w drodze

w drodze

środa, 18 lipca 2012

Liryki lozańskie


Topiliśmy zamiast prać w Szwajcarii

Wylądowaliśmy w Lozannie. W informacji turystycznej powiedzieli nam, że kemping jest już pełny, bo odbywają się mistrzostwa świata w biegach na orientację. Bardzo miłej pani udało się jednak wynegocjować tam dla nas małą przestrzeń na nasz namiot. Kemping nie gdzieś w górach, ale nad samym jeziorem! Szwajcarzy doprowadzili kempingi do jeszcze wyższego poziomu rozwoju. Tylko część pól przeznaczona była pod namioty. Duża część pod kampery. Ale chyba najwięcej miejsca zajmowały ogromne przyczepy przerobione w domki, z których każdy wyglądał inaczej, a wszystkie na mocno już tam zakorzenione (kwiaty, rynny, szafy). My znaleźliśmy świetne miejsce pod drzewem, gdzie słońce nie przygrzewało zbyt mocno, choć nie wzięliśmy pod uwagę złośliwych ptaków mieszkających nad nami...
Swoją drogą, fajnie byłoby gdyby ogródki działkowe, które przecież wymyślone zostały po to, by klasa robotnicza miała szansę spędzać wakacje poza miastem, udało się w Polsce uratować choćby w takiej okrojonej, ale dostępnej wszystkim formie kempingu.

Co bardzo miłe, wykupując nocleg w Lozannie dostaje się bilet na komunikację miejską na cały czas pobytu. Jeszcze zanim rozłożyliśmy namiot zaczęło przelotnie kropić, a kiedy usiłowaliśmy zrobić szwajcarskie zakupy (słoik z sosem, bagietka, tabliczka czekolady), zaczęło lać. Jakoś przeczekaliśmy deszcz i udaliśmy się na spacer wzdłuż jeziora, do St. Sulpice, a potem z powrotem przy lekkiej pomocy autobusu. Jeziorko wyglądało pięknie, trochę nawet zbyt pięknie, bo przypominało sentymentalne obrazki, tu mostek, tam drzewko, gdzie indziej pień udający ławeczkę. Na dodatek w St Sulpice czekała na nas podwójna tęcza! Żadne nasze zdjęcie nie potrafi oddać ogromu ani intensywności kolorów tej tęczy. Wyrastała z jeziora i aż żarzyła się kolorami. Sprawiała, że zmęczone nasze oczy otwierały się szeroko ze zdumienia, usta śmiały się, a nogi chciały iść i zwiedzać dalej i więcej.

Następny dzień spędziliśmy trochę wylegując się i piknikując, do czego Lozanna wydaje się stworzona, a trochę zwiedzając to w sumie niewielkie miasteczko. Załapaliśmy się nawet na wycieczkę z przewodniczką po katedrze (największej w Szwajcarii podobno), gdzie twardo udawaliśmy, że rozumiemy wszystko, co nam pani opowiadała spokojnym francuskim głosem.


Szwajcaria okazała się nieprzyzwoicie droga. Musieliśmy ograniczyć wizyty w barach i restauracjach do jednego falafla, a poza tym wrócić do tradycji piknikowania przy zakupach z supermarketu. [Dzielenie posiłków z wróblami (i krukami) ma jednak swój urok i jakoś „odejmuje lat”.] Czy warta swojej ceny trudno powiedzieć, bo kojarzyła nam się z jednym wielkim uzdrowiskiem, gdzie właściwie jeziorko (ponad 300m głębokości w niektórych miejscach i zbyt długie nawet na rower) było najciekawsze. Mimo to, topiliśmy tam pieniądze, zamiast je prać jak korporacje tytoniowe ulokowane wzdłuż jeziora i nieopodal siedzib administracji zarządzającej światowym sportem. Żebyśmy sobie chociaż ubrania w tej Szwajcarii poprali, ech. 







Rano (we wtorek) nieśpiesznie spakowaliśmy się (zachwycając się urokiem słowa 'śpiwór' i możliwością użycia go jako imię męskie), wsiedliśmy do pociągu do Genewy i pojechaliśmy obejrzeć sobie miasto. W informacji turystycznej zamiast zwykłej mapy dostaliśmy jakąś propagującą zdrowy tryb życia, przestrzegającą przed brakiem ruchu i pokazującą, gdzie warto iść na piechotę, czego usłuchaliśmy dodając do spacerku element biegu, kiedy okazało się, że pociąg do Lyonu odjeżdża niebawem. Tak więc po 2 godzinach w Genewie wsiedliśmy znów do pociągu i jedziemy do Lyonu na spotkanie kolejnych przygód.


Śpiwory/Myśliwory lozańskie

Polało się kwaśne, czerwone wino
na mą koszulkę jasną, ostatnią czystą
gdy otwierałem je z dawną dziewczyną
korek się skruszył, a płyn w twarze trysnął

Uczta w namiocie jak kot teraz w worku
my w nim w popłochu, a na zewnątrz cuda!
Dzisiaj wytrawnie będzie nam w śpiworku
a na jutro sangria żonie się uda.

Zostańmy tak jeszcze jeden wieczorek
Wciśnięci w worek, myśli śpiworek.


