w drodze

w drodze

niedziela, 20 lipca 2014

Najbardziej hałaśliwe i prostackie miasto w Polsce?

W tym roku wakacje spędzamy w Ustce, przede wszystkim ze względów rodzinno-zawodowo-organizacyjnych, czyli rodzina partycypuje w opiece nad maluchem, a my w tym czasie piszemy doktoraty. Na początku lipca byliśmy tym miejscem niemal zachwyceni, wręcz odkrywaliśmy na nowo wszelkie jego zalety, zwłaszcza parki, las, koncerty skrzypcowe i akordeonowe, no i przede wszystkim plażę, gdzie można było sobie poczytać, budować zamki i pobawić jak za dawnych czasów. Niestety pod koniec lipca jest tu już tragedia. I już nawet nie chodzi o to, że tłumy ludzi i sznury samochodów ewidentnie nie mieszczą się w tym małym miasteczku, ale przede wszystkim o idiotyczną politykę władz miasta polegającą na zezwalaniu na wszelki hałas, kociokwik i kolorową tandetę. 

Teraz tak wygląd miejsce, w którym mieliśmy wesele. A niech to wszystkie mewy...!


Te włosy Wam się w Ustce nie zjeżą

Gratów z roku na rok coraz więcej

Tak parkowałby Elvis

Niemal każdy metr promenady wypełniony jest przez jakiś straganik z warkoczykami, piłeczkami i innymi pierdołami, nawet centralne miejsce promenady zostało skutecznie zablokowane przez ogródek piwny. Druga część promenady zajęta przez koncerty i głośniki, więc zator jest całkowity. 



Epicentrum wszelkiej propagandy

Ale wizualny rzyg to nic w porównaniu z akustycznym. Koncerty różnych gwiazdek oczywiście tak głośne, że w pobliżu nie da się stać, ale nawet tam gdzie mieszkamy dobiega nas łupanie basów, bo przecież wszyscy basy uwielbiamy i wszyscy chcemy się do nich gibać późnym wieczorem. 

Wart odnotowania przypadek kostki na ulicy
Naprawdę można się załamać, jeśli w upalny dzień trzeba mieć ciągle zamknięte okno, by choć trochę obronić się przed ciągłym rykiem motorów (które jakoś upodobały sobie to rzekome uzdrowisko), kłótniami pijanych przechodniów, głośnym przaśnym disco lecącym z otwartych okien jakichś gratów i, co jest już absolutna torturą, reklamami różnych obiektów turystycznych, lecącymi w kółko z innych gratów. Dziś np. jeden taki idiota stanął nam w korku pod domem, dzięki czemu kilka razy z rzędu musieliśmy wysłuchać całego tekstu reklamy akwarium. Treść tej propagandy pozostaje niezmiennie głupia i od lat ta sama. Przynajmniej wiemy, co bojkotować – akwaria i bunkry, bo skutecznie swoją nachalnością zniechęciły nas do odwiedzenia ich, choć nigdy jeszcze tam nie byliśmy. 

Kto odnajdzie i odgadnie niepasujący element?

W każdym razie wszystkim absolutnie odradzamy przyjazd do Ustki w środku sezonu, bo bardziej zanieczyszczonego miejsca hałasem, brzydotą i głupotą dawno nie widzieliśmy.

Pompujmy ponad płoty!
Jeżeli te kolorowe zdjęcia nie przekonują Was do trzymania się z dala, bo - przykładowo - uważacie, że skoro ludzie tu są, to znaczy, że podoba im się, to ostrzeżemy Was jeszcze przed chodnikami. W wielu miejscach miasto zostało "zrewitalizowane" w iście zabójczy dla ludzi sposób. Mianowicie drogi dla samochodów uczyniono gładkimi i może nawet z lekka miękkimi, a miejsca tradycyjnie przeznaczone na chodniki pokryto drobną kostką brukową. Chodziło zapewne o to, by zniechęcić niezmotoryzowanych turystów z torbami na kółkach. Jedak uparci piechurzy oraz ci, którzy na spacery nie wybierają się samochodem, powszechnie spływają na środek drogi, gdyż wolą chodzić po dywanach dla samochodów.

Złośliwościom nie byłoby końca, gdybyśmy tego roku trafili do tego uzdrowiska w poszukiwaniu np. zdrowia. My jednak przyjechaliśmy w zasadzie do pracy, więc i czasu nie mamy, żeby rzetelnie dokumentować tę - mimo wszystko typową dla polskiego wybrzeża - biegunkę potwornych pomysłów na rozwój, biznes i rozrywkę.

Tylko jak tu uchronić dziecko przed dziwacznymi upodobaniami estetycznymi i potrzebami konsumpcyjnymi?

piątek, 13 czerwca 2014

Karmienie piersią w podróży (Włochy, Berlin, Karlskrona)

Pardubice
Zanim wyjechaliśmy do Rzymu i Berlina z 4-miesięcznym niemowlakiem, przeglądałam gorączkowo strony internetowe, szukając jakichś wskazówek dotyczących karmienia piersią w tych miastach. Czy da się? Jak jest to odbierane? Gdzie można karmić? W końcu jeśli cały dzień będziemy zwiedzać, a maluch je co 2-3 godziny, to sprawa jest ważna.Nic nie mogłam znaleźć, więc pomyślałam, że po powrocie podzielę się swoimi doświadczeniami - może komuś w podobnej sytuacji się przydadzą.

Otóż karmić jak najbardziej można w miejscach publicznych i nie wzbudza to żadnej sensacji. Ani razu nikt nie zwrócił mi uwagi, nie gapił się natrętnie, nie robił głupich min ani nie obrzucał inwektywami. A karmiłam w Rzymie i na różnych ławeczkach miejskich, i w muzeach (włączając w to muzeum watykańskie), i w kościołach, i na schodach kościołów, i nawet w Koloseum. W końcu jak dziecko zaczynało płakać, to każde miejsce siedzące było dobre. Dużym problemem w Rzymie był jednak prawie zupełny brak parków publicznych. Często widzieliśmy na mapie, że tuż tuż będzie jakiś park, więc przyspieszaliśmy kroku i spinaliśmy się wyobrażając sobie jak to pięknie sobie usiądziemy wśród zieleni, a tu park okazywał się zamknięty i za płotem. A upał okropny i nigdzie cienia... Stąd karmienie w kościołach, bo tam jeszcze było w miarę chłodno.

