w drodze

w drodze

czwartek, 12 lipca 2012

saksońsko-bawarskie chwiłe

"Attitude - the difference between an ordeal and an adventure" 

Pierwszy dzień podróży niemal cały w pociągu. Śniadanie we Wrocławiu, drugie w pociągu do Drezna, lunch miał być w Dreźnie, ale cały czas przeznaczyliśmy na bieganie, robienie fotek i oduczanie się robienia zakupów, więc kanapki pałaszowaliśmy już w pociągu do Norymbergi. Obiad miał być w Norymberdze, ale zaczęliśmy obawiać się późnego przyjazdu na kemping i pospieszyliśmy do bawarskiego Monako (czyli Monachium), pierwszym pociągiem jaki był. Za to kolacja, ech kolacja... Nie jest łatwo zrobić zakupy po 20:00 w Niemczech. Na szczęście był falafel i stacja benzynowa i jakoś zmontowaliśmy sobie piknik. Rano po godzinnym opóźnieniu spowodowanym zaćmieniem umysłów i pojechaniem autobusem w drugą stronę (z plusów tej przygody, śniadanie w ekologicznym supermarkecie), w końcu mieliśmy szansę zobaczyć inne części miasta niż park i osiedle willowe. Teraz pijemy kawę w centrum i zabieramy się za planowanie obiadu :)


P.S. A w podróży zgodził się towarzyszyć nam Claude Lévi-Strauss...









wtorek, 10 lipca 2012

i.... ruszamy!








Podróż poślubną czas zacząć! Na początek Wrocław, żeby trochę odpocząć, spotkać się z rodziną, znajomymi... niestety/na szczęście znajomych tyle, że ledwo się wyrabiamy i umawiamy 3 różne spotkania w ciągu tej samej godziny... ale jest czas i na piwko w Falansterze, plac zabaw z Arkiem i Oliwką, mnóstwo kawy czy czterodaniową kolację podczas niespodziewanej przejażdżki łódką i z Gutkiem!

niedziela, 30 sierpnia 2009

Islandia – pierwsze wrażenia i spostrzeżenia


Środa, 26.08.2009, 20:20 czasu islandzkiego

Mamy w końcu meble, więc siedzimy jak ludzie na kanapach i fotelach, relaksując się po kolejnym dniu pogoni za sprzętami do naszego domu. Nie mamy internetu, więc czytamy gazety, uczymy się języka, robimy notatki... Jak za dawnych czasów w Kopenhadze albo w Gdańsku, kiedy oddaliśmy komputer do serwisu. Żeby zdobyć podłączenie do internetu trzeba mieć islandzki numer identyfikacyjny, kennitalę, o który już się zgłosiliśmy i którego z utęsknieniem wyglądamy na podłodze pod drzwiami wejściowymi. Bez kennitali nie zdobędziemy też legitymacji studenckiej, nie zapiszemy się na kursy na uniwerku ani też nie kupimy biletu semestralnego ze zniżką, więc wszędzie chodzimy na piechotę. Szczególnie uciążliwa jest droga do Jyska, który tu nazywa się zresztą zupełnie inaczej. Idzie się co najmniej 40 minut chodnikiem przy czymś w rodzaju autostrady. Co gorsza, byliśmy tam już dwa razy i nie udało nam się jeszcze zrobić zakupów – raz zapomnieliśmy portfela, a raz weszliśmy do sklepu obok i zanim się obejrzeliśmy byliśmy już w domu... Bo sklep okazał się magazynem z używanymi meblami, gdzie wybraliśmy sobie sofę, fotel, biurko, dwa krzesła i – przede wszystkim - ogromny dwumetrowy stół drewniany, a zaraz potem zamówiliśmy sobie taksówkę, z która pojechaliśmy do domu.

Przy okazji sfalsyfikowaliśmy jedną z tez o Islandii – że wszyscy mówią tu po angielsku. Nasz kierowca nie mówił, nie rozumiał nawet liczebników, które daleko od islandzkich przecież nie odbiegają. Za to potwierdziła się druga teza – że wszędzie można płacić kartą – i w charytatywnym second handzie, i w taksówce, gdzie pan kierowca trzymał terminal pod jakimiś szmatami obok siedzenia.

Jak dotąd, a jesteśmy na Islandii już 4 dni, nie mieliśmy jeszcze w rękach islandzkich pieniędzy. Wszędzie płacimy polską kartą, co jest o tyle wygodne, że dostajemy od razu smsem informację, ile zapłaciliśmy w złotówkach. A płacimy w pewnym sensie coraz mniej, korona jak na razie wciąż spada, czy może raczej złotówka rośnie. Niesamowite wrażenie, na wszystko prawie nas stać, ceny porównywalne z polskimi, nawet produktów sprowadzanych z Danii... Książki niektóre tańsze niż w Polsce, rowery też...



I przez cały czas się dziwimy jak to działa, kto na tym zyskuje, a kto traci... Na pewno nie zyskują pracujący tu obcokrajowcy, którzy wysyłają pieniądze rodzinie. Wartość korony w porównaniu do złotówki spadła od 2007 r. niemal trzykrotnie!