Przygód ciąg dalszy

Lyon okazał się większy i mniej ciekawy z perspektywy dworca niż się spodziewaliśmy. Dworce tak duże jak ten lyoński lub, na przykład, mediolański są światami intensywnego ruchu. Trudno w takich (nie)miejscach zatrzymać się, oprzeć. Ściany pełnią tam dodatkowe funkcje (informacja, bankomaty, automaty do biletów, wystawy), więc gdzie nie przystanąć to zawsze komuś na drodze. Odetchnąć można tylko w kolejkach do kas lub do informacji. Ale tam ruch jedynie zwalnia, rzadko zupełnie ustaje. Ludziom schwytanym w kolejki wyostrzają się zmysły, ale wielu udaje się mimo otaczającego zgiełku zachować spokój. Kiedy wychodzi się z takich wielkich i pełnych ludzi dworców, to tak jakby opuszczało się zamek lub miasto, więc okolica zazwyczaj jakoś rozczarowuje. Na zewnątrz wszystko dzieje się wolniej, mniej jest jednoznaczności, czyli „strzałek” i okolica jakby bardziej żyła dla siebie, niż dla obsługi ruchu. A w Lyonie, do tego, upał był okropny, nigdzie nie było planów miasta, więc zdecydowaliśmy się jechać dalej.

Najpierw w informacji kolejowej dowiedzieliśmy się, że możemy bardzo łatwo dojechać do wytęsknionego Aix-en-Provence lub Avignonu, a potem bez problemu wsiądziemy w TGV i za półtora euro dopłaty będziemy w Brukseli w pięć godzin. Rozmarzyliśmy się. Czyli możemy jechać na południe, a potem szybciutko na północ... Zobaczyć Avignon i tego samego dnia być na naszym ulubionym kempingu z basenem! Niestety po wystaniu w kolejce do kasy okazało się, że dopłata za szybki pociąg to nie półtora, lecz ponad pięćdziesiąt euro :( Jazda na południe wydawała się teraz bez sensu, więc ruszyliśmy na północ do Dijon. Fotele w pociągu były tak mięciutkie, że nie mogliśmy się oprzeć i zasnęliśmy... Szczęśliwie obudziliśmy się w Dijon, szybko wysiedliśmy i udaliśmy się do informacji turystycznej. Tam bardzo miłe, choć niemówiące po angielsku panie wytłumaczyły nam, że miasteczko jest piękne, wieczorem odbywają się koncerty w parku, kemping jest bliziutko, jest tani i na pewno znajdzie się miejsce. Cudownie! Tyle że po pół godziny drogi w kempingu okazało się, że jest zapchany i na nasz namiocik miejsca nie ma. Więc źli na całe miasto (dostało się też ichnim musztardzie i majonezowi) i niechętni do powrotu do tej samej informacji, żeby szukać hoteli, ruszyliśmy na dworzec i wsiedliśmy do pociągu do Reims, w końcu to miasto królów, więc może przyjmie nas godnie ;)

W sumie to ciekawe dlaczego wybieramy jedne miasta, a rezygnujemy lub czasem nawet nie zauważamy innych. A w samych już miastach, dlaczego wybieramy jedne ulice, a omijamy inne. Dopiero przy wielkich liczbach turystów widać, że ich uwaga nie rozkłada się ani równomiernie, ani normalnie. Włócząc się po Weronie widzieliśmy przykładowo tłumy ludzi w lodziarni na jednej ulicy i ich zupełny brak w lodziarni ulicę obok. Z jednej strony ludzie po prostu optymalizują ruch i niektóre lodziarnie okazują się po prostu po drodze do polecanego i oznaczonego na mapie punktu. Z drugiej, drepczemy po śladach innych i jeżeli lodziarnia stoi pusta, to znaczy dla nas, że stoi pusta nie bez powodu. Ale czasami wystarczy, że pojawia się tam jeden „lokals” i nawet niczego nie kupując powoduje, że jako turyści możemy zdecydować, że oto przestaniemy podążać za resztą tłumu turystów i zaczniemy podążać za „lokalsami” kupując lody w nieuczęszczanej lodziarni. Pewną restaurację pełną „lokalsów” znaleźliśmy w Weronie tylko dlatego, że ktoś anonimowy polecił ją na wikitravel. Wybór Reims również umocnił się dzięki internetowi. Oprócz tego, że jest grubszą czcionką na naszej mapie i jest miastem kolejowym (a tylko takie nas interesują) po drodze do Brukseli, to brat Piotrka Paweł odnalazł ślady obecności tamtejszych kempingów w sieci, kiedy rozczarowani Dijon prosiliśmy go smsami o wskazówki. Tak, podróżujemy bez internetu w smartfonach. Tak, wiemy, że to „średniowiecze”. Miało być odrobinę „retro” :p

Nastawiając się na miasto królów mocno zdziwiliśmy się wychodząc z pociągu, gdy nasze nozdrza przeniknął nieopisany słodkawy odór. Odór ten przypominający nieco zapach bezdomności lub gnijących cukierków (?! if you know, what I mean) roztaczał się dużo dalej niż na samym dworcu i jego okolicach. Idąc główną ulicą (jedyną żywą o 21:30) szukaliśmy hoteli (!), ale wszystkie wyglądały jak speluny. Do jednej nawet weszliśmy, gdzie pan jak tunezyjski kupiec wypytywał nas skąd jesteśmy, by potem z rozbrajającą szczerością powiedzieć, że ceny, którymi się reklamują na zewnątrz są tylko po to, by przyciągnąć turystów, b w rzeczywistości są dużo wyższe. Wyzwaliśmy go od oszustów i uszliśmy w poszukiwaniu kempingu lub hostelu, bo hostele jeszcze w naszym mniemaniu miały atmosferę jakąś przyjazną, bycia z innymi, internetu, młodości itp. Znaleźliśmy oba, co było dosyć niespodziewane, gdyż kemping okazał się wyłącznie dla camperów, ale za to był w tym samym miejscu i hostel. Może nie trzygwiazdkowy, ale w końcu można było się wyspać w łóżku, a rano czekało nas ogromne śniadanie!! :)