W Berlinie z kolei problem był odwrotny - chłód wrześniowy był już dosyć odczuwalny i na karmienie w plenerze jakoś ochoty nie miałam, mimo że parki i ławeczki były. Więc za każdym razem, gdy młody wołał o jedzenie, znajdowaliśmy jakąś restaurację, kawiarnię, bar czy lodziarnię, braliśmy kawę czy ciastko, a najczęściej i to, i to, i tam też na karmienie publiczne nikt krzywo nie patrzył. Problemem były tylko koszty zarówno zdrowotne  (obżarstwo!), jak i finansowe, bo poruszaliśmy się sporą gromadą :)

Później podróżując przez Włochy Północne (Florencja, Bolonia, Padwa, Wenecja i pomniejsze miasteczka) było już trochę łatwiej, bo młody był już nieco starszy i podjadał również inne pokarmy. Ale i tak podstawą jego diety było mleko, więc powtarzaliśmy nasze "tricki" z poprzednich podróży (ze względu na zmienną pogodę łączyliśmy plener z lokalami gastronomicznymi), dodając kolejne, czyli np. karmienie w bibliotece miejskiej. Biblioteka okazała się też przydatna w Karlskronie, gdzie wpadliśmy na jednodniową wycieczkę. Była nie tylko świetnym (bo ciepłym i miłym!) miejscem do karmienia, ale i do naprawdę fajnej zabawy!

Podsumowując - tak jak i w Polsce, tak i we Włoszech, Niemczech i Szwecji (a przynajmniej w tych miejscach, w których byliśmy), publiczne karmienie piersią nie wzbudza szczególnych emocji, ale przy braku dobrej pogody trzeba czasem objeść się ciastkami ;)

sobota, 22 marca 2014

Karlskrona – bez dziecka ani rusz!

Decyzja o wyjeździe na jeden dzień do Karlskrony zapadła spontanicznie, o czym pisaliśmy ostatnio. Szczególnie niezwykły był wybrany przez nas termin wyjazdu. Poniedziałek był jedynym terminem, co do którego byliśmy przekonani, że mamy wolne. A żadne z nas nie miało przy sobie kalendarza, żeby ustalić jakikolwiek inny termin. Później mogliśmy zmienić datę rezerwacji na dogodniejszą, ale tego nie zrobiliśmy, bo gdy spojrzeliśmy w kalendarze nasze... Za dużo w nich pracy na projektami projektów, których jedynym celem jest zrealizowanie danego projektu, bo żaden z potencjalnych grantodawców nie gwarantuje satysfakcji finansowej. To tylko takie wprowadzenie, które ma lepiej oddać stan, w jaki wprowadziło nas już samo słuchanie języka szwedzkiego już na terminalu. Samo usłyszenie obcokrajowców wprowadziło jakiś dreszczyk emocji – już za chwilę będziemy w innym świecie, jak dawniej! Znów będziemy mogli się dziwić wszystkiemu, odkrywać nowe światy, podglądać Innych! I to jeszcze w ukochanej Skandynawii! Przyjemność jaką czerpiemy z odmienności szwedzkiego otoczenia sprawiła, że zaczęliśmy podejrzewać, że być może zaczęliśmy w Gdańsku cierpieć na horror loci. Niby jest dobrze, ale wiosenne przepracowanie już się zaczęło, a przecież wiosny jeszcze nie ma....

Karlskrońskie widoczki

Wypłynęliśmy, choć były obawy, że rejs będzie odwołany z powodu sztormu. Podobno dzień wcześniej jakiś prom utknął tuż przed Karlskroną. I rzeczywiście wiało, nawet nie zdążyliśmy – jak kiedyś – pożegnać lądu stojąc na pokładzie, bo zaczęło tak bujać, że czym prędzej zmieniliśmy pozycję na poziomą.

Robienie wrażenia na rodzinie
Poranek na promie był trochę ciężki. Najpierw pobudka o 7:00 – Luis Armstrong „Wonderful world”. Dziecku wyrwanemu ze snu nie wyjaśnisz, że ten hałas zorganizowany jest tak, by był jak najmniej opresyjny – Jasiek nie chwycił ironii ani całego tego maskowania dyskursem okropieństwa pobudki. Przed opuszczeniem promu chcieliśmy wykonać posunięcia w naszych partiach szachowych na GameKnocie – lubimy sączące się leniwie pojedynki szachów korespondencyjnych. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że na promie blokowany jest dostęp do stron z grami. Liczne automaty do gier porozstawiane na promie mają widać problem z zarabianiem i nie znoszą konkurencji. Nie było czasu, żeby zakaz obejść i opuściliśmy prom z wiszącą groźbą przegranej na czas.

Zwiedzanie zaczęliśmy od tego, że na terminalu kupiliśmy sobie dzienne bilety (po 50 kr), a następnie pierwszym lepszym autobusem wybraliśmy się do centrum miasta. Autobus miał mieć numer 6, czekał na terminalu z wyłączonym numerem, a gdy już z niego wysiedliśmy, to okazało się, że stał się „3”. Wysiedliśmy przy parku, gdzie powitał nas porywisty wiatr. Przywodził nam na myśl bardziej Islandię niż wspomnienia sprzed 10-ciu już lat, gdy pierwszy raz odwiedzaliśmy Karlskronę. Wtedy było lato, a pierwszego dnia naszego pobytu było słonecznie. Potem cały czas lało, a my spędzaliśmy czas grając w kółko i krzyżyk pod parasolem w namiocie. Namiot w słoneczne dni rozstawiony był na jakichś skałach, gdzie widok był piękny, ale skąd próbowały nas przegonić łabędzie, a w czasie niepogody już w lesie, blisko terminala. Teraz – o dziwo – żadnego z tych miejsc jakoś nie mogliśmy znaleźć, wyglądając przez okna autobusu. Nawet terminal inaczej wyglądał, zupełnie nie jak wtedy, gdy staliśmy na początku kolejki pod nim, jeszcze przed otwarciem, żeby rzucić się biegiem po ostatnie bilety powrotne i cieszyć się jak dzieci, że je dostaliśmy, nawet jeśli drożej niż zwykle.

Wiatr umknął z kadru

Tym razem już po kilku minutach spaceru wiatr wyrwał nam książeczkę z mapą centrum, którą znaleźliśmy na promie. Dogoniliśmy ją. Z papierową mapą dość wygodnie myśli się o mieście chodząc. Mieliśmy też na smartfonie zachowaną offline mapę z google maps, ponieważ zwykle mamy problemy z dostępem do internetu, gdy wyjeżdżamy na krótko zagranicę. Jednak papierowa mapa daje lepsze ogólne rozeznanie, internetowa – jak gdyby zbyt szybko wprowadza w szczegóły. Kilkanaście minut później na głównym placu miasta wiatr zerwał czapkę z głowy P. Potem, gdy P zorientował się, że prawie nikt w Karlskronie nie chodzi w czapce, wiatr wyrwał mu tę jego czapkę z kieszeni. Szczęśliwie pewien przechodzień to zauważył i kilkoma szwedzkimi zdaniami skłonił P do rzucenia się w pościg za czapką. W pierwszym odruchu P wykrzyknął z siebie dziękczynne „Cak”. O ironio, P przemówił więc po duńsku, podczas gdy mieszkając w Danii odruchowo odpowiadał po szwedzku. Widocznie ta odpowiedzialna za język część mózgu jest u niego zawsze „gdzie indziej”. Nie tylko zresztą u niego. Rozmowę z kierowcą autobusu G zakończyła tego dnia również słowem nie z tego świata – „gracje”. Może nasze ciała nie dorastają do możliwości szybkiego przemieszczania się, tak charakterystycznych dla naszej cywilizacji? Ciekawe jednak, że nasze mózgi wykonały co najmniej dwa kroki w tył, a nie jeden – w końcu moglibyśmy z przyzwyczajenia odpowiadać ludziom po polsku, a tego nie robiliśmy.