Jak tylko przyjechaliśmy do stolicy przenocowaliśmy u włoskiego couchsurfingowca, Andrei (w poniedziałek dopiero mogliśmy odebrać klucze do naszego mieszkania w akademikach). Mieliśmy chyba najlepsze możliwe wprowadzenie do Islandii. Spędziliśmy pół niedzieli i kawałek poniedziałku rozmawiając z Andreą i jego dziewczyną Björk i dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy o Reykjaviku. Np.:

  • Co sobotę odbywa się gotowanie w ramach Food not Bombs, które jest wspierane przez różne instytucje ofiarujące produkty spożywcze.

  • Zasiłek dla bezrobotnych wynosi 70% poprzedniej pensji, co nie jest bardzo złą stawką, biorąc pod uwagę, że pensje są wysokie.
  • W czasach „prosperity” ogromnie dużo osób zaciągało kredyty, ale były tez osoby przezorne, np. nasi przyjaciele, którzy od początku wiedzieli, że należy tego unikać.
  • Wiele osób ma teraz problemy finansowe, ale nasi przyjaciele odnieśli wrażenie, że w telewizji o swojej tragedii opowiadają ludzie bogaci, z samochodami, którzy może i dużo stracili, ale nie powinno to znacząco zmienić standardu ich życia, a w każdym razie na pewno nie będą głodować.
  • Związki zawodowe opłacają swoim zagranicznym pracownikom kursy języka islandzkiego.
  • Po Islandii można bez problemu jeździć autostopem, choć raczej nigdy na drodze nie zatrzyma się duży samochód (jest tu mnóstwo landcruiserów). Duży samochód = małe serce.
  • Islandzki chleb nie nadaje się do jedzenia – jest albo paskudny, albo bardzo drogi, opłaca się więc piec.
  • Podczas styczniowych demonstracji policja atakowała gazem nawet spokojne osoby (jak Bjork, tę u której mieszkaliśmy, nie piosenkarkę :)).
  • Reykjavik jest świetnym miejscem do życia, spokojnym, „na miarę człowieka”.
  • Irytująca może być natomiast pogoda, zwłaszcza wyjątkowo długa zima, trwającą nawet do maja. Wtedy może być ciężko, dlatego warto zimą choć na chwilę gdzieś wyjechać.
  • Loty na Grenlandię są bardzo drogie, mimo że to blisko. Czasem bardziej opłaca się polecieć do Danii i stamtąd na Grenlandię. Ale podobno można się tam jakoś tanio wybrać w roli antropologów :)
  • Wielu Islandczyków wierzy w elfy i trolle. Do tego stopnia, że wstrzymano budowlę pewnej elektrowni, gdy okazało się, że będzie postawiona w miejscu, gdzie istoty te zamieszkują (przynajmniej według jakiejś grupy, która protestowała). Björk sama nie potrafiła powiedzieć, czy w nie wierzy, ale raczej skłaniała się ku temu, że tak. Śladem istnienia trolli mają być między innymi różne kamienie.
  • Islandczycy pija ogromne ilości kawy.
  • Niektórzy turyści (np. Amerykanie) będąc w centrum miasta pytają często, jak dojść do centrum, a stojąc obok centrum handlowego, pytają gdzie ono jest. Wydaje im się, że stolica i Centrum Handlowe powinny być ogromne.
  • W sklepach islandzkich nie można kupić alkoholu. Tylko w specjalnym sklepie (vinbuðið), czynnym tylko do którejś tam godziny.
  • W Reykjaviku jest Free Shop, gdzie można oddawać niepotrzebne rzeczy lub zaopatrzyć się w potrzebne. Jest też second hand (do tego trafiliśmy). Coraz więcej ludzi z nich korzysta. Coraz mniej jedzenia ze sklepów trafia do śmietników, coraz więcej jest sprzedawanych następnego dnia, po niższej cenie.
  • Kiedyś można było znaleźć dużo mebli na tzw. wystawkach, teraz coraz mniej.
  • W piwnicy kościoła adwentystów można dostać za darmo rower lub też naprawić, jak się już ma jakiś.
  • Nie ma już czyśćca.
Tego ostatniego dowiedzieliśmy się, o dziwo, właśnie od Björk, a nie z polskiej prasy. Nie zdążyliśmy sprawdzić informacji, no i w końcu nie wiem - jest jeszcze czyściec, czy papież już go zlikwidował? Podobno też nie można się już modlić do aniołów, to powiedział nam Gangster Chrystusa, czyli ministrant w stroju motocyklisty, siedzący na motorze obok kościoła katolickiego. Poza napisem „Gang of Christ” miał też na kurtce zdaje się napis „Salvation Army”. Czekał na biskupa. Kościół katolicki wygląda jakby przeniesiony z Francji, protestanckie są zupełnie inne. Część, tak jak i większość chyba budynków w centrum, pokryta jest blachą falistą. Inne wyróżniają się nieco bardziej, np. Hallgrímskirkja – niemal symbol Reykjaviku, obecnie remontowany.

Całe szczęście dla kościoła, w dni powszednie uwijają się wokół niego robotnicy, podczas gdy zupełnie opuszczony stoi symbol krachu – Music Hall w porcie, ciągle nieskończony. Krach dotknął też chyba jeden z niewielu wieżowców w mieście, który stoi pusty, a w pewnym dowcipie obrazkowym stanął obok Mikołaja jako "Islandia - finansowa stolica świata" - nowy członek świata fikcyjnych postaci.