poniedziałek, 16 lipca 2012

Werona


Fitness
Dziś (w niedzielę) dzień rozpoczął się od ćwiczeń odchudzająco-wytrzymałościowych, czyli 40-minutowego marszobiegu z obciążeniem, wynagrodzonego widokiem odjeżdżającego pociągu i możliwością nieskrępowanego planowania dalszej podróży bez ograniczeń związanych z poprzednimi nierealnymi już planami dotarcia do wciąż wspominanego przez nas kempingu w Aix-en-Provence. Dojechaliśmy do Mediolanu, tam trzy pociągi do Szwajcarii prześcigały się, żeby nam zaimponować i odwrócić naszą uwagę od lokalnych włoskich, aż w końcu zdecydowaliśmy się na podróż do Lozanny, gdzie jeszcze niedawno wyobrażaliśmy się, że moglibyśmy mieszkać. Czas było więc zweryfikować nasze wyobrażenia, a wcześniej odpocząć w pociągu z widokiem na góry i jeziora, spisując obserwacje i przemyślenia, które były z nami już jakiś czas.

Dlaczego podróż
Gdy dużo podróżuje się, to w końcu trzeba zapytać “dlaczego?”. Dlaczego podróżujemy? Zabawne, że to pytanie pojawia się dopiero w trakcie podróży. Nie pytaliśmy się o to w Gdańsku. Zaczęliśmy się nad nim zastanawiać dopiero w Monachium. Pewnie nie bez znaczenia była lektura “Smutku tropików”. Wydaje się, że wszystko czego potrzebujemy do życia mamy w jednym miejscu. Podróż wiąże się z niewygodami. Pytania o sens podróży nie sposób nie zadać, gdy jest się na kempingu z tysiącami turystów z wielu krajów. Większość ludzi spała tuż obok lub w swoich przystowanych do tego celu samochodach. Więc żyjemy razem na trawnikach, zaledwie kilka metrów od siebie, a nie ma między nami żadnych, w zasadzie, interakcji. Nie mówimy sobie nawet “dzień dobry”. Co więcej, nasze relacje z innymi ludźmi ograniczają się do osób, które świadczą nam róznego typu usługi za pieniądze. Wszyscy jesteśmy dla siebie mili, płacimy i rozchodzimy się i pewnie nigdy już więcej sie nie poznamy. Utopia Adama Smitha ziszcza się tak właśnie.

Być może o to właśnie chodzi w podróży. Jest to społecznie akceptowana alienacja. Przez kilka tygodni można żyć bez inwestowania w związki z ludźmi, lecz jednocześnie wciąż cieszyć się bliskością społeczeństwa. Tego nie dałoby się przeżyć pozostając w zwykłym naszym miejscu, gdzie jesteśmy częścią wspólnoty. Tam zawsze dba się o relacje, bo bardzo szybko może się okazać, że poza “sklepową” relacją wzajemności (ang. Reciprocity), mamy z przypadkowymi ludźmi więcej wspólnego: znamy się, mamy wspólnych znajomych, interesy itp. W konsekwencji, zależy nam na ludziach i trudniej byłoby ich ignorować.

W nasze rozważania o sensie podrózy wpisała się rozmowa z kobietą z Bydgoszczy w pociągu relacji Monachium – Wenecja. Ona nazwała podróżowanie “polowaniem na piękno”. Tylko co to za piękno i co to za polowanie? Większość rzeczy, na które kierujemy aparat nie ucieka, położona jest w przestrzeni publicznej, czasem o ograniczonym biletami dostępie. W krótkim czasie nie jesteśmy w stanie zrozumieć tego, co fotografujemy. Nasze wrażenia są jakoś powierzchowne, ale cieszymy się z tego, że w ogóle są możliwe. Nie jesteśmy w stanie z ignorancją równą obecnej spojrzeć na Gdańsk. Wszystko tam uwikłane już będzie w ludzi i politykę. Przykładowo, oceniamy w czyim interesie coś zostało uwidocznione, kosztem czego i kogo.

Czerpanie przyjemności z alienacji jest dziwne. Wiemy, że jesteśmy w stanie przekroczyć przepaść  jaka oddziela nas teraz od innych ludzi i nawiązać głębsze relacje. Przykładowo, moglibyśmy podróżować autostopem. Poznawać nowych ludzi, opowiadać im o sobie i wysłuchiwać ich historii. To pasjonujące przeżycie. Wiemy też, że nie musimy spać na kempingu. Moglibyśmy wysłać kilka emaili przez couchsurfing i pewnie znaleźlibyśmy miłych ludzi, którzy ugościliby nas, oprowadzili po swoim mieście, opowiedzieli wspaniałe historie, pokazaliby nam jak mieszka się w danym miejscu. Po takiej podróży pamiętalibyśmy ludzi, nie tylko miejsca.

Dlaczego więc nie podróżujemy (jak dawniej) w sposób mniej wyalienowany?
Bo nas na to stać? Bo słuchanie innych ludzi kosztuje czas? Bo nie chce nam się opowiadać o naszym życiu kolejnym przypadkowym osobom? Po części tak pewnie jest, ale jest też przyjemność bycia we dwoje wobec takiego wyobcowanego świata.