Świeże ryby?

Podwórko również nieczynnego muzeum regionu Blekinge 

Jednym z celów naszej wycieczki było Muzeum Marynistyczne. Wyprawa do niego miała niejako wynagradzać nam po części spodziewane warunki pogodowe. Nie żebyśmy byli wielkimi fanami statków, ale spodziewaliśmy się podwodnego tunelu i jakichś ekspozycji ciekawie zaprezentowanych dzieciom. Dobrze, że Jasiek nie jest na tyle duży, żeby przyswoić sobie poziom naszych wygórowanych oczekiwań, bo pewnie resztę dnia by przepłakał. Muzeum okazało się nieczynne w poniedziałki. Cóż za nowość!? Dlaczego P wydawało się, że będzie inaczej? Może dlatego, że na stronach internetowych napisane było, że zapraszają i że wstęp będzie darmowy? Podobno po 50-tym roku życia umysł stopniowo przestaje myśleć krytycznie i zaczyna brodzić w naiwności. Tylko że zapewne przestaje myśleć krytycznie w swoim pierwszym języku, a w obcym ten proces – najwidoczniej – zaczyna się dużo wcześniej. Przynajmniej u niektórych. Biada pedagogice krytycznej! Ah, poor critical pedagogy!

Przy nieczynnym muzeum

Próbowaliśmy otrząsnąć się z szoku, bawiąc się na jednej z licznych ławek umieszczonych nad brzegiem morza. Pełni byliśmy obaw, że przyjdzie nam w ten właśnie sposób spędzać czas przez resztę dnia, skoro „wszystko” zamknięte będzie w poniedziałek. Na szczęście jednym z najważniejszych naszych doświadczeń z podróży i z życia w krajach skandynawskich jest uwielbienie dla bibliotek miejskich. Tę w Karlskronie łatwo znaleźć, ponieważ znajduje się przy głównym placu. Biblioteka była pierwszym miejscem, którego szukaliśmy na mapie, przygotowując się do tej wycieczki. W relacjach innych ludzi z pobytu w Karlskronie biblioteka w ogóle nie pojawiała się. My wiemy swoje – zawsze do biblioteki! Biblioteka miejska w Karlskronie ma kilka pięter i pełna jest książek. Ale także – co miewa niebagatelne znaczenie czasami – miejsc do siedzenia oraz toalet (z przewijakami). Dla Jaśka najważniejsze było zjeść, dla nas najważniejsze – dobrze się z nim bawić. Po zaspokojeniu jego potrzeb przez G, wspólnie udaliśmy się do części dla małych dzieci. Książki podzielone zostały tam na różne sposoby: regały ze słynnymi autorami książek dla dzieci, książki do głośnego czytania, wierszowane, do śpiewania... Pod ręką były też krótkie bajki o życiu dzieci: o smoczkach, pieluchach, nocniku, o uczeniu się liczenia. Na uboczu stał regał z książkami o dzieciach dla rodziców – filozofia i takie tam inne „gendery”. Na środku tej przestrzeni było też sporo zabawek. Słowem – raj. Choć ze względu na „gendery” należałoby powiedzieć, z nie mniejszym zachwytem – „Szwecja w pigułce”.

W odwiedzinach u burżuazyjnych misiów
Smoczek to jest poważny temat

Pippi Långstrump po latach
Zaraz po zabawie z językiem szwedzkim, udaliśmy się prosto do pobliskiej księgarni. Wchodząc, chciało się powiedzieć „pieniądze nie grają roli”, lecz po szybkiej ocenie sytuacji zdaliśmy sobie sprawę, że słowem kluczowym w księgarni jest „rea”, czyli promocja. Po wyniesieniu z księgarni kilku skarbów udaliśmy się na poszukiwania małych domków. Nie wiedzieć czemu małe domy są fajne, gdy patrzy się na nie z zewnątrz. A tak się złożyło w Karlskronie, że w wielkim pożarze tego miasta w 1790 roku, ogień nie strawił położonej na wzgórzu dzielnicy biedoty. Domy są tam rzeczywiście małe i kolorowe. Gdyby zamiast wiatru było ciepło i słonecznie, to moglibyśmy mówić, że czuliśmy się tam jak w Pradze. W Pradze jednak wiatr nie wyrwałby Jasiowej kurtki z koszyka pod wózkiem. Szczęśliwie kawiarnie mają okna i pewna kobieta wybiegła na zewnątrz jednej z nich, żeby uprzedzić nas przed stratą.
Łowczyni
Björkholmen
Po para-praskich doznaniach estetycznych postanowiliśmy dobrze zjeść. W tym celu udaliśmy się do... Muzeum Marynistycznego. Owszem, muzeum było tego dnia nieczynne, lecz budynek pozostawał dostępny. A w nim – restauracja, w której mogliśmy sami skomponować to, co chcielibyśmy mieć na swoich talerzach. Samodzielność, tzn. poddawanie krytycznemu namysłowi każdego kawałka jedzenia, ma dla nas niebagatelne znaczenie, bo nawet nam samym trudno jest nam dogodzić. Z powodu różnych zawirowań osobowościowo-zdrowotnych odżywiamy się prawie wegańsko. W restauracji muzealnej dorobiono nam wegańskich placków ziemniaczanych (w żurawinach) i całego posiłku wyszło nam w sumie 5 talerzy. Ledwośmy pomieścili ten cały dobrobyt w sobie. Ze względu na nieuchronnie dobiegający końca czas studiowania, z nutką melancholii skorzystaliśmy ze zniżek studenckich (tj. doktoranckich), więc niech odnotowane zostanie, że posiłkowaliśmy się za jedyne 70 koron od brzucha. Jasiek jako niemowlę jak zwykle na tzw. krzywy ryj przynosił ulgę swoim kiełkującym zębom – bułką, a nawet bardzo twardym podpłomykiem. Natomiast dziecinną ciekawość demonstrował dekonstruując brokuły. Zanim wyszliśmy, znaleźliśmy otwartą sieć wifi i uratowaliśmy wynik naszych szachowych pojedynków.

radość

Syci postanowiliśmy skorzystać ze wskazówek, jakie dostaliśmy w informacji turystycznej (znajdującej się przy głównym placu, oczywiście; a co mniej oczywiste – czynnej dopiero od 12:00) i pojechaliśmy do dzielnicy niebanalnego blokowiska – Kungsmarken. Niebanalny wydawał się tam falisty kształt wielu wysoko położonych bloków. U ich podnóża znajdował się budynek przypominający wielką szklarnię, w którym dzieci mogą się bezpiecznie wyszaleć. Dzieci do pierwszego roku życia mają darmowe wejście, podobnie jak dorośli. Płacą tylko ci, których potrzebom ten przybytek został niemal całkowicie podporządkowany. To znaczy płacą rodzice, którzy mogą w tym miejscu odpocząć, bo ich dzieci, choć szaleją, to są cały czas widoczne, więc pozostają pod opieką. Tłumów nie było.