Poza tym na ulicach nie da się poznać, że kryzys – mnóstwo turystów (bo tanio), sklepy pełne klientów. Co jakiś czas w gazetach trafiamy tylko na zdjęcie domu lub samochodu jakiegoś bankiera oblanych czerwoną farbą przez „nieznanych sprawców”.

Wracając jeszcze do turystyki, to jutro lub pojutrze (w zależności od tego, czy przyjdzie w końcu kennitala, a wraz z nią internet) wybieramy się na wycieczkę. Chodzi o to, żeby nie spędzać całego tygodnia na zakupach :) Chcemy wybrać się do Þingavellir, czyli miejsca, w którym od czasów wikingów do końca XVIII wieku obradował islandzki parlament; do krainy gejzerów oraz zobaczyć wodospad Gullfoss. Trochę to dużo jak na jeden wieczór, ale to ma być „pierwsza orka”. Potem jeszcze, miejmy nadzieję, tam trafimy, np. oprowadzając jakichś (znów - miejmy nadzieję) gości. Teraz chcemy tylko skorzystać z możliwości dojazdu bezpośrednio autobusem, bo od września podobno nic już nie będzie kursować w kierunku tzw. interioru....

I jeszcze kilka zupełnie oderwanych od wszystkiego uwag:
- wszędzie dookoła pełno kaczek. Dzikich. Albo może gęsi dzikich, cholera wie. W każdym razie jest ich bardzo dużo w naszych okolicach, a jeszcze więcej zielonych kup na chodnikach;

- mieszkania tu ogrzewane są energią geotermalną, a w kranach płynie właśnie taka geotermalna woda. Zajeżdża niesamowicie siarkowodorem – jak w zdrojach. Tak samo zresztą jak czasem powietrze w niektórych częściach miasta.

- jest chłodno (10-15 stopni), wieje i kropi prawie cały czas...

- jedzenie mają świetne, zwłaszcza nabiał i warzywa. W sklepach jest też dużo polskich produktów, poza Prince Polo są też polskie ogórki, płyn do mycia naczyń, a w sklepie z alkoholem miody pitne, kilka rodzajów polskiego piwa i żubrówka;


Reykjavik jest pełen kontrastów i nie na tyle turystyczny, jak można by się tego spodziewać po stolicy europejskiego kraju. Nabrzeże wygląda np. tak:



Może kilka słów o uniwersytecie. Budynki nie są opisane po angielsku, a kampus nie jest otoczony płotem (!) przez co nawet nie bardzo wiadomo, czy trafi się do budynku jakiegoś wydziału czy np. do muzeum.

Wspaniałe jest osiedle studenckie. Położone jest nad oceanem, co nie jest akurat jego największą zaletą, ale fajnie to brzmi ;) Wynająć można tu pokoje jednoosobowe, dla par (czyli taki jak nasz) lub dla par z dziećmi. W najbliższej okolicy są przynajmniej 3 przedszkola.



Aha, jeszcze się pochwalę – kopiłam sobie islandzką książeczkę dla dzieci i poza jednym zdaniem, wszystko zrozumiałam :) Generalnie język bardzo trudny (z gazet nie rozumiem nic), ale jak chcą, to potrafią go uprościć do krótkich zdań zrozumiałych dla dzieci i obcokrajowców :)

środa, 21 listopada 2007

Zelandzkie kontrasty

W ramach tworzenia własnej historii, kopia naszego wpisu z bloga koła Na Styku

Po prawie trzech już miesiącach w Danii wstyd byłoby nic nie napisać ;) więc chyba teraz kolej przyszła i na moje zdziwienia. Miałam już prawie napisany cały artykuł o polityce, ale gdzieś mi się notatki zapodziały - może innym razem. Dziś luźne spostrzeżenia:

1) Kiedy przyszliśmy dziś rano na zajęcia, okazało się, że są odwołane, bo spontanicznie do Kopenhagi wpadła znana aktywistka z Zimbabwe i zgodziła się poprowadzić seminarium na temat grupy WOZA, którą reprezentuje. WOZA to skrót od Women and Men of Zimbabwe Arise - oddolny ruch, głównie kobiet, domagających się przestrzegania praw człowieka oraz spełnienia podstawowych potrzeb ludności. Podczas śpiewających demonstracji próbują ewolucyjnie zmieniać kraj, zwracać uwagę polityków i świata na swoją sytuację, jednocześnie nie popierając żadnej partii politycznej. Wyjątkowo ciekawe seminarium, w którym raczej nie udałoby się nam niestety uczestniczyć na UG.

2) Poza dzisiejszym dniem, ani razu nie zdarzyło się, żeby ktoś odwołał zajęcia - raz tylko przyszedł mail dwa dni przed spotkaniem, że jest przeniesione na inną godzinę. Piotrkowi zdarzyło się raz, że prowadzący nie przyszedł - zamiast tego puszczono film. Inni prowadzący uprzedzają na 3 tygodnie przed, że mogą się spóźnić, bo będą np. pędzić na zajęcia prosto z konferencji albo z samolotu z RPA :) Miło jest być traktowanym z szacunkiem.