Episteme
Na wszystko patrzymy podwójnymi oczyma. Oglądamy wspólnie te same miejsca z delikatnie tylko różnych perspektyw. Wzajemnie gwarantujemy sobie istnienie rzeczywistości, a to ważne, bo czasem wspomnienia wydają się nierealne:
        Byliśmy kiedyś w operze?
        Tak, w Weronie, ale wyszliśmy przed końcem, bo zakończenie było przewidywalne.
Gwarantowanie sobie rzeczywistości przejawia się też tym, że czasem, może po latach, jakiś widok, smak lub zapach przywołuje w pamięci jednej osoby jakichś określony fragment odwiedzanego miasta i nawet po krótkim opisie tego przeżycia, jesteśmy w stanie “być tam oboje”, czyli dopowiedzieć sobie zapomniane fragmenty budynków, dialogów, uczuć itp. Przeżywając podróż w ten kolektywny sposób, uczymy się jak różni jesteśmy. Patrzymy na to samo, lecz widzimy co innego. Mocno odczuwamy to, idąc ulicami, zwracamy wtedy uwagę na zupełnie inne szczegóły (różnych ludzi, różne napisy na ścianach, różne budynki) i pokazujemy je sobie nawzajem zdziwieni, że jednej osobie udało się wypatrzeć tak niezauważalny dla drugiej szczegół. W muzeach eksperymentujemy (ostatnio Pinakoteka Moderne w Monachium) stając przed tymi samymi obrazami, na uszach mając te same opowieści z audioguide'a, a mimo to efekt jest różny. I jest o czym rozmawiać :)

Normalno
Jedziemy pociagiem z Mediolanu do Lozanny. Ciasno. Chyba wszystkie miejsca porezerwowane i chyba wszyscy z wakacyjnymi bagażami. Ledwo upchaliśmy nasze plecaki, a przecież duże nie są. Ale po nas przychodzą kolejni podróżni, w tym para młodych Rosjanek z dużymi walizkami, które nigdzie się nie mieszczą. I w końcu jedna mówi do drugiej, że walizki będą stać “normalno” w wąskim korytarzu, obok foteli. Oczywiście taka normalność nijak ma się do normy, czyli do tego, gdzie znajdują się wszystkie pozostałe bagaże. Pod tym względem jesteśmy Rosjankami :)

Bolesna bliskość ludzi uberkomunikatywnych
Zawsze podczas podróży zdarza się coś takiego, że ktoś zaczyna gadać głośno w sposób uniemożliwiający niesłuchanie. Nie byłoby to tak uciążliwe, gdyby nie to, że treści rozdawane tak szczodrze bolą powierzchownością. Właśnie w tej chwili dowiaduję się całej masy nieistotnych banałów na temat Rosji i reszty świata. Uratowałyby mnie słuchawki, bo właśnie tylko przez wzgląd na takie sytuacje je wziąłem. Niestety zostawiłem je w plecaku, a ten wepchnąłem gdzieś hen. Nic tylko przypomnieć sobie sentencję z magnesu na lodówkę “Spokojem nie jest bycie bez zgiełku i hałasu, ale odprężenie się pomimo nich”. OK, zamieniam się we wzrok.
 

 Masters of disguise
Największą starożytnością Werony jest Arena, w której odbywają się przedstawienia operowe. Wracając na kemping z zakupami z supermarketu (pomidory, oliwki, rukola, mozarella, wino, bagietka) zapędziliśmy się na główny plac miasta i kupiliśmy bilety na wieczorne przedstawienie “Romeo i Julia”. Na bilecie przeczytaliśmy, że obsługa może nas nie wpuścić do opery, jeśli będziemy niestosownie ubrani lub pijani. Świetnie. Ale co to znaczy stosownie ubrani? W niektórych kościołach to przynajmniej jakieś obrazki są przekreślone i wtedy wiadomo, czego na siebie nie wkładać. A nasze możliwości manewru w kwestii ubioru są obecnie dość ograniczone. Zawartość plecaka miała wytrzymać próbę czasu (3 tygodnie) i próbę wytrzymałości (namiot, pogoda), kwestie smaku wydawały nam się n-rzędne. Komu było łatwiej ubrać się stosownie? Czy kobiecie wystarczy być w sukience? Czy mężczyzna musi być w marynarce? Jeżeli kobieta może nadrabiać dowolny strój seksownością, to czy mężczyzna może nadrabiać kosztownością? Zastanawialiśmy się nad takimi sprawami, a jak inaczej?! Musieliśmy także dopracować się rozstrzygnięć. Reguły stosowności ubioru do opery ustalają klasy wyższe. Dlatego najważniejsza w stosownym ubiorze wydaje się pogarda dla funkcjonalności. Dlatego Piotrek mimo panujących temperatur wbił się w długie spodnie. Góra natomiast – dwuwarstwowo! Białe, supersportowe, obcisłe wdzianko, na to t-shirt (bez niego widać sutki = nie ta impreza), a do tego... apaszka. Uznaliśmy, że dzięki niej zyskamy oręż do ewentualnego kontrataku – wpuszczą z obawy przed oskarżeniem o homofobię. Gosia natomiast miała zwykłą sukienkę i uznała, że wystarczy to do eleganckości. Jednak kobietom jest łatwiej.  Poza tym, dla zachowania należytego dystansu do funkcjonalności języka, zamierzaliśmy komunikować się niczym angielscy lotnicy z serialu “Allo, allo”, czyli: fąfą fą, fą, fą..., ewentualnie „Good evening, Sir”. Plan upadł, bo już przy wejściu na ich oficjalne “błona sera” odpowiedzieliśmy plebejskim “hello”, całkowicie się przez to zdradzając. Psi los.

A przedstawienie? Zapytacie. Cóż, z wyuczonej grzeczności odpowiemy, że trudno orzec. Trudno się kardynalnie wypowiadać nie oglądając wcześniej w tej samej scenerii lwów i chrześcijan.  Dlatego wyszliśmy na kemping po antrakcie.

sobota, 14 lipca 2012

uchodząc przed deszczem...