Zjeżdżalnia
Rzucanie piłeczką pod palmą

Stamtąd pojechaliśmy autobusem na terminal promowy. I tyle. Jak gdyby..., bo może warto dodać, że nawet w języku widać jak bardzo w Szwecji szanuje się dzieci. Na promie, na drzwiach kabiny wisi instrukcja z regułami, którymi należy się podporządkować podczas rejsu. Jedną z nich jest cisza nocna po godzinie 23:00. Instrukcja jest po polsku, po angielsku oraz po szwedzku. Tylko po szwedzku wyjaśnione jest, że hałas po 23:00 przeszkadzałby dzieciom.

Prom
Generalnie rzecz ujmując, w Szwecji jakoś szczególnie cieszymy się, że mamy dziecko. Sami mielibyśmy chyba problem z odnalezieniem w Karlskronie czegoś dla siebie. W gruncie rzeczy jest to baza wojskowa, sporą część miasta zajmuje stocznia, pracująca na potrzeby armii. Co ciekawe, pod rynkiem przebiega tunel kolejowy, który dawniej łączył stocznię z dworcem kolejowym. Obecnie jest niestety zamknięty, ale w sieci odnaleźć można plany i/lub wspomnienia przejazdu tym tunelem drezynami. To byłaby nie lada gratka, bo drezyny są... fajne. Tak więc przyjazne dzieciom udogodnienia ocieplają to wymagające ocieplenia miejsce. Podobnie uprzyjemniają Karlskronę liczne szkoły i organizacje: przedszkola, szkoła „dla małych i dużych” (hasło na szyldzie), uniwersytet ludowy, szkoły dla dorosłych, szkoła radiowców (wojskowa chyba), chór królewskiej marynarki wojennej, stowarzyszenie artretyków, szkoła nurkowania, szkoła nauki jazdy itp. Niby zwyczajne, ale rzucające się w oczy. Zresztą w Szwecji o tę zwyczajność, tak trudno osiągalną w innych krajach, chodzi. I my chodzimy za nią też.

Szwedzkie niebo - bardziej niebieskie ;) 
Ha! Śmieci!

LGBTQ

poniedziałek, 10 marca 2014

Wydać kokosy na Kolosy

W końcu do tego doszło, choć jeszcze miesiąc-dwa temu wydawało nam się to nieprawdopodobne. Że wkrótce jakieś mikro-wyprawy zaczniemy sobie opowiadać na blogu. Do Gdyni?! Jeszcze trochę, a opiszemy tu wyjście do spożywczaka, w końcu ten też jest w Europie... Swoją drogą, było już o siedzeniu w okolicznym centrum handlowym, więc może daleko do podróżniczej megalomanii nie mamy.

Tym razem naszym pretekstem do refleksji na temat przemieszczania się po Trójmieście nie za pracą (a w Gdyni ostatnio się napracowaliśmy do tego stopnia, że dziś wzdychamy ze zmęczeniem widząc jej logo), lecz dla dość specyficznej przyjemności odkrywania, było to, że jechaliśmy na Kolosy. Jechaliśmy bez przekonania, po raz kolejny już zresztą, pełni rezerwy ze względu na spodziewane tłumy przed wejściem do areny sportowej, w której zlot się odbywał. W razie kolejek przed wejściem mieliśmy zrobić w tył zwrot i ruszyć na plażę. Na miejscu okazało się, że moglibyśmy także zrobić zwrot w bok i pójść do ogromnej nowej galerii handlowej. Trzeba przyznać, że choć buntujemy się przeciw coraz to nowym centrom handlowym, to też jesteśmy trochę pogodzeni z tego typu przybytkami, zwłaszcza że mają przewijaki dla niemowląt. Tak łatwo nas kupić – wystarczy dogadzać naszemu dziecku. I jeszcze naszym brzuchom, bo była tam i piekarnia.

W każdym razie festiwal trwa trzy dni i jest pięknie, bo za darmo. My wybieramy się w ostatni dzień, właściwie głównie dlatego, że mieliśmy przekazać tam paczkę Fasoli do Krakowa, ale w końcu ani paczki nie wzięliśmy, ani z nikim się nie spotkaliśmy. W nocy przeglądając program marudziliśmy sobie, że wszystko, co warte było zobaczenia z naszej perspektywy, czyli podróżowanie z dziećmi, już było i się skończyło. Został nam już tylko alpinizm. Alpinizmu nie rozumiemy i w zasadzie odmawiamy zrozumienia. W ogóle mamy trudności ze zrozumieniem przedsięwzięć, które ocierają się o śmierć. I dla nas alpinizm ociera się o nią, choć to, że autostop ociera się o nią też, zrozumieliśmy już w trakcie, więc zaprzestaliśmy. Oczywiście lepiej byłoby, gdyby alpiniści i inni śmiałkowie zaczęli wypełniać podręczniki do historii i języka polskiego, fundując tym samym nowy model bohaterstwa – w miejsce dotychczasowych żołnierzy, a nawet dzieci-żołnierzy. Ale to i tak byłaby dziwaczna i nie-nasza historia.



Niewątpliwą zaletą niskich oczekiwań są pozytywne odkrycia. Ale nie miało to miejsca w tym przypadku. U nas niezmiennie: Alpinizm/himalaizm – jak nie zachwycał, tak nie zachwyca. Przemierzając salę ze snującymi opowieści starymi alpinistami czy himalaistami zdążyliśmy się jeszcze zbulwersować wypowiedziami na temat kobiet i zdziwić, że tyle osób jest zainteresowanych. Jak dowiedzieliśmy się od napotkanego kolegi-doktoranta - mieliśmy szczęście, że nie przyszliśmy na prezentacje, na które naprawdę moglibyśmy mieć ochotę. Kolejki przed wejściem były podobno wtedy wielogodzinne. Nie dziwią więc ludzie w śpiworach na głównej hali. Jak już się ktoś dostał do wnętrza, to starał się trwać, by za nic nie powtarzać tego doświadczenia stania w kolejce (w naszej kulturze odbieranego jako przykre). I my spędziliśmy dobrych kilka minut wpatrując się w ośnieżone szczyty Himalajów, ponieważ przyciemniona sala świetnie nadawała się do karmienia Jaśka.

