w drodze

w drodze

piątek, 5 września 2014

Krążąc, krocząc i karmiąc... z Matosinhos do Porto

Jeśli do tej pory pisaliśmy o tym, że daliśmy sobie w kość spacerami – nie wierzcie nam, to były ledwie przechadzki. W czwartek przebiliśmy wszystkie poprzednie dni łącznie, przeszliśmy co najmniej 15 kilometrów wzdłuż oceanu i rzeki Duoro.



Zaczęło się niewinnie, bo od huśtawek, a właściwie to placu zabaw, na którym było wszystko prócz huśtawek – czyli piaskownica, zjeżdżalnia, siłownia i dziwne obracalne słupki. Daliśmy dziecku trochę pobiegać, a następnie wsiedliśmy w metro i pojechaliśmy do miasteczka zwanego Matosinhos. Tam mieliśmy najpierw zobaczyć jakąś słynną świątynię, a potem posiedzieć trochę na plaży, czekając aż Jasiek obudzi się (bo spodziewaliśmy się, ze zaśnie w metrze), a następnie zabrać go do oceanarium (Sea Life), podobno najfajniejszej tutaj atrakcji dla dzieci. Taki był nasz plan, ale najmłodszy jego uczestnik inaczej to widział, ani myślał spać, za to pod koniec podróży wołał coraz intensywniej o mleko, co zmotywowało nas, żeby wysiąść stację wcześniej i posiedzieć trochę w kawiarni przy targu, racząc się rogalikami i kawą/kakao.

U góry wiatrak

Stamtąd ruszyliśmy do świątyni, która okazała się zamknięta, ale ogród wokół i cmentarz nam to wynagrodziły.



Wciąż zdziwieni, że J jeszcze nie śpi, ruszyliśmy w długą drogę na plażę, zdziwieni też weszliśmy na tę plażę, tam J w najlepsze pobawił się trochę na piasku, podczas gdy Mama P zbadała nabrzeże – nie było szczególnie interesujące ani przyjemne dla zmysłów (szczególnie węchu).

Dziki zachód





Ruszyliśmy więc w końcu promenadą w dół oceanu, dotarliśmy do oceanarium, J wciąż nie spał, więc wciągnęliśmy go tam i pokazaliśmy rybki. I teraz musimy niestety przyznać, że znów daliśmy się nabrać. Ogólnie jesteśmy przeciwnikami przetrzymywania zwierząt w klatkach i akwariach, w obcych im warunkach. A mimo to, nie wiedzieć czemu, motywowani jakąś chęcią pokazania dziecku świata (jakby go mało widział i bez tego), zabieramy je do oceanarium (był też w Gdyni) czy zoo (Gdańsk). Zawsze wcześniej słyszymy, że dużo się zmieniło i zwierzęta mają dobre warunki, a potem z pewnym niedowierzaniem i smutkiem zauważamy, że jednak nie – nawet jeśli mają kilka metrów dla siebie, to jest to nic w porównaniu z tym, ile potrzebują. Widok osowiałego rekina i płaszczki, leżących obok siebie bez ruchu i możliwości wypłynięcia na szeroką wodę jest bardzo smutny. Tak jak i gdańskich żyraf, chodzących w kółko w tę i we w tę. O oceanarium w Porto słyszeliśmy, że jest inne, że ryby nie są w akwariach, tylko w wielkim akwenie, który można zobaczyć z perspektywy tunelu. Coś jak w Goteborgu. No i fakt, że był tunel, ale akwen, który widzieliśmy był malutki - kilka metrów wokół tunelu z obu stron i z góry, a w środku rekin, żółw, płaszczka i wiele innych gatunków pływających wciąż w kółko. Co było natomiast fajne, to szkła powiększające w akwariach, dające wrażenie 3D. Był też tunel i plastikowe rolety w drzwiach, które najbardziej się J podobały, no i było karmienie rybek przez dzieci kawałkami innych ryb, ale tu J spasował i zaczął znów migać na mleko. Może też trochę zdenerwowała go pani prowadząca całą akcję karmienia, która bardzo długo gadała po portugalsku, zamiast przejść do rzeczy, a na sam koniec przemowy podeszła do Jasia, wyciągnęła mu smoczek z buzi i przystawiła mikrofon, licząc być może na jakiś bystry komentarz lub odpowiedź na jakieś pytanie. Chyba niewiele osób wierzy, że on naprawdę ma nieco ponad rok.

