nieco, gdyż
sporo sal, a nawet całych pięter było zamknietych. Interesująca
społecznie była sala przedzielona ekranami na podłodze – ekrany
leżały kilka metrów pod szybami, przez co stający nad nimi mieli
lęk wysokości taki, jak zwykle przy chodzeniu po szklanej,
przezroczystej podłodze. Ze zdziwieniem patrzyliśmy jak wszyscy
próbowali przeskoczyć metrową zaledwie „przepaść” i jak nam
samym drżały nogi przy chodzeniu po szkle... Wysiłek ten trzeba
było powtórzyć, bo odcięty przepaścią fragment muzeum okazał
się ślepym zaułkiem.
Najciekawszym elementem muzeum była
chyba (poza kawiarnią z dobrą kawą i ciastem) przestrzeń na
zewnątrz – według projektu, który wygrał konkurs dla młodych
architektów. Konstrukcja tam umieszczona składała się z podestu i
miękkich siedzeń i bardzo fajnie nam się tam odpoczywało, a
Jasiek nawet na trawce obok nawiązał znajomość z małą
dziewczynką. Nawet tak małe dzieci jak nasze wydają się rozumieć,
że są inne od dorosłych i podobne do siebie - zauważyła matka drugiego malucha.


Interesujące w zwiedzaniu muzeów i w
całej tej turystyce jest organizacja doświadczenia. Niesamowite jak
wiele osób zatrudnionych jest w ochronie. Chronią rzeczy lub nas
przed nami samymi. Patrzą jak patrzymy, poganiają, gdy przystajemy,
przypominają o konieczności zachowywania ciszy, gdy mruczymy pod
nosem. Trzeba przyznać, że ze wszystkich rzymskich doświadczeń
MAXXI było pod tym względem najprzyjemniejsze. Interesujące w
muzeach jest to, że nikt nie pyta, co z ich zwiedzania wynikło.
Zupełnie inaczej niż w tradycyjnej szkole, a przecież edukacyjne
cele instytucji podkreślane są wszem i wobec. Żadnego testu na
koniec. Nikogo absolutnie nic nie obchodzi co my z tego mamy, dopóki
pozostawiliśmy po sobie taki sam stan, jaki zastaliśmy. A pytanie
„Co my z tego mamy?” mogłoby napawać trwogą tych, którzy
podporządkowując się regułom MAXXI nie zrobili sobie w muzeum
żadnego zdjęcia! Cały przemysł turystyczny wydaje się rozrastać
w obszarach, które są efektami ubocznymi zwiedzania, tzn. trzeba
coś zjeść, napić się, odpocząć. Zasadniczo nie są to cele
zwiedzania, ale konieczności, choć z czasem stały się dość
autonomiczne. A może już samo to, że wybieramy takie, a nie inne
miejsca do zwiedzania świadczy o naszej wystarczająco posuniętej
degeneracji, tak że nikt nie musi zajmować się tym, co myślimy,
ponieważ mniej więcej wiadomo, co myślimy i niewiele więcej
jesteśmy w stanie wymyślić.