3) Za to: biurokracja w edukacji przekracza chyba naszą. Nauczyciele (a wtórują im politycy) narzekają na stosy papierkowej roboty, przez które nie mogą poświęcić wystarczająco dużo czasu uczniom. Nie umiem porównać czy polska, czy duńska podstawówka jest bardziej zbiurokratyzowana, ale na uniwersytecie różnica rzuca się w oczy. Żeby zdać egzamin muszę się najpierw na niego zapisać (na 2 miesiące przed), następnie jeśli ma to być praca pisemna (można wybierać!!!), po 2-3 tygodniach muszę oddać listę literatury "promotorowi" (specjalnie wyznaczonemu do pomocy przy konkretnej pracy, nie musi to wcale być wykładowca danego kursu). Lista powinna zawierać 1400 stron tekstu do przeczytania na potrzeby pracy - może być 1370 czy trochę ponad 1400, ale odchylenia w żadną stronę nie mogą być zbyt duże! :)

Jeżeli liczenie przeczytanych stron wydaje się czymś dziwnym, to dodam jeszcze, że nie chodzi tu o byle jakie strony, tylko strony "normatywne" - których definicja różna jest dla wydziałów i zmienia się w czasie.... na eskimologii jest to np. 2400 znaków na stronie - i trzeba własnoręcznie przeliczyć ile normatywnych stron ma wybrany tekst... Kiedy pensum odda się już promotorowi, trzeba je z nim przedyskutować i ewentualnie poprawić, aby po następnych dwóch tygodniach złożyć je wraz z wypełnionym formularzem i podpisami obu stron do sekretariatu. Potem już można swobodnie pisać na bazie przeczytanych tekstów i po ok. 1-2 miesiącach oddać pracę w 3 egzemplarzach... proste, nie? Nie ma się też co łudzić, że z egzaminem ustnym będzie łatwiej - pensum i tak trzeba oddać, a do tego często kilkustronicowy plan egzaminu - jakie zagadnienia chce się poruszyć, o czym mówić itd.

4) Wyczytane w gazecie i podpatrzone na ulicy: Kilka dni temu uczniowie szkół średnich mieli dzień wolny, który poświęcili na zbieranie pieniędzy, by pomóc w "edukacji wyzwolenia" Indianom Guarani z Boliwii i wyplewić trwający tam od 100 lat ucisk i niewolnictwo. Podczas tego dnia uczniowie sprzedawali własne wypieki lub wynajmowali się do pracy np. przy sprzątaniu - wynagrodzenie szło na konto projektu. W ten sposób uczniowie zebrali 9 mln koron (ok. 4,5 mln zł), a od 1985 roku, od kiedy odbywa się Operacja Dzień Pracy ponad 100 mln kr na rzecz krajów rozwijających się. Projekt działa w całej Skandynawii.

5) Młodzi tutaj bardzo często demonstrują - głównie w głośnej sprawie Ungdomshuset - co czwartek demonstracja o nowy dom młodzieży przechodzi przez stolicę. Ale... demonstrują nie tylko młodzi - jakiś czas temu odbyły się protesty "Dziadkowie dla azylu" pod centrum dla uchodźców. Starsi ludzie protestowali przeciwko trzymaniu w centrum dzieci i braku pomocy psychologicznej. Cała Dania zresztą od dłuższego czasu żyje sprawą czekających na azyl lub wydalenie - we wrześniu wszystkich zaszokowała wiadomość, że u znaczącej liczby dzieci przebywających w takich centrach rozwijają się poważne problemy psychiczne. Sprawa azylantów stała się jednym z najważniejszych elementów niedawnej kampanii wyborczej i pojawia się nadal dosyć często w mediach - kilka dni temu okazało się, że czekający na azyl pracują na czarno za marne pieniądze i są wykorzystywani przez pracodawców.

6) Z innej beczki - mimo, że Dania robi wrażenie bardzo ekologicznego kraju - we wszystkich sklepach są produkty ekologiczne i organiczne, które cieszą się dużym powodzeniem - ostatnio opanowała ją moda na futra. Nie jest typowo duńska, bo pochodzi gdzieś z europejskich (pewnie francuskich) wybiegów, ale Duńczycy zaakceptowali ją bez zastrzeżeń - w końcu to przecież moda...

Tyle na razie. Wrażeń mamy wiele, właściwie codziennie coś nas tu zadziwia. Mam nadzieję, że starczy czasu, żeby się tym jeszcze tutaj podzielić....

środa, 31 października 2007

Różnice c.d.

Kolejne drobne duńskie dziwactwa, które warto odnotować:

* Alkohol można tu kupować od 16 roku życia, a spożywać można wszędzie.
* Cotygodniowe demonstracje w sprawie ungdomshuset monitorowane są (idą wzdłuż w specjalnych kamizelkach) przez rodziców demonstrantów zrzeszonych w organizację "Rodzice przeciw policyjnej przemocy".
* W dniu ogłoszenia kampanii wyborczej liderzy partii życzyli sobie wzajemnie powodzenia.
* Gazety przypominają, że w pracy należy odpoczywać i robić przerwy.
* Produkty ekologiczne, nie testowane na zwierzętach i Fair Trade są tu często tańsze niż w Polsce.
* W sklepach nie ma jajek, których numeracja zaczyna się od cyfry 3 (3 oznacza, że kury hodowane są w ciasnych klatkach, obcina im się dzioby i karmi czymkolwiek, w tym GMO) - porównaj w Polsce.
* W centrum miasta są sklepy sprzedające futra - obrzydliwe.
* Bilety w metrze i kolejce kontrolują ludzie w mundurach.
* Alkoholicy i narkomani nie przestają być ludźmi.
* Tu są bezdomni.
* Biblioteki są darmowe, pełne książek, filmów i ludzi.
* Nawet dzieci chodzą w "arafatkach".