Pewnie co poniektórych nurtuje teraz pytanie, co taka para maruderów jak my robiła w takim razie na Kolosach. Otóż książki chcieliśmy poprzeglądać. Lubimy sobie czytać w podróży. Najlepiej książki podróżnicze. Mamy piękne wspomnienia z podróżowania z „Egipcjaninem Sinuhe” (wersja dwutomowa w podróży stopem!), z „Podróżami z Herodotem” i ze „Smutkiem tropików”. Trudno jest nawet opisać, jak niesamowicie oddziałuje na nas połączenie czytania z podróżowaniem. W poprzednich latach kupiliśmy na Kolosach „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd" Kazimierza Nowaka oraz „Opisywanie świata” Marco Polo. I obie te lektury umilały nam wiele gdańskich wieczorów. Wszystko to stanowi pewnego rodzaju kontekst naszego wstępnego postanowienia na tę wycieczkę – kupujemy jedną książkę. W zasadzie chodzi o to, że TYLKO jedną książkę. Żeby znów nie wydać fortuny przy stoiskach z książkami.  Najpierw wpadliśmy na stoisko z książkami dla dzieci. Przeglądaliśmy, dopytywaliśmy się, porównywaliśmy i kazaliśmy sobie notować tytuły warte zapoznania się. Nie wykluczaliśmy, że tą jedną książką tego dnia będzie książka dla dzieci. Następnie podeszliśmy do Wydawnictwa „Czarne” i... hmm.... złamaliśmy się i kupiliśmy całą siatkę książek. Nie siateczkę foliową, ale torbę materiałową (taki gratis) – tak ciężką, że od razu Jaśka wyjęliśmy z wózka i na jego miejscu tę właśnie torbę umieściliśmy. W końcu kilka godzin wcześniej rozmawialiśmy o tym, że chcielibyśmy kupić antologię reportażu polskiego pod redakcją Mariusza Szczygła - no i była i to z dużą zniżką (dwa grubaśne tomy!). A jeszcze fajna książka o polskiej przestrzeni miejskiej się trafiła ('Wanna z kolumnadą" Filipa Springera) i reportaż o migrantach afrykańskich ("Na południe od Lampedusy" Stefano Libertiego), no i książka o Bukareszcie ("Bukareszt - Kurz i krew" Małgorzaty Rejmer). Właściwie to same reportaże, ale chyba to nam się najlepiej czyta, bo mamy już na półce niezłą kolekcję. Żadna z tych książek nie była jednak przeznaczona dla naszego dziecka, więc zawróciliśmy na pierwsze stoisko i dokupiliśmy tę jedną książkę dla niego ("Gdzie idziemy?"). I jeszcze jakąś gazetkę podróżniczą, bo była z promocji i o Grenlandii.

Uradowani i w lekkim jeszcze amoku rozpoczęliśmy odwrót w kierunku plaży. Chcieliśmy skorzystać ze słonecznej tego dnia pogody. Przy wyjściu z hali natknęliśmy się na stoisko reklamujące wycieczki promowe do Karlskrony. Zaczęliśmy wypełniać ichnie kupony konkursowe. I jak tak staliśmy, to zaczęliśmy sobie uświadamiać, że promocja, z którą wystawiają się na Kolosach, odpowiada nam. I że choć można zarezerwować wyjazd od teraz do grudnia, to ponieważ nie mamy kalendarza, najlepiej zarezerwować na zaraz, czyli na za tydzień. Kupiliśmy więc wycieczkę jednodniową do Karlskrony, w której byliśmy wiele lat temu. Udało nam się jeszcze telefonicznie namówić naszą sąsiadkę Magdę, więc już w kolejny weekend zapowiada się fajna zabawa. Ale prawdę mówiąc jeszcze nie ochłonęliśmy po tych szalonych decyzjach i zakupach, może jutro uświadomimy sobie, że to był głupi pomysł. A może nie. W każdym razie książki ciągle cieszą i uśmiechają się do nas, zachęcając do czytania. "Wanna z kolumnadą" zdążyła już nam umilić wieczór.



A na plażę w końcu poszliśmy. Mimo tego, że mieszkamy w Gdańsku, to nad morzem bywamy rzadko, a Jasiek ostatni raz widział piasek w Rzymie. Więc wpakowaliśmy go do wielkiej piaskownicy tuż przed tym, jak zasnął na bulwarze.


sobota, 8 marca 2014

Podróż z niemowlakiem - noclegi

Jako że postanowiliśmy się trochę powymądrzać i podzielić naszymi doświadczeniami w podróżowaniu z dzieckiem, to może zaczniemy od spraw podstawowych w każdej podróży, czyli noclegów.

Nie możemy już więcej pozwalać sobie na nierzadki dawniej "luksus" dojechania do jakiegoś miasta po godzinie 21 bez uzgodnionego wcześniej noclegu. Ostatni raz zdarzyło nam się tak podczas podróży poślubnej we Francji w Reims, gdzie późnym wieczorem dopadliśmy w końcu jakiś dziwaczny hostel. Kiedyś często nocowaliśmy u różnych ciekawych ludzi z HospitalityClubu, u znajomych, w hostelach, na jakimś squacie (Tuluza), a bywało i tak, że nie spaliśmy w ogóle, za to całą noc poświęcaliśmy na zwiedzanie, jak np. w Zagrzebiu, Marsylii, Lizbonie. Zdarzało nam się też jeździć z namiotem i po prostu rozbijać go gdzieś wieczorem, czasem w parku (np. w paryskim Lasku Bulońskim), czasem na placu zabaw (w Budapeszcie), a czasem po prostu gdzieś na trawniku (np. w Madrycie, gdy zmęczeni byliśmy już szukaniem parku). Kolejnego dnia rano bywaliśmy mocno zdziwieni miejscem, które zdesperowani wybieraliśmy do spania. Na ogół pozytywnie zdziwieni, choć zdarzały nam się spektakularne wtopy, jak np. pobudka dzięki spryskiwaczom do trawników.