Dzień w Monachium był piękny, choć oczywiście męczący, kiedy chce się zobaczyć wszystko w 1 dzień :) odpoczywaliśmy siedząc na podłodze pinakoteki modernizmu, słuchając audioprzewodnika i próbując zrozumieć dzieła Matisse'a, Paula Klee, Kandinsky'ego, Kirschnera i innych „degeneratów” :) 






Potem piknik przy namiocie i wieczór w centrum. Pogoda przyjemna, trochę chłodno, ale da się żyć...


Niestety z Monachium uciekaliśmy w popłochu. Przegonił nas deszcz największy chyba z wrogów kempingowania. Padało w nocy, padało rano. Padając groziło, że spędzimy wiele godzin w namiocie rozmyślając o sensie podróżowania lub... kończąc artykuł. Szczęśliwie mieliśmy Rudą w odległości smsa i dzięki temu udało nam się ocenić sytuację pogodową w Europie i pojechaliśmy na południe. Na pociąg do Werony miejscówek już nie było, ale udało nam się znaleźć piękne strategiczne miejsce w korytarzu, z którego podziwialiśmy austriackie Alpy. W Bolzano przesiedliśmy się już na wygodniejsze miejsca i urozmaicaliśmy sobie czas rozmową z panią z Bydgoszczy.


Werono! Ach Werono! Tu wysuszymy nasz namiot. Najpierw trzeba jednak znaleźć miejsce na nowy „dom”. Patrzyliśmy na życie wokół dworca kolejowego próbując zrozumieć jak działa się w tym miejscu. Ludzie przemieszczali się chaotycznie, informacja wydawała nam się nieczytelna, wszystko sprawiało wrażenie jakiegoś bałaganu, na którym na pewno ktoś może zyskać (na pewno taksówkarze). I to mają być te uporządkowane, północne Włochy? – pytaliśmy się nawzajem.

Odnaleźliśmy informację turystyczną w centrum miasta. Dowiedzieliśmy się jak dojechać na kemping i ruszyliśmy. Ku naszemu zdziwieniu autobus nie zabrał nas na miejsce. Numer się zgadzał, ale widocznie ten sam autobus jadący w tę samą stronę wybiera sobie różne miejsca docelowe. Nie my jedyni zresztą byliśmy tym zdziwieni już na pętli, gdzie przyszło nam czekać na kurs tego samego autobusu w inną stronę. Na kemping w końcu doszliśmy na piechotę i po schodach, gdyż okazało się, że znajduje się w ruinach klasztoru Św. Piotra, na wzgórzu. Miejsce piękne, widoki również, a do tego internet. 




 Wieczorem mimo bólu nóg udało nam się jeszcze zejść do miasta, zjeść elegancką kolację, wpaść na piwko i biegając w te i wewte po wysokich schodach wewnątrz kempingu, wziąć prysznic :)



 A rano zaoferowano nam przepyszne śniadanko (oczywiście rogaliki i kawa), przy którym planujemy sobie dzień...


czwartek, 12 lipca 2012

saksońsko-bawarskie chwiłe

"Attitude - the difference between an ordeal and an adventure" 

Pierwszy dzień podróży niemal cały w pociągu. Śniadanie we Wrocławiu, drugie w pociągu do Drezna, lunch miał być w Dreźnie, ale cały czas przeznaczyliśmy na bieganie, robienie fotek i oduczanie się robienia zakupów, więc kanapki pałaszowaliśmy już w pociągu do Norymbergi. Obiad miał być w Norymberdze, ale zaczęliśmy obawiać się późnego przyjazdu na kemping i pospieszyliśmy do bawarskiego Monako (czyli Monachium), pierwszym pociągiem jaki był. Za to kolacja, ech kolacja... Nie jest łatwo zrobić zakupy po 20:00 w Niemczech. Na szczęście był falafel i stacja benzynowa i jakoś zmontowaliśmy sobie piknik. Rano po godzinnym opóźnieniu spowodowanym zaćmieniem umysłów i pojechaniem autobusem w drugą stronę (z plusów tej przygody, śniadanie w ekologicznym supermarkecie), w końcu mieliśmy szansę zobaczyć inne części miasta niż park i osiedle willowe. Teraz pijemy kawę w centrum i zabieramy się za planowanie obiadu :)


P.S. A w podróży zgodził się towarzyszyć nam Claude Lévi-Strauss...









wtorek, 10 lipca 2012

i.... ruszamy!








Podróż poślubną czas zacząć! Na początek Wrocław, żeby trochę odpocząć, spotkać się z rodziną, znajomymi... niestety/na szczęście znajomych tyle, że ledwo się wyrabiamy i umawiamy 3 różne spotkania w ciągu tej samej godziny... ale jest czas i na piwko w Falansterze, plac zabaw z Arkiem i Oliwką, mnóstwo kawy czy czterodaniową kolację podczas niespodziewanej przejażdżki łódką i z Gutkiem!

niedziela, 30 sierpnia 2009

Islandia – pierwsze wrażenia i spostrzeżenia


Środa, 26.08.2009, 20:20 czasu islandzkiego

Mamy w końcu meble, więc siedzimy jak ludzie na kanapach i fotelach, relaksując się po kolejnym dniu pogoni za sprzętami do naszego domu. Nie mamy internetu, więc czytamy gazety, uczymy się języka, robimy notatki... Jak za dawnych czasów w Kopenhadze albo w Gdańsku, kiedy oddaliśmy komputer do serwisu. Żeby zdobyć podłączenie do internetu trzeba mieć islandzki numer identyfikacyjny, kennitalę, o który już się zgłosiliśmy i którego z utęsknieniem wyglądamy na podłodze pod drzwiami wejściowymi. Bez kennitali nie zdobędziemy też legitymacji studenckiej, nie zapiszemy się na kursy na uniwerku ani też nie kupimy biletu semestralnego ze zniżką, więc wszędzie chodzimy na piechotę. Szczególnie uciążliwa jest droga do Jyska, który tu nazywa się zresztą zupełnie inaczej. Idzie się co najmniej 40 minut chodnikiem przy czymś w rodzaju autostrady. Co gorsza, byliśmy tam już dwa razy i nie udało nam się jeszcze zrobić zakupów – raz zapomnieliśmy portfela, a raz weszliśmy do sklepu obok i zanim się obejrzeliśmy byliśmy już w domu... Bo sklep okazał się magazynem z używanymi meblami, gdzie wybraliśmy sobie sofę, fotel, biurko, dwa krzesła i – przede wszystkim - ogromny dwumetrowy stół drewniany, a zaraz potem zamówiliśmy sobie taksówkę, z która pojechaliśmy do domu.