piątek, 19 października 2007

Jesien na Zelandii

Teraz mieszkamy w Danii, 30 km na polnoc od Kopenhagi – w niewielkiej miejscowosci Allerød. Studiujemy w stolicy, a ze z pieniedzmi krucho, wiec jexdzimy tam na rowerach (2h w jedna strone). W ten sposob przekonalismy sie, ze ten kraj wcale nie jest plaski. Nie wiemy tylko czy to pod co podjezdzamy to gory, czy tez moze, po prostu, wyjezdzamy z jakiegos dolu.

Niedawno zdalismy sobie sprawe, ze mieszkamy na wyspie. W ktora by strone nie jechac, wszedzie morze. A nad morzem przepiekne miasteczka – ciche, malutkie, a kazdy dom inny. Zepsul nam sie aparat, wiec nie bedzie zdjec. Wszystko trzeba zapamietac. Zapamietane pewnie bedziemy idealizowac. 

Wyspa w zasadzie moglaby uchodzic za raj. Nie jest tak goraco jak w Hiszpanii, ludzie usmiechaja sie i nie podnosza glosu. Da sie tu nawet bez problemu stopowac! Jedynym dostrzegalnym minusem jest w zasadzie Dunczykow stosunek do swojego jezyka :) Nielatwo jest tu znalexc prace nie mowiac po dunsku. Co wiecej, nawet krwi nie moglem oddac, bo nie mowie po dunsku! Ze wzgledow bezpieczenstwa oczywiscie. Moglbym przeciez nieprawidlowo wypelnic ankiete dotyczaca mojego stylu zycia. A nie wszyscy mowia tu po angielsku i co by to bylo, gdyby nie mogli mi w tym pomoc? Brh- mam, wiec jakos nie przywyklem nalegac na oddanie :) Mimo to, bardzo tu w mediach przezywaja to, ze nie maja tzw. rak do pracy. To, ze w 2006 roku (do wrzesnia) 10 tys ludzi (70% z Polski) osiedlilo sie w Danii uznawane jest za sukces polityki przyciagania (jednym z kierunkow przyciagania jest USA hehehe). Nic dziwnego, ze przyjezdzaja, bo nawet listonosz zarabia tu 9 tys zl (a koszty zycia nie sa znowu takie wielkie, a w przeliczeniu na godzine pracy to nawet mniejsze) – jedynym problemem jest to... mowienie po dunsku. Co latwe nie jest ;) Autobusy z praca jezdza wiec nie tylko po Polsce, jezdza tez po Danii. Mozna dzieki temu zaczac sprzatac, pracowac w kuchni, albo... trafic do armii!!!

Z zabawnych rzeczy jakie przychodza mi do glowy:

  • 70% Dunczykow chce, zeby przyszly parlament byl bardziej lewicowy. W kraju, w ktorym rzadzi partia nazywajaca sie ”Lewica”.
  • Nie moge zajmowac sie tu moim hobby w zmienianie billboardow – tu w zasadzie nie ma billboardow!!!
  • Konserwatysci bardzo chcieliby obnizenia podatkow w Danii – do 50%
  • Kultura rowerowa powala na kolana. Nie zdawalismy sobie sprawy jak wiele jest sposobow na, chocby, bezpieczne przewozenia dzieci na rowerze.
  • Mam wrazenie, ze co druga ulica ma w nazwie slowo ”mose” tzn. Bagna. Mamy ulice czarnych bagien, zielonych bagien, doliny bagien itp.
  • Przyjechalismy tu, zglosilismy pobyt, dostalismy nasze numery CPR i... okazalo sie, ze mamy ubezpieczenie zdrowotne. Nie musimy niczego wykazywac, biegac, pilnowac, udowadniac. Jestesmy ubezpieczeni tu i do trzech miesiecy za granica :)
  • Dunczycy, tak jak Polacy, poslali wojska do Iraku i Afganistanu. Jedynym akceptowanym tu wyjasnieniem jest to, ze chciano pomoc ludziom w tych krajach. Trudne do wyjasnienia byloby polskie stanowisko – prowadzimy te wojne dla pieniedzy (ktorych nie dostalismy)
  • Mamy w domu sterte gazet, zadnej nie kupilismy. Jestesmy zalewani darmowymi gazetami (nie reklamami, gazetami). Dunczycy czytaja caly czas i wszedzie.
  • W Polsce slyszy sie czesto, ze w tych skandynawskich krajach jest tak ciezko, ze ludzie z nich uciekaja. Owszem, Dunskie panstwo nie moze doliczyc sie ok. 7200 swoich obywateli (w Szwecji – 28 000). Uciekli lub ukrywaja sie, bo nie chca splacac swoich kredytow studenckich!!
  • Czesc lata spedzilismy w kurzu, pod namiotami, dyskutujac z aktywistami m.in. o polityce UE, ONZ, WTO, Banku Swiatowego itp. Tu, na zajeciach o celach milenijnych w Afryce, jest temat o polityce Narodow Zjednoczonych – przychodzi koles z biura ONZ i sie tlumaczy.