w Budapeszcie, na chodnik akurat spryskiwacze nie docierały

Z dzieckiem spontaniczność w zakresie noclegów ograniczamy do minimum. Zdecydowaliśmy się wykupować noclegi z Airbnb, czyli wynajmujemy mieszkania u prywatnych ludzi. Plusy takiego rozwiązania są duże:
- jest kuchnia, gdzie można przyrządzać posiłki, lodówka do naszego wyłącznego użytku, a nie jak w hostelach - dla wielu osób
- jest w miarę cicho i spokojnie (zdarzali się głośni sąsiedzi, ale nic to w porównaniu z noclegiem w hostelu)
- jest bezpiecznie
- łazienka jest nasza, a nie wspólna, jak w niektórych hostelach, np. w Cadiz, gdzie ustawiały się do niej długie kolejki
- zwykle jest dużo przestrzeni, można więc zorganizować jakieś miejsce na przewijak itp.
- jest przyjemnie i domowo
- jest pralka, miejsce do suszenia
- część mieszkań jest "family friendly", są np. wyposażone w przewijaki, łóżeczka, krzesełka do karmienia, a właściciel czasem może zorganizować nawet wózek. Takie przyjazne rodzinom mieszkania są zwykle oznaczone, wiec można wyszukiwać po tym kluczu
-  jeśli zarezerwuje się nocleg w miarę wcześnie, można również finansowo wyjść na tym dobrze, tzn. zapłacić nie więcej niż za hostel, a często nawet mniej. Oszczędzamy szczególnie dużo, jeśli podróżujemy grupą i nie chcemy spać we wspólnym pokoju. Przykładowo, jeśli jadą trzy osoby dorosłe (tak jak my i Tata), to w hostelu musielibyśmy albo zamówić jeden wspólny pokój, albo jedną dwójkę i jedną jedynkę, a te są najdroższe. W bazie Airbnb jest natomiast bardzo dużo mieszkań dwupokojowych i wtedy nie wychodzi drogo, a intymność jest.
- no i wreszcie ostatnia zaleta - etyczna. Jeśli nocujemy w hotelach, to często są to hotele o kapitale zagranicznym, których właściciele uciekają przed podatkami do różnych tzw. rajów, zysk z naszego pobytu jest więc wyprowadzany gdzieś daleko, a lokalni mieszkańcy zostają z niczym. Pisze o tym w ciekawy sposób Jennie Dielemans w książce, "Witajcie w raju...". Jeśli natomiast wynajmiemy mieszkanie od prywatnych osób, wspieramy mieszkańców miejscowości, którą odwiedzamy. Zawsze możemy też poczytać o danej osobie na jej profilu, zobaczyć ile mieszkań wynajmuje, czy chcemy ją wesprzeć czy nie itd. Sami odnajmowaliśmy w ten sposób pokój w Ustce i wiemy, że pieniądze z tego mogą mieć duże znaczenie dla właścicieli.

namiastka domu w podróży

Ale oczywiście są też minusy - przede wszystkim to, że płacimy za całość z góry i że nasza podróż nie jest wtedy elastyczna. Zwłaszcza jeśli np. wylot nam się opóźni, jak to opisaliśmy tutaj.

Poza tym warto zorientować się, czy mieszkanie nie jest np. na czwartym piętrze bez windy, jeśli chcemy wchodzić z wózkiem, dzieckiem i bagażem i czy jest przyjazne dzieciom.

Na ogół zależy nam na wielkim łóżku, z którego trudno byłoby komukolwiek wypaść. Boki zabezpieczamy poduszkami, krzesłami lub organizujemy ewentualną możliwość w miarę miękkiego lądowania na ubraniach. Nie korzystamy z dodatkowego, osobnego łóżka dla dziecka. Pewnie dlatego, że mamy tylko jedno dziecko. Najbardziej nieprzewidywalną częścią noclegu jest zazwyczaj temperatura w nocy. Tu polegać możemy tylko na opiniach właścicieli mieszkania oraz na temperaturze początkowej, tj. wieczorem. A zdarzało się, że kaloryfery nagle w nocy wyłączają się, a klimatyzacja zaczyna inaczej działać, jak w Bolonii. Albo że po prostu nocą robi się chłodno, a mieszkanie nie jest ogrzewane, bo przecież dni są upalne (jak w Rzymie we wrześniu).

Na co jeszcze zwracać należy uwagę, jeśli już zdecydujemy się na wynajęcie mieszkania lub pokoju przez internet? Przede wszystkim na recenzje, tam możemy przeczytać, czy mieszkanie jest czyste, właściciele godni zaufania i w ogóle wyrobić sobie zdanie o ofercie. W razie wątpliwości można zawsze napisać do właścicieli. No i odległość jest nie bez znaczenia - czasem można np. oszczędzić biorąc droższe mieszkanie w centrum, do którego nie trzeba będzie dojeżdżać.

Tyle rad. Jak już się powymądrzaliśmy, to możemy skromniej już powiedzieć, że tak naprawdę nasze doświadczenia nie są ogromne, no i nie są jakoś szczególnie zróżnicowane. Nie próbowaliśmy rozbijać się po hotelach, bo nam szkoda pieniędzy, nie wbijaliśmy się do ludzi na Hospitality Clubie czy Couch Surfingu, bo w więcej osób i z małym dzieckiem nie chcieliśmy się komuś naprzykrzać, a na namiot było jakby trochę zimno, zwłaszcza w lutym. Ale da się i w namiocie mieszkać z dzieckiem małym, co widzieliśmy np. na Ecotopii i co wyczytaliśmy tutaj :)

niedziela, 2 marca 2014

Zbici z tropu, czyli pośród dydaktycznych ścieżek i pruszczańskich rekonstrukcji

Dziś w ramach naszego postanowienia zwiedzania okolic i robienia sobie wycieczek bez czekania na wakacje - wybraliśmy się do Pruszcza Gdańskiego. Leży niedaleko Gdańska, taka niemal dzielnica, a jednak dumne miasto celebrujące swoją historię. Tak słyszeliśmy i postanowiliśmy sprawdzić, jak to jest.

całkiem fajny most "kamienny"

Ponieważ Pruszcz jest tak blisko, mogliśmy sobie spokojnie wyjechać późno i nawet zdążyć upiec rano ciasteczka owsiane na drogę :) Miał z nami jechać Tata, ale rozbolała go głowa i wrócił do Ustki. Pomknęliśmy więc we trójkę pociągiem i po pół godziny byliśmy w Pruszczu. Wysiedliśmy i nie bardzo wiedzieliśmy, gdzie iść - z jednej strony Biedronka, a z drugiej jakby nic... A przynajmniej nic wyglądającego na centrum miasta, koło którego mieliśmy się znajdować. Ale upewniwszy się na mapach, ruszyliśmy tam właśnie i był to spacer bardzo przyjemny, wzdłuż ścieżki dydaktycznej, przez rzeczkę.



Ścieżka z tablicami, a trzeba przyznać, że było ich dużo wszędzie - na temat historii i przyrody, byłaby jednak ciekawsza, gdyby było cieplej lub gdybyśmy spodziewali się zimna. A tymczasem prognoza pogody mówiła o kilku stopniach więcej. Przyspieszyliśmy i z krótkim postojem przy kościele całkiem ciekawym i do tego bardzo starym, z którego ogłoszenia duszpasterskie słychać było daleko, daleko, trafiliśmy do Faktorii, czyli rekonstrukcji osady handlowej z czasów kontaktów z cesarstwem rzymskim.