Wyszliśmy więc z pewną ulgą z oceanarium, napiwszy się jeszcze kawy i odpoczywając chwilę, podczas gdy J w końcu zasnął. Postanowiliśmy pójść dalej w dół oceanu i szliśmy ze dwie godziny aż do wybrzeża Douro, akurat tyle ile trwała drzemka malucha. W międzyczasie sprawdziliśmy też inny kawałek nabrzeża (było nieźle, a woda całkiem ciepła), a także zupę dnia w jednym z nadmorskich barów (nic więcej wegańskiego nie było).

Przy plaży - okazja?

Ten pustostan chcemy zająć
Gracze

Wynegocjowana zupa wegańska

Znajdź plażowiczów

Widoczek sentymentalny
Nacieranie glonami na drugim planie

Gdyby jeszcze przelatywał samolot, J byłby przeszczęśliwy

Palma i butelka


Gdy J znów do nas przytomnie dołączył, poszliśmy oglądać fontannę w parku... (słynny park, więc znów wyobrażaliśmy sobie nie wiem co...) i dalej spacerowaliśmy wzdłuż nabrzeża rzeki. 

Chude te kosmity

Ptaki
Spacer to może zresztą nie jest najlepsze słowo, bo jednocześnie nie chcieliśmy się bardzo spóźnić na spotkanie wieczorne związane z konferencją, w filharmonii. Szliśmy od tego parku w pośpiechu jeszcze jakieś 1,5 godziny (spóźniając się jakieś 45 minut na miejsce), momentami nawet podbiegając, czasem pod górkę, gdy odbiliśmy już od rzeki, więc wycisk był niezły.

Zdobywanie kolejnej górki z wózkiem 
W końcu trafiliśmy do „Domu muzyki”, tam trochę odpoczęliśmy, podjedliśmy, pogadaliśmy z długo niewidzianą znajomą i mocno się zdziwiliśmy, gdy po prawie godzinie pobytu nagle odsłoniły się kurtyny za szybą za nami i okazało się, że trwał tam cały czas koncert z jakąś ogromną orkiestrą, na który niestety nie trafiliśmy.

Ten moment, gdy ściana podnosi się i okazuje się, że ominął cię koncert 
Gdy wyszliśmy z filharmonii, mogliśmy do domu wracać metrem, ale na fali entuzjazmu związanego z tym, ile już kilometrów pokonaliśmy, a może także próbując spalić pochłonięte ciastka, doszliśmy do domu piechotą kolejnych kilka kilometrów, planując, że następny dzień spędzimy odpoczywając na trawie :) I tak tez zrobiliśmy, a przynajmniej ci z nas, którzy nie siedzieli wtedy na konferencji...

Zabawa

Miasto-wydmuszka


W tym jabłku można ujrzeć golonkę

Przerwa w obradach
Środa to był kolejny wycisk. Część dnia spędzona na uczelni, część na próbie znalezienia huśtawek (znalazła się piaskownica i niektórzy bardzo nie chcieli jej opuścić), a kolejna część na zwiedzaniu i to dość intensywnym. Mieliśmy przejść przez całą ul. Rua de Santa Catarina, podobno największy reprezentacyjny deptak handlowy, dlatego przeżyliśmy szok idąc wzdłuż czegoś takiego...

Same fasady, pustostany, rudery bez dachów...
czasami na parterze lub piętrze takich budynków jakaś działalność
mimo wszystko kwitnie


Tak sobie upadłe Detroit wyobrażamy


A tu coś jak gdyby dewocjonalia,
tyle że różnych kultów jednocześnie

Dopiero po kilkuset metrach ulica zamieniła się w deptak, pojawiły się nawet ciekawe sklepy, co zaowocowało zakupami. Potem wykafelkowany dworzec, ciekawa hala targowa i wspinaczka na katedrę o romańskim rodowodzie, stojącą na wzgórzu zamieszkałym już ze 3000 lat. Szukaliśmy tam w okolicach jakiejś kawiarni, chcąc godnie uczcić urodziny Mamy P, ale nigdzie niczego nie było... W końcu trafiliśmy na jakiś bar – rogaliki standardowe, ale soki przepyszne. Chwilę odpoczęliśmy i dalej na słynny most, najpierw na górną część (obowiązkowo setka zdjęć), aż doszliśmy do stacji, z której jechała kolejka linowa. Cóż było robić, wsiedliśmy, zjechaliśmy, walcząc z lękiem wysokości i w końcu na dole znaleźliśmy godną kawiarnię z fajnymi ciastkami :) W dodatku z telewizją muzyczną, więc J szalał, tańcząc na krześle. Wróciliśmy dołem mostu i Ribeirą aż do stacji San Bento, od której rozpoczęliśmy nasze zwiedzenie poprzedniego dnia
.
Nasza jubilatka została cyklopicą :**