Tyle sie najezdzilismy po Europie i w wielu miejscach goszczono nas naprawde wspaniale, tak ze teraz – pierwszy raz w naszym zyciu – mamy okazje troche ”pooddawac” tego dobrego, cosmy dostali. Zapraszamy wiec do naszego malego mieszkanka, najwiekszego jakie dotad mielismy (2 pokoje i kuchnia, i lazienka).

niedziela, 26 sierpnia 2007

Na pohybel hiszpańskim kierowcom i zeschłej ziemi, która ich nosi

Wyruszyliśmy więc z Ecotopii w czwartek. Nie zdecydowaliśmy się na wzięcie udziału w akcji niszczenia pola genetycznie modyfikowanej kukurydzy. Z pewnością byłoby ciekawie, ale to mogłoby nas na długo zatrzymać w Portugalii (jeśli lokalna policja zdecydowałaby się na coś więcej niż 'masaż' aktywistów). Pierwszego stopa złapaliśmy dość szybko - świetnie mówiąca po angielsku Portugalka z córkami zabrała nas prosto do centrum Lagos. Potem zaczęło się mozolne wydobywanie się na jakąś stację na autostradzie. Po wielu godzinach marszu i krótkich podjazdach wylądowaliśmy na stacji, gdzie rozmarzyliśmy się dość osobliwie. Zaczęło się jak zwykle od "Jeszcze nigdy...": jeszcze nigdy nie zatrzymał się ktoś, kto łączyłby w sobie obrzydliwe bogactwo z paskudną rozrzutnością, ktoś kto zabrałby nas bezpośrednio do Sewilli, gdzie zaoferowałby nocleg, po czym następnego dnia pokazał Granadę. Zaraz po tym powiedziałby, że w zasadzie jedzie do Paryża, gdzie moglibyśmy się u niego zatrzymać. W Paryżu mogłoby się okazać, że w zasadzie ma wolne mieszkanie w Kopenhadze, które mógłby nam odstąpić na czas naszego tam pobytu. Oczywiście wiązałoby się to z pewną niedogodnością - trzeba by opiekować się tam kotem, za powiedzmy 30 euro za godzinę (nie żeby to był jakiś tygrys, po prostu nasz kierowca orientuje się w cenach i nie chce psuć rynku) itd. Łatwo się zorientować, że czasu mieliśmy dość, a okazji tego wieczora jakoś niewiele. Ale wyobraźcie sobie, że nagle widzimy naszego kierowcę - uśmiechniętego pana wesoło machającego do nas ręką. Jednego tylko nie wzięliśmy po uwagę - człowiek tak rozrzutny podróżował Porsche, a ci którzy wiedzą jak to wygląda, domyślają się zapewne i tego, że w takim samochodzie zmieściłby się co najwyżej tylko nasz plecak. I szlag trafił taką fajną fuchę w Kopenhadze :(

Namiot rozbiliśmy na stacji, a rano pierwszy zapytany kierowca zabrał nas do uroczego Faro.



W Faro też było ciężko, ale teraz, z perspektywy czasu już wiemy, że nadużywaliśmy znaczenia tego słowa. Wręcz migiem (tzn. tego samego dnia) znaleźliśmy się na stacji, na granicy portugalsko-hiszpańskiej. Śmiesznie i strasznie było, gdy zaczęliśmy na własnej skórze odkrywać różnicę między kierowcami portugalskimi a hiszpańskimi. Portugalscy przyjaźni, życzliwi, komunikatywni, a na tej samej stacji hiszpańskie mruki, które zaczepione po angielsku nie były wstanie wydobyć z siebie żadnego (!) słowa w żadnym języku. Wiedzieliśmy już, że czeka nas droga przez kraj barbarzyńców. usiedliśmy w kawiarni napić się kawy, nagle zobaczyliśmy człowieka z dredami - rzucamy wszystko i idziemy za nim (ten musi przynajmniej wiedzieć co to stopowanie). Na stacji okazuje się, że takich jak on stoi tam pełen samochód. Śmiejemy się, że jak następnym razem zobaczymy człowieka z dijeridoo, to też rzucimy wszystko. Ze stacji zabiera nas holenderko-indonezyjka mieszkająca w Hiszpanii (doświadczona stopowiczka), która po uwolnieniu swojego chłopaka z portugalskiego aresztu (niesłusznie zatrzymany, mimo to pobity) wracała właśnie do Hiszpanii. Chłopak był muzykiem, oczywiście grającym na dijeridoo :) Wspaniały to był stop, prosto do Sewilli. Już sie pożegnaliśmy, a jeszcze wrócili po nas i zaproponowali wyjście do baru. Bar był jak garaż bardziej (z zewnątrz). W środku kilku podpitych starszych panów. Nagle zaczęli śpiewać. Nasz Portugalczyk zaproponował, że przyniesie gitarę z samochodu.