Początkowo byliśmy trochę zbici z tropu, bo miały być trzy chaty, no i były, tylko jakieś takie małe i do tego zamknięte...

trzy chaty

i amfiteatr

czas na pierwszy piknik, czyli wegańska szarlotka oraz inka z melasą karobową

osobliwa pruszczańska architektura
a to już Faktoria

Ale okazało się, że to nie wszystko i właściwa Faktoria jest dalej, za Skate-parkiem. Weszliśmy, kupiliśmy bilety (6 zł jeśli jest się nauczycielem, studentem, doktorantem albo ma się trójmiejską kartę biblioteczną) i poszliśmy zwiedzać. Jedna chata (hala targowa) niestety przeznaczona na prywatną imprezę, czyli urodziny jakiegoś dziecka. W drugiej (chata wodza) siedziały dzieciaki i oglądały filmik o historii tego miejsca. Miejsce na szczęście ciepłe, można usiąść i odtajać, więc trochę się zasiedzieliśmy. Nawet toaleta jest w chacie wodza - daleko jej do rekonstrukcji. Przy okazji obejrzeliśmy trochę bursztynowych przedmiotów. Potem zwiedziliśmy jeszcze chatę kowala i bursztyniarza, nie mogąc się nadziwić, że niby rzemieślnicy, a podejrzewa się, że mieli meble zupełnie nie wyszlifowane, takie że lepiej nie dotykać. A może to po to, żeby przestraszyć turystów.






W grodzie były też zwierzęta - kozy (jedna jakaś przeziębiona) i... ptaki, ale że jesteśmy miastowi to tylko nieśmiało napiszemy, że to chyba bażanty, ale równie dobrze mogłyby to być kuropatwy.

Po spacerze okazało się, że czasu do pociągu, którym planowaliśmy odjechać, jest jeszcze dużo, a nie bardzo wiemy, co tu jeszcze zwiedzać, więc znaleźliśmy inne połączenie i ruszyliśmy na dworzec. Szliśmy tą samą drogą, zastanawiając się nad losem miasta pełnego ogłoszeń o lokalach na sprzedaż/wynajem i sklepów używaną odzieżą. Czy mieliśmy przed oczami miasto w kryzysie, czy też ono od dawna już tak wyglądało?



Początkowo mieliśmy w Pruszczu spotkać się z dawno niewidzianym kolegą, ale że był akurat w Gdańsku... to poszliśmy na kawę, kiedy już wysiedliśmy z pociągu, w jednym z wszędobylskich centrów handlowych ;) A po spotkaniu długo jeszcze siedzieliśmy przy stoliku, bo jakoś wstać po tym spacerze nie mogliśmy, a i Jasiek nie krępując się niczym zasnął...

poniedziałek, 24 lutego 2014

Podróże małe, nieduże

No i znów się gdzieś wybraliśmy, długo nie trzeba było czekać :) Tym razem wcale nie daleko, tylko w okolice, do Tczewa i Starogardu Gdańskiego. Niby nic, ale w końcu to też wycieczka i też po Europie ;) Od dawna to sobie obiecywaliśmy - pokręćmy się po okolicy Trójmiasta. Właściwie to od czasu powrotu z Islandii, gdzie każdą niedzielę staraliśmy się spędzać na wycieczkach po okolicach i wspinaniu się na mniejsze lub większe górki. A w Gdańsku jakoś do tej pory się nie udawało. Ochota na to, żeby jednak ruszyć przyszła gdy w piątek okazało się, że kursantka musi odwołać zajęcia z duńskiego i nagle cały dzień mamy wolny. A że pogoda coraz lepsza, to i okolice wydały się przyjaźniejsze.



Ot, choćby taki Tczew. Miasto, przez które przejeżdżaliśmy niezliczoną już ilość razy. Zatrzymuje się tam pociąg. Czasem stoi dłuższą chwilę. My patrzy wtedy i czytamy jedyne, co przeczytać się w takich okolicznościach da - Tczew. A w głowie nic. Jedyne z czym się wtedy miasto kojarzy to z poprzednią, podobną konstatacją: "O, już Tczew!" Ewentualnie - "Dopiero Tczew." Kilka chwil przed przed lub po stacji (w zależności od tego czy z Gdańska wyjeżdżamy czy do niego wracamy) przejeżdżamy przez most nad rzeką. Most długi, rzeka szeroka. P mówi wtedy zazwyczaj "O, rzeka, duża, Odra, nie, inna, Wisła chyba", bo tak mu z dzieciństwa zostało, że jak duża rzeka, to Odra. A Wisła to raczej idea, więc niełatwo jest mu uwierzyć, że mógłby ją zobaczyć. A G myśli, że to całkiem fajny most.



Dzień wcześniej weszliśmy na Wikipedię, żeby ten Tczew jakoś tak wstępnie ogarnąć. Na celownik wzięliśmy sobie "Muzeum Wisły", bo raz, że prowadzenie takiego przybytku wydaje się podszyte absurdem, a dwa - podobno za darmo dostępne jest. Wydostaliśmy się z tczewskiego dworca, z marszu zahaczyliśmy o centrum handlowe (swoją drogą, już we Wrzeszczu byliśmy przytłoczeni ideą wszędobylskich centrów handlowych, których przy stacji jest trochę jakby dużo, a w Tczewie było to pierwsze, na co trafiliśmy). Jest tam i toaleta, i jest też strefa karmienia piersią. Dalszą drogą odbyliśmy kierując się wskazaniami GPS na google maps. Pierwszy raz tak się bawiliśmy, bo zagranicą zazwyczaj mamy problemy z dostępem do sieci, a w kraju darmowy internet mamy od niedawna, więc korci nadużywać go. Droga do "centrum" była drogą przez estetyczną mękę. Najpierw blokowisko. W kwestii blokowisk można wyrobić sobie pewne gusta mieszkając w Polsce. No nos gusta... chociaż pewne zastosowane w Tczewie rozwiązania architektoniczne niespodziewanie przeniosły myśli P do... St Denis. Było to nie tylko niespodziewane, ale również niezrozumiałe, choć P próbował tłumaczyć, że to przez specyficzne zastosowanie kolumn w budynkach usługowych. Z perspektywy czasu okazało się, że przeniesienie się myślami z Tczewa do imigranckiej dzielnicy Paryża należy prawdopodobnie zrzucić na karb odwodnienia. Później blokowiska zmieniły się w obdrapane kamienice i całość ułożyła się trochę w obraz znanego nam dużo lepiej Słupska.



Doszliśmy do muzeum, ale odechciało nam się wchodzić. Nawet nie zajrzeliśmy. Za to przyglądaliśmy się cmentarzowi po przeciwnej stronie ulicy. Znaleźliśmy też park, rzekomo pełen bujnej roślinności. Nie dementujemy, słowo "bujne" być może przyjęło w Tczewie dość odległe od powszechnego znaczenie. W parku pełnym bujnej roślinności wklepywaliśmy w smartfona kolejne miejsca, które pozwoliłyby obrać jedną z licznych ścieżek. W zwyczajnym parku po prostu przeszlibyśmy się pośród zieleni, ale ten park był na zboczu, ścieżki miewały schody, więc wybór właściwej drogi, gdy prowadzi się wózek, wydał się nam kluczowy.