Przy okazji sfalsyfikowaliśmy jedną z tez o Islandii – że wszyscy mówią tu po angielsku. Nasz kierowca nie mówił, nie rozumiał nawet liczebników, które daleko od islandzkich przecież nie odbiegają. Za to potwierdziła się druga teza – że wszędzie można płacić kartą – i w charytatywnym second handzie, i w taksówce, gdzie pan kierowca trzymał terminal pod jakimiś szmatami obok siedzenia.

Jak dotąd, a jesteśmy na Islandii już 4 dni, nie mieliśmy jeszcze w rękach islandzkich pieniędzy. Wszędzie płacimy polską kartą, co jest o tyle wygodne, że dostajemy od razu smsem informację, ile zapłaciliśmy w złotówkach. A płacimy w pewnym sensie coraz mniej, korona jak na razie wciąż spada, czy może raczej złotówka rośnie. Niesamowite wrażenie, na wszystko prawie nas stać, ceny porównywalne z polskimi, nawet produktów sprowadzanych z Danii... Książki niektóre tańsze niż w Polsce, rowery też...



I przez cały czas się dziwimy jak to działa, kto na tym zyskuje, a kto traci... Na pewno nie zyskują pracujący tu obcokrajowcy, którzy wysyłają pieniądze rodzinie. Wartość korony w porównaniu do złotówki spadła od 2007 r. niemal trzykrotnie!

Jak tylko przyjechaliśmy do stolicy przenocowaliśmy u włoskiego couchsurfingowca, Andrei (w poniedziałek dopiero mogliśmy odebrać klucze do naszego mieszkania w akademikach). Mieliśmy chyba najlepsze możliwe wprowadzenie do Islandii. Spędziliśmy pół niedzieli i kawałek poniedziałku rozmawiając z Andreą i jego dziewczyną Björk i dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy o Reykjaviku. Np.:

  • Co sobotę odbywa się gotowanie w ramach Food not Bombs, które jest wspierane przez różne instytucje ofiarujące produkty spożywcze.

  • Zasiłek dla bezrobotnych wynosi 70% poprzedniej pensji, co nie jest bardzo złą stawką, biorąc pod uwagę, że pensje są wysokie.
  • W czasach „prosperity” ogromnie dużo osób zaciągało kredyty, ale były tez osoby przezorne, np. nasi przyjaciele, którzy od początku wiedzieli, że należy tego unikać.
  • Wiele osób ma teraz problemy finansowe, ale nasi przyjaciele odnieśli wrażenie, że w telewizji o swojej tragedii opowiadają ludzie bogaci, z samochodami, którzy może i dużo stracili, ale nie powinno to znacząco zmienić standardu ich życia, a w każdym razie na pewno nie będą głodować.
  • Związki zawodowe opłacają swoim zagranicznym pracownikom kursy języka islandzkiego.
  • Po Islandii można bez problemu jeździć autostopem, choć raczej nigdy na drodze nie zatrzyma się duży samochód (jest tu mnóstwo landcruiserów). Duży samochód = małe serce.
  • Islandzki chleb nie nadaje się do jedzenia – jest albo paskudny, albo bardzo drogi, opłaca się więc piec.
  • Podczas styczniowych demonstracji policja atakowała gazem nawet spokojne osoby (jak Bjork, tę u której mieszkaliśmy, nie piosenkarkę :)).
  • Reykjavik jest świetnym miejscem do życia, spokojnym, „na miarę człowieka”.
  • Irytująca może być natomiast pogoda, zwłaszcza wyjątkowo długa zima, trwającą nawet do maja. Wtedy może być ciężko, dlatego warto zimą choć na chwilę gdzieś wyjechać.
  • Loty na Grenlandię są bardzo drogie, mimo że to blisko. Czasem bardziej opłaca się polecieć do Danii i stamtąd na Grenlandię. Ale podobno można się tam jakoś tanio wybrać w roli antropologów :)
  • Wielu Islandczyków wierzy w elfy i trolle. Do tego stopnia, że wstrzymano budowlę pewnej elektrowni, gdy okazało się, że będzie postawiona w miejscu, gdzie istoty te zamieszkują (przynajmniej według jakiejś grupy, która protestowała). Björk sama nie potrafiła powiedzieć, czy w nie wierzy, ale raczej skłaniała się ku temu, że tak. Śladem istnienia trolli mają być między innymi różne kamienie.
  • Islandczycy pija ogromne ilości kawy.
  • Niektórzy turyści (np. Amerykanie) będąc w centrum miasta pytają często, jak dojść do centrum, a stojąc obok centrum handlowego, pytają gdzie ono jest. Wydaje im się, że stolica i Centrum Handlowe powinny być ogromne.
  • W sklepach islandzkich nie można kupić alkoholu. Tylko w specjalnym sklepie (vinbuðið), czynnym tylko do którejś tam godziny.
  • W Reykjaviku jest Free Shop, gdzie można oddawać niepotrzebne rzeczy lub zaopatrzyć się w potrzebne. Jest też second hand (do tego trafiliśmy). Coraz więcej ludzi z nich korzysta. Coraz mniej jedzenia ze sklepów trafia do śmietników, coraz więcej jest sprzedawanych następnego dnia, po niższej cenie.
  • Kiedyś można było znaleźć dużo mebli na tzw. wystawkach, teraz coraz mniej.
  • W piwnicy kościoła adwentystów można dostać za darmo rower lub też naprawić, jak się już ma jakiś.
  • Nie ma już czyśćca.
Tego ostatniego dowiedzieliśmy się, o dziwo, właśnie od Björk, a nie z polskiej prasy. Nie zdążyliśmy sprawdzić informacji, no i w końcu nie wiem - jest jeszcze czyściec, czy papież już go zlikwidował? Podobno też nie można się już modlić do aniołów, to powiedział nam Gangster Chrystusa, czyli ministrant w stroju motocyklisty, siedzący na motorze obok kościoła katolickiego. Poza napisem „Gang of Christ” miał też na kurtce zdaje się napis „Salvation Army”. Czekał na biskupa. Kościół katolicki wygląda jakby przeniesiony z Francji, protestanckie są zupełnie inne. Część, tak jak i większość chyba budynków w centrum, pokryta jest blachą falistą. Inne wyróżniają się nieco bardziej, np. Hallgrímskirkja – niemal symbol Reykjaviku, obecnie remontowany.