Zaczęły się prawdziwe popisy andaluzyjskiego falmenco - starsi panowie uczyli młodego poprawnie grać po andaluzyjsku. Pobyt w tym barze okazał się jednym z bardzo niewielu miłych chwil w Hiszpanii (nie licząc kraju Basków, który wspominamy miło). W Sewilli upał, ale od razu spotkaliśmy znajomego Czecha z Ecotopii, więc przez kilka godzin było nam wszystkim raźniej. Trochę pozwiedzaliśmy, ale ani do katedry (to zwykle takie muzea dla ubogich), ani do informacji turystycznej nie zdążyliśmy. Byliśmy w tak świetnych nastrojach, że postanowiliśmy starym sposobem zamknąć bagaże w szafce na dworcu i spędzić noc najciekawiej jak się da. Ostatecznie spaliśmy na ławeczce nad rzeką, ale niestety G bardzo źle sie poczuła. P zresztą też. Nadeszła ecotopijna biegunka ;(



Rano okazało się, że katedra sewilska nie jest typowym kościołem, bo wstęp jest płatny. Wydelegowaliśmy jedną osobę (obciążoną niższym kosztem), żeby zbadała konstrukcję od wewnątrz. G weszła do Babilonu za 2 euro razem z całymi chmarami uśmiechniętych płacących po 7,5 euro. P siedział przed wejściem, na ławeczce której nikt nie robił zdjęć, bo wszyscy fotografowali i kamerowali to, co strzeliste. P nie wyglądał chyba na żebraka, choć w zasadzie siedział w miejscu, które dawniej było ich miejscem. Niby ładny taki, ubrania kolorowe, ale... muchy wiedziały swoje :/ Przestałem się dziwić filmowanym, głodującym w Afryce - oni nigdy nie oganiają się od much, P też się nie chciało, żeby nie zwracać uwagi i na siebie i na ten osobliwy problem. Myślał sobie przy tym, że jak już G zapłaciła i weszła do jednej z podobno największych i najwspanialszych świątyń na świecie, to może mogłaby się tam pomodlić! Konkurencji praktycznie żadnej, bo o co mogą modlić się ludzie płacący po 7,5 euro za wejście? O lepszą pracę dla A, żonę/męża dla B, żeby C mniej czasu spędzał przed komputerem...? A G mogłaby się pomodlić na przykład o 100 tysięcy mniej biegunek w Darfurze, gdzie ta dolegliwość jest najczęstszą bezpośrednią przyczyną śmierci i może jeszcze o dwie mniej w Sewilli. Z resztą już sobie jakoś chyba poradzimy. Tylko nie do końca wiadomo czy katedra wypełniona złotem wydartym razem z milionami istnień w Ameryce jest właściwym miejscem wznoszenia jakichkolwiek modłów. To tak jakby współcześnie ozdabiać cokolwiek diamentami. Same w sobie jak i złoto, może i piękne, ale jakoś bardziej - przynajmniej diamenty - nadają się do ozdabiania obozów koncentracyjnych. No, dużo P miał czasu na rozmyślania pod tym kościołem :))


W zasadzie niewiele więcej zobaczyliśmy w Sewilli, bo trzeba było biegać od cienia do cienia. A na biegunkę pomogły tabletki :) W końcu wyszliśmy poza miastem stopować. Długi to był marsz w poszukiwaniu stacji benzynowych. Dla Hiszpanów każda wydaje się wielka, dla nas każda mała. Nikt tam się nie kwapił do zabrania nas dalej. A marzyliśmy o Granadzie. Po wielu godzinach, już wieczorem, P zupełnie opadł z sił. Za to G nabrała energii. Wyprowadziła nas z powrotem do centrum i wsiedliśmy w autobus do Cordoby - słyszeliśmy, że też piękna. Granada widać i tym razem nam nie pisana (w końcu to już drugie podejście pod to miasto). Skontaktowaliśmy się z człowiekiem z Hospitality Clubu, który powiedział, że wyjdzie po nas i pomoże nam w mieście, bo przyjedziemy w nocy. Tuż przed przybyciem do Cordoby przyszedł jednak sms, że nici ze spotkania. Na miejscu nikt nie mówił w zrozumiałym języku. Na to mamy jednak radę - trzeba iść do drogiego hotelu - tam zawsze mówią po angielsku, mają mapę i potrafią pomóc. G dowodziła i zaprowadziła nas na camping. Cieć nie chciał nas wpuścić, ale minęliśmy go. Rozbiliśmy namiot po całkowitemu ciemku. Ruszyliśmy pod prysznic. Trudno opisać jaką prysznic potrafi być ulgą w mieście, w którym o pierwszej w nocy jest wciąż powyżej 40 stopni gorąca. Niech wskazówką będzie, że P tak się zrelaksował, że aż się tam zrzygał. Kolejny dzień to upał, żar jakiego dotąd nie znaliśmy. Jedzenia minimalna ilość. Na ulicach żywej duszy. Poszliśmy szukać mieszkańców do jednego z niewielu czynnych tego dnia (niedziela) miejsc, czyli na cmentarz. Część mieszkańców Cordoby już tam była, ale sporo ich jeszcze brakowało. Przygotowaliśmy plan opuszczenia miasta. Wydawał się świetny. Zaczęliśmy jego realizację od wczesnych godzin porannych kolejnego dnia. W skrócie wyszło tak: oprócz jednego zboczeńca (pierwszy raz trafił się nam taki koleś - współczucie dla samotnie podróżujących dziewczyn!) i piętnastu kilometrów marszu w pełnym słońcu to nie wydarzyło się nic. Wieczorem wróciliśmy do centrum, spaliśmy na ławeczce w parku jak klasyczni bezdomni, cierpiąc chyba standardowe dla bezdomnych katusze jak budzenia przez debili krzyczących swoje 'Ola!'. Nasze organizmy w rozsypce zebrał rano i zaprosił na kawę, kierowca TIRa - Hiszpan, który kiedyś stopował i czekał 2 godziny (co było dla niego koszmarem). Niestety nie jechał w kierunku Madrytu.