Z innych ciekawostek: Od początku pobytu w Rzymie –
biegając między muzeami – szukaliśmy proszku do prania
odpowiedniego do prania rzeczy niemowląt. Nigdzie nie było. Nawet w
aptekach. Ostatecznie tata G trafił na odpowiedni płyn... w
księgarni! Ludzie prowadzący księgarnie bywają „postrzeleni”
- ci, szczęśliwie, na punkcie ekologii. Nasze tego typu zdobycze,
których – tak jak np. dwóch rozpoczętych słoików miodu – nie
potrafiliśmy porzucić, spowodowały, że zaczęliśmy przemyślnie
się pakować, żeby nie przekroczyć limitu wagi naszych bagaży.
Ostatecznie nadwyżka 300 gramów uszła nam „na sucho”.
Noc przed wylotem do Berlina okazała
się dla wszystkich ciężka – zaczęła się późno (pakowanie po wieczornym spacerze i jedzeniu kasztanów),
skończyła wcześnie (dojazd na lotnicho) i do tego była raczej
bezsenna. Tylko niemowlęta dobrze ją zniosły, ale tych wśród nas
nie było wiele. Kiedy wylądowaliśmy na stacji Termini, skąd
mieliśmy pociąg bezpośrednio na lotnisko Fumicino, to okazało
się, że nasze bilety nie działają na to połączenie. Mając 2
minuty do odjazdu dokonywać musieliśmy niezwykle szybkich czynów,
ale ostatecznie zdobyliśmy bilety, skasowaliśmy je, choć
satysfakcji z ich sprawdzenia nikt nam nie dał. Na lotnisku dziecko
też dobrze jest mieć – lepiej niż oczekiwaliśmy. Na jedno
dziecko przechodzimy w pięć osób przez bramkę priorytetową.
Podczas lotu Jasiek nie sprawił najmniejszego kłopotu – zjazdł
zanim na dobre wystartowaliśmy i spał tak, że przy lądowaniu
musieliśmy prowokować go do ssania smoczka. Po wylądowaniu zdziwił
nas brak przewijaków w toaletach, ale okazało się, że na
Schonefeld są specjalne pomieszczenia do przewijania dzieci, lecz
klucz do nich trzeba sobie pobrać w informacji. Mieliśmy też mały
kryzys w zespole, gdy starły się dwie koncepcje zadomawiania się w
nowym miejscu. Pierwsza to jak najszybciej kupić jak najlepszą mapę.
Druga – map się nie kupuje, mapy się zdobywa penetrując
infrastrukturę. Skończyło się na oddaniu w sklepie przy lotnisku
mapy za 3,50 euro i zakupie mapy za 1 euro godzinę później. Aha, a
na taśmę wydającą bagaże to w Berlinie nasz wózek wjechał
dumnie jako pierwszy – dlatego pewnie tak długo czekaliśmy aż
zacznie się wydawanie. Do głównego dworca (Haupbanhof) dojechaliśmy
pociągiem regionalnym, bo nie chcieliśmy się przesiadać jadąc
S-kami. Zresztą ulubiony bilet na pięć osób uprawniał nas do
tego.

Stamtąd postanowiliśmy iść do
biura, skąd mieliśmy pobrać klucze do naszego przyszłego domu.
Mieszkanie okazało się lepsze niż na prezentujących je zdjęciach.
Niestety od razu zaczęliśmy mocniej odczuwać mankamenty
poprzedniego. Teraz mamy gorącą wodę ze ściany, a nie z bojlera.
Mamy też promienie słońca wpadające do mieszkania i balkon, a
nie... Nie ma co porównywać – tu we wszystkich pokojach mamy
okna! No i chodniki, którymi szliśmy. W Rzymie szlibyśmy gęsiego
zastanawiając się czy kółka naszych toreb wytrzymają
nierówności. Fakt, że w Berlinie jest chłodniej – w Rzymie
wyzdrowieliśmy. Kiedy kapitan samolotu podał, że na ziemi w
Berlinie będą dwa stopnie Celsjusza, to wykrzyknęliśmy z bólu. A
najgłośniej Magda.
Pierwszy dzień w Berlinie niektórzy z
nas zasadniczo przespali, inni przebiegali. Najliczniejsi wrócili na
dworzec – o dziwo! Tam pojedli (jeśli jest się tym, co się je,
to Ich bin...), popili, a wracając zaczęli mieszać się z lokalną
ludnością robiąc zakupy (choć w supermarkecie zagadał nas akurat Polak zachwalając cudowne właściwości picia wódki). Trudno opisać magiczny Berlin i radość
z przebywania w naszych Niemczech. Ale próbować trzeba. Spróbujmy
tak: mamy jacuzzi, ale nie możemy używać go po godzinie 20:00,
podobnie jak zmywarki do naczyń, bo sąsiedzi mogą wtedy wezwać
policję za zakłócanie ciszy. Genialne!