Całe szczęście dla kościoła, w dni powszednie uwijają się wokół niego robotnicy, podczas gdy zupełnie opuszczony stoi symbol krachu – Music Hall w porcie, ciągle nieskończony. Krach dotknął też chyba jeden z niewielu wieżowców w mieście, który stoi pusty, a w pewnym dowcipie obrazkowym stanął obok Mikołaja jako "Islandia - finansowa stolica świata" - nowy członek świata fikcyjnych postaci.

Poza tym na ulicach nie da się poznać, że kryzys – mnóstwo turystów (bo tanio), sklepy pełne klientów. Co jakiś czas w gazetach trafiamy tylko na zdjęcie domu lub samochodu jakiegoś bankiera oblanych czerwoną farbą przez „nieznanych sprawców”.

Wracając jeszcze do turystyki, to jutro lub pojutrze (w zależności od tego, czy przyjdzie w końcu kennitala, a wraz z nią internet) wybieramy się na wycieczkę. Chodzi o to, żeby nie spędzać całego tygodnia na zakupach :) Chcemy wybrać się do Þingavellir, czyli miejsca, w którym od czasów wikingów do końca XVIII wieku obradował islandzki parlament; do krainy gejzerów oraz zobaczyć wodospad Gullfoss. Trochę to dużo jak na jeden wieczór, ale to ma być „pierwsza orka”. Potem jeszcze, miejmy nadzieję, tam trafimy, np. oprowadzając jakichś (znów - miejmy nadzieję) gości. Teraz chcemy tylko skorzystać z możliwości dojazdu bezpośrednio autobusem, bo od września podobno nic już nie będzie kursować w kierunku tzw. interioru....

I jeszcze kilka zupełnie oderwanych od wszystkiego uwag:
- wszędzie dookoła pełno kaczek. Dzikich. Albo może gęsi dzikich, cholera wie. W każdym razie jest ich bardzo dużo w naszych okolicach, a jeszcze więcej zielonych kup na chodnikach;

- mieszkania tu ogrzewane są energią geotermalną, a w kranach płynie właśnie taka geotermalna woda. Zajeżdża niesamowicie siarkowodorem – jak w zdrojach. Tak samo zresztą jak czasem powietrze w niektórych częściach miasta.

- jest chłodno (10-15 stopni), wieje i kropi prawie cały czas...

- jedzenie mają świetne, zwłaszcza nabiał i warzywa. W sklepach jest też dużo polskich produktów, poza Prince Polo są też polskie ogórki, płyn do mycia naczyń, a w sklepie z alkoholem miody pitne, kilka rodzajów polskiego piwa i żubrówka;


Reykjavik jest pełen kontrastów i nie na tyle turystyczny, jak można by się tego spodziewać po stolicy europejskiego kraju. Nabrzeże wygląda np. tak:



Może kilka słów o uniwersytecie. Budynki nie są opisane po angielsku, a kampus nie jest otoczony płotem (!) przez co nawet nie bardzo wiadomo, czy trafi się do budynku jakiegoś wydziału czy np. do muzeum.

Wspaniałe jest osiedle studenckie. Położone jest nad oceanem, co nie jest akurat jego największą zaletą, ale fajnie to brzmi ;) Wynająć można tu pokoje jednoosobowe, dla par (czyli taki jak nasz) lub dla par z dziećmi. W najbliższej okolicy są przynajmniej 3 przedszkola.



Aha, jeszcze się pochwalę – kopiłam sobie islandzką książeczkę dla dzieci i poza jednym zdaniem, wszystko zrozumiałam :) Generalnie język bardzo trudny (z gazet nie rozumiem nic), ale jak chcą, to potrafią go uprościć do krótkich zdań zrozumiałych dla dzieci i obcokrajowców :)

środa, 21 listopada 2007

Zelandzkie kontrasty

W ramach tworzenia własnej historii, kopia naszego wpisu z bloga koła Na Styku

Po prawie trzech już miesiącach w Danii wstyd byłoby nic nie napisać ;) więc chyba teraz kolej przyszła i na moje zdziwienia. Miałam już prawie napisany cały artykuł o polityce, ale gdzieś mi się notatki zapodziały - może innym razem. Dziś luźne spostrzeżenia:

1) Kiedy przyszliśmy dziś rano na zajęcia, okazało się, że są odwołane, bo spontanicznie do Kopenhagi wpadła znana aktywistka z Zimbabwe i zgodziła się poprowadzić seminarium na temat grupy WOZA, którą reprezentuje. WOZA to skrót od Women and Men of Zimbabwe Arise - oddolny ruch, głównie kobiet, domagających się przestrzegania praw człowieka oraz spełnienia podstawowych potrzeb ludności. Podczas śpiewających demonstracji próbują ewolucyjnie zmieniać kraj, zwracać uwagę polityków i świata na swoją sytuację, jednocześnie nie popierając żadnej partii politycznej. Wyjątkowo ciekawe seminarium, w którym raczej nie udałoby się nam niestety uczestniczyć na UG.