Stopowaliśy tak długo jak się dało. Buty P rozsypały się po raz kolejny - szara taśma nie trzymała ich zbyt długo. W końcu zdecydowaliśmy się na jeszcze jeden wysiłek i pomaszerowaliśmy na dworzec autobusowy. Zmasakrowani podjechaliśmy do Bailen - miejscowości, gdzie wg naszych analiz, powinno być łatwiej złapać międzynarodowe TIRy, a przede wszystkim łatwiej dostać się na stację na autostradzie. Przemieszczanie się zawsze dodaje trochę otuchy, więc jak tylko wysiedliśmy z autobusu ruszyliśmy marszobiegiem z nadzieją... Jeden polski TIR nam się zamajaczył, ale tak poza tym sami Hiszpanie. Cholernicy mają jakiś postfaszystowski syndrom panicznego strachu przed policją, a zabranie stopowiczów uważają najwyraźniej za nielegalne. Dowiedzieliśmy się, są regiony, gdzie stopowanie w Hiszpanii jest szeroko praktykowane, więc ponad wszelką wątpliwość wielu z kierowców wiedziało co robimy na drodze. Przenocowaliśmy na jakiejś górce przy drodze z widokiem na Linares. W nocy rozszalał się wiatr i żeby zasnąć musieliśmy pozatykać sobie chusteczkami uszy. Rano po prostu szliśmy. Nawet nie stopowaliśmy, szliśmy. Nieoczekiwanie zatrzymał się były żołnierz, który (mówił po angielsku) swoje w Hiszpanii przeszedł, więc emanował zrozumieniem. Zawiózł nas na najlepszą możliwą stację, opowiedział o niej i o drodze, uprzedził obsługę o tym, co będziemy robić, popytał kierowców. usiedliśmy przed stacją z karteczkami i czekaliśmy. Chyba osiągnęliśmy jakiś niesamowity stan, w naszych wyobrażeniach podobny do tego co słyszeliśmy o jodze typu Vypassana (czy jakoś tak) - całkowita obojętność na ból. Nawet zaczęliśmy śpiewać weselsze piosenki (a nie 'Boże coś Polskę', 'Nie rzucim ziemi...' itp., którymi raczyła nas w Sewilli G). Po 8 godzinach... tak, chyba po 8 godzinach na zatłoczonej stacji przygarnęło nas dwóch Brytyjskich kierowców. Było ich dwóch, a mimo to zmieściliśmy się bez problemu. Byliśmy pierwszymi stopowiczami jakich wzięli od 11 lat. Dawno już nikogo nie spotkali w Hiszpanii. Przebyliśmy wspaniałą podróż aż do Burgos. Jazda z nimi była jedną z najprzyjemniejszych stopów ever :) W zasadzie to byli Walijczykami, a jeden z nich trochę... tłumaczył drugiego. Zanim nas wzięli przeprowadzili na nas test, który zdaliśmy - warunkiem było mówienie po angielsku ;)



W Burgos, na stacji, którą znaliśmy, znaleźliśmy polskiego kierowcę, który wprawdzie nie kwapił się chyba z początku do tego, by kogokolwiek zabierać, ale... Przespaliśmy się w namiocie i rano staliśmy przy jego samochodzie zanim ruszył. Nie opuściliśmy go przez 3 dni! Dojechaliśmy razem aż do samej granicy holendersko-niemieckiej. Pobawiliśmy się razem, podyskutowaliśmy, tłumaczył nam co się w Polsce działo, od kiedy wyjechaliśmy, bo nic z tego (polityka oczywiście) nie rozumieliśmy :))) To Giertych nie jest Ministrem?!! Z granicy zabrał nas konwój polski prosto do Polski. Pierwszy raz jechaliśmy kampingowym samochodem. Miło, wygodnie, ludzie sympatyczni, ale zmęczeni jak koty :)) i powolutku się jechało. Ale przejechaliśmy całe Niemcy. W Świecku poszli spać, a my od ok. 3 nad ranem próbowaliśmy dalej szczęścia do Poznania lub Wrocławia. Zabrał nas pogranicznik, ale ze wschodniej(!) granicy, który wdrożył nas w tajniki handlu samochodami i pracy służb mundurowych. Wylądowalismy ok. 6 rano na autostradzie w okolicach Poznania. Czekać na nikogo nam się nie chciało, więc ruszyliśmy do Poznania na piechotę. Nie wiedzieliśmy, że to tak daleko. Jakieś 7 km dalej zgarnęła nas służba drogowa (chodzenie po autostradzie jest zabronione) i uprzejmy pan podwiózł nas na przystanek autobusowy. Potem w końcu pociąg do Wrocławia. I jesteśmy.

W przyszłym roku Ecotopia jest w Turcji!
Hmmm.....