Celami okazały się: Wisła i stary kościół. Przyznać trzeba, że Wisła jest największym skarbem tego miasta. Cisza i spokój, jednocześnie miejsce spacerów, niezła infrastruktura (co zawsze ważne - rowerowa) i piękne widoki. Piękno rozumiemy tu po mieszczańsku i po nadmorsku i sprowadza się w dużej mierze do otwartej przestrzeni. Zasiedzieliśmy się i zapatrzyliśmy w nurt wody. Do tego zrobiliśmy sobie piknik, bo żeby nie tracić czasu na szukanie lokali, wzięliśmy sałatkę (z suszonymi pomidorami jeszcze z włoskiej wycieczki), kanapki i nawet termos z inką.




Potem jeszcze szybko zobaczyliśmy centrum i bardzo stary kościół oraz ryneczek. Coś chyba o tym mieście jednak mówiła masa lumpeksów umiejscowionych w najbardziej centralnych miejscach starówki.



Na dworzec wracaliśmy szybko i zupełnie inną trasą niż przyszliśmy. I to jest chyba największa zaleta korzystania z internetu w podróży. Na ogół wracamy tak jak przyszliśmy, żeby oszczędzić sobie możliwości popełnienia kosztownych błędów. A teraz nie gubimy się, ale za to zapuszczamy się w tereny, które dawniej odrzucilibyśmy jako "potencjalnie nieprzejezdne".

A droga pociągiem była całkiem miła, widoki piękne i jeszcze jakiś chłopczyk próbował zaprzyjaźnić się z Jasiem.



Kolejnym przystankiem i celem naszej podróży był Starogard Gdański. A w nim Klubokawiarnia "Szafa", projekt koleżanki, który obiecywaliśmy sobie nawiedzić od czasu jak powstał. Miejsce bardzo klimatyczne i inspirujące. Spędziliśmy tam ze dwie i pół godziny rozmawiając. O życiu oczywiście i o tych wszystkich projektach, w których wszyscy wręcz się pławimy i którymi trochę jakby żonglujemy, próbując żadnego nie upuścić. Zjedliśmy pyszności, wypiliśmy pyszności, Jasiek pochodził trochę po dywanie i pobujał się na fajowej kanapie. 

ze słynną szafą


Samo miasto wydało nam się mniej rowerowe i okrutnie przeładowane reklamami. A po rynku jeździły samochody, więc można było sobie zobaczyć jak to onegdaj w miastach bywało, przynajmniej z perspektywy tych, gdzie już są deptaki.





Powrót do Gdańska miał być miły, łatwy i przyjemny. Nie przewidywaliśmy żadnych problemów. Nie zaniepokoiło ani 10-minutowe opóźnienie pociągu, ani sporo ludzi czekających na pociąg na peronie. Przyjechał nasz pociąg w końcu, lecz okazał się zapchany jak miejski tramwaj w godzinach szczytu. Wejść do takiego z wózkiem i jechać z małym, na którego patrzy wtedy z bliska wiele oczu - chyba gorzej niż w traumwaju. W końcu Jasiek oświadczył, że przełknąłby ciutkę. I dzielna jego matka w sekundę znalazła dla siebie miejsce siedzące, odbijając miejsce dla matek z dzieckiem spod jakiegoś studenta. A bo i studentami był ten przybytek wypchany do granic swoich możliwości. Wracali od jednych "karmiących matek" do drugich "alma mater" po weekendzie, niektórzy po przerwie semestralnej. Znowu przesiadaliśmy się w Tczewie i tam było jeszcze gorzej, chociaż dobrze, że drugi pociąg czekał na całą zawartość naszego.

Smród pijanego człowieka jest dość specyficzny, a jednocześnie - przy całym zróżnicowaniu ludzkich ciał - smród ten wydaje się niezwykle wprost uniwersalny. Czasami wchodzi się, przykładowo, do autobusu pełnego ludzi i choć wszyscy wyglądają ludzko, to ten właśnie uniwersalny smród zdradza, że wśród nich czai się przepoczwarzona w człowieka... zleżała wóda. Czytelnik wykształcony i uczenie wrażliwy na przejawy dyskryminacji mógłby zarzucić nam odhumanizowywanie człowieka, od którego wszelkie zło... Lecz warto zauważyć, że my tej rozkładającej się wódy nie odtrącamy, to ludzka wóda i ona jedzie z nami. Wóda z potężnie podbitym okiem, śliniąca się, senna i z kupą na bucie. Siedzi, choć kilkanaście osób stoi; chciałaby leżeć, ale obok twardo siedzi studentka. Kładzenie się na studentkę skutecznie studentkę jednak zniechęca, wóda kapitalizuje zwycięstwo, chce się położyć, przytulić do miękkiego siedzenia, a tu wyrywa ją ze snu głos współpasażera: "Kolego, nie jesteś sam". Wóda dziwi się, łypie pozostałym okiem i grzecznie się pionizuje, co niestety oznacza, że przez większą część naszej podróży będzie spać z otwartymi ustami. Wóda się dotlenia i całą sobą rozkładającą się resztki wagonu wypełnia. A pozostali pasażerowie kalkulują, gdzie najszybciej wysiąść. Nasza trójka ma już spore doświadczenia z pijakami w trójmiejskich pociągach, więc graliśmy nie przeciwko ulatniającej się wódzie, lecz na zmęczenie studentów. Większość wysiadła w Gdańsku Głównym żeby przesiąść się na SKM-ki, a my ze szczęśliwą, bo leżącą na już całkiem wolnym siedzeniu - wódą pomknęliśmy do Wrzeszcza. Ileż było tam radości z rześkiego, nocnego, wrzeszczańskiego powietrza?!

pozostałości weekendowej alkoholizacji towarzyszyły nam wszędzie

Dawnymi czasy nie przejęlibyśmy się jednodniową wycieczką na tyle, żeby zaraz jakieś wokół niej narracje klecić. Ale obecnie nie udaje się już nam - tak po prostu - wsiąść do pociągu byle jakiego i byle kiedy. Wstajemy o 7 rano, żeby wyjść o 10 i już choćby przez to nawet krótka wycieczka po okolicy urasta do rangi przedsięwzięcia. A my pławimy się w przedsięwzięciach... Tyle tylko że powrót już nie jest do jakiegoś mieszkania, gdzie będziemy szykować się na kolejne zwiedzanie, ale do naszego mieszkania, z naszymi przyjemnościami i naszym bałaganem, a do tego jeszcze z zadaniami, bo przecież trzeba sprawdzić i wysłać zrobione wczoraj tłumaczenie, uzupełnić księgę przychodów i rozchodów, odpowiedzieć na maile, itp., itd. Ale i tak cieszymy się, że udało się na chwilkę wyrwać i za tydzień planujemy kolejny wyjazd :)