2) Poza dzisiejszym dniem, ani razu nie zdarzyło się, żeby ktoś odwołał zajęcia - raz tylko przyszedł mail dwa dni przed spotkaniem, że jest przeniesione na inną godzinę. Piotrkowi zdarzyło się raz, że prowadzący nie przyszedł - zamiast tego puszczono film. Inni prowadzący uprzedzają na 3 tygodnie przed, że mogą się spóźnić, bo będą np. pędzić na zajęcia prosto z konferencji albo z samolotu z RPA :) Miło jest być traktowanym z szacunkiem.

3) Za to: biurokracja w edukacji przekracza chyba naszą. Nauczyciele (a wtórują im politycy) narzekają na stosy papierkowej roboty, przez które nie mogą poświęcić wystarczająco dużo czasu uczniom. Nie umiem porównać czy polska, czy duńska podstawówka jest bardziej zbiurokratyzowana, ale na uniwersytecie różnica rzuca się w oczy. Żeby zdać egzamin muszę się najpierw na niego zapisać (na 2 miesiące przed), następnie jeśli ma to być praca pisemna (można wybierać!!!), po 2-3 tygodniach muszę oddać listę literatury "promotorowi" (specjalnie wyznaczonemu do pomocy przy konkretnej pracy, nie musi to wcale być wykładowca danego kursu). Lista powinna zawierać 1400 stron tekstu do przeczytania na potrzeby pracy - może być 1370 czy trochę ponad 1400, ale odchylenia w żadną stronę nie mogą być zbyt duże! :)

Jeżeli liczenie przeczytanych stron wydaje się czymś dziwnym, to dodam jeszcze, że nie chodzi tu o byle jakie strony, tylko strony "normatywne" - których definicja różna jest dla wydziałów i zmienia się w czasie.... na eskimologii jest to np. 2400 znaków na stronie - i trzeba własnoręcznie przeliczyć ile normatywnych stron ma wybrany tekst... Kiedy pensum odda się już promotorowi, trzeba je z nim przedyskutować i ewentualnie poprawić, aby po następnych dwóch tygodniach złożyć je wraz z wypełnionym formularzem i podpisami obu stron do sekretariatu. Potem już można swobodnie pisać na bazie przeczytanych tekstów i po ok. 1-2 miesiącach oddać pracę w 3 egzemplarzach... proste, nie? Nie ma się też co łudzić, że z egzaminem ustnym będzie łatwiej - pensum i tak trzeba oddać, a do tego często kilkustronicowy plan egzaminu - jakie zagadnienia chce się poruszyć, o czym mówić itd.

4) Wyczytane w gazecie i podpatrzone na ulicy: Kilka dni temu uczniowie szkół średnich mieli dzień wolny, który poświęcili na zbieranie pieniędzy, by pomóc w "edukacji wyzwolenia" Indianom Guarani z Boliwii i wyplewić trwający tam od 100 lat ucisk i niewolnictwo. Podczas tego dnia uczniowie sprzedawali własne wypieki lub wynajmowali się do pracy np. przy sprzątaniu - wynagrodzenie szło na konto projektu. W ten sposób uczniowie zebrali 9 mln koron (ok. 4,5 mln zł), a od 1985 roku, od kiedy odbywa się Operacja Dzień Pracy ponad 100 mln kr na rzecz krajów rozwijających się. Projekt działa w całej Skandynawii.

5) Młodzi tutaj bardzo często demonstrują - głównie w głośnej sprawie Ungdomshuset - co czwartek demonstracja o nowy dom młodzieży przechodzi przez stolicę. Ale... demonstrują nie tylko młodzi - jakiś czas temu odbyły się protesty "Dziadkowie dla azylu" pod centrum dla uchodźców. Starsi ludzie protestowali przeciwko trzymaniu w centrum dzieci i braku pomocy psychologicznej. Cała Dania zresztą od dłuższego czasu żyje sprawą czekających na azyl lub wydalenie - we wrześniu wszystkich zaszokowała wiadomość, że u znaczącej liczby dzieci przebywających w takich centrach rozwijają się poważne problemy psychiczne. Sprawa azylantów stała się jednym z najważniejszych elementów niedawnej kampanii wyborczej i pojawia się nadal dosyć często w mediach - kilka dni temu okazało się, że czekający na azyl pracują na czarno za marne pieniądze i są wykorzystywani przez pracodawców.

6) Z innej beczki - mimo, że Dania robi wrażenie bardzo ekologicznego kraju - we wszystkich sklepach są produkty ekologiczne i organiczne, które cieszą się dużym powodzeniem - ostatnio opanowała ją moda na futra. Nie jest typowo duńska, bo pochodzi gdzieś z europejskich (pewnie francuskich) wybiegów, ale Duńczycy zaakceptowali ją bez zastrzeżeń - w końcu to przecież moda...

Tyle na razie. Wrażeń mamy wiele, właściwie codziennie coś nas tu zadziwia. Mam nadzieję, że starczy czasu, żeby się tym jeszcze tutaj podzielić....