Lęk wysokości

Celebrujemy



W budce telefonicznej

Tak na migi J pokazuje "balonik"

czwartek, 4 września 2014

Nogi w Porto


We wtorek ruszyliśmy na podbój pierwszej stolicy Portugalii.

Do zwiedzania Porto bardziej niż standardowa przydałaby się mapa hipsometryczna. Spodziewaliśmy się nierówności, mimo to ruszyliśmy wózkiem na spotkanie z tym miastem. Zaczęliśmy od szukania pieluszek, bo rano okazało się, że tak zoptymalizowaliśmy pakowanie, że zapomnieliśmy o nich. J nie odróżnia owoców od piłek, więc już w sklepie bardzo cieszył się z pomarańczy. Próbował nimi rzucać., ale obyło się bez strat.

Kiedy ruszyliśmy w kierunku uniwersytetu, okolica okazała się utkana z autostrad. Przedarliśmy się mimo wszystko na kampus. Na wydziale goszczącym konferencję spotkaliśmy więcej osób z wózkami, co było miłe. Sam budynek miał też liczne podjazdy, które umożliwiały zmianę pięter, bez konieczności używania wind. Po zalogowaniu się, rzuceniu tzw. okiem na ofertę wydawców i odwiedzeniu kampusowej kafeterii, ruszyliśmy w miasto.

Dawniej kafelki

Dziś graffiti
Kupowanie biletów w Porto nie należy do najłatwiejszych. System zbliżony jest do tego w Goteborgu w Szwecji, czyli doładowujemy kartę, a nie kupujemy kolejne karteczki. Zorientowaliśmy się zresztą, jak już trochę za dużo tych kart kupiliśmy... Na przystanku był na szczęście człowiek, który pomagał pasażerom zorientować się w sytuacji. W metrze jedna z pasażerek zdziwiła się widokiem J, ponieważ wydał jej się wierną kopią jej dziecka. Próbowała udowodnić to podobieństwo – jej zdaniem urzekające – pokazując zdjęcie swojego syna nam i współpasażerom. Wszystko jej się zgadzało oprócz wielkości dziecka, czego można się było spodziewać, bo już się nasłuchaliśmy, że nasz mały J podobno duży jest.
Nowy znak migowy - balonik, do opisywania kolejki linowej,
ludzie myślą, że J przesyła im buziaki :*

Powywieszane ubrania dają się czytać!
Dotarliśmy do nabrzeża. Niby fajnie, ale brak barierek spowodował taki skok naszej czujności, że w połączeniu z żarem z nieba, odebrało nam to siły potrzebne do przemieszczania się. Wylądowaliśmy w kawiarni, w której kelnerzy próbowali trochę namolnie zaprzyjaźnić się z J, co regularnie przynosiło odwrotne skutki. Włóczyliśmy się po centrum bez wielkiego planu, ot tak, żeby poczuć skalę miasta i jego atmosferę. Nachylenie ulic okazało się nie lada wyzwaniem, któremu dawaliśmy radę, bo była w nas moc pionierów.

Katedra, most, dachy...



Kontakt ze sztuką

Słaniając się, dotarliśmy, po przejściach, do muzeum fotografii. Gdy weszliśmy do sali dla dzieci, to nie byliśmy w stanie jej opuścić. Sala była wyposażona minimalistycznie, co dawało kuriozalny efekt w połączeniu z jej wielkością, a przy okazji tworzyło niezłe echo. No i były kraty w oknach, co doskonale oddawało ducha tego miejsca – kiedyś więzienia. W innych salach oglądaliśmy zdjęcia dawnych więźniów oraz akty osób prostytuujących się. Innych pięter, poza tym wyposażonym w salę dla dzieci, nie zwiedzaliśmy, bo i wind nie było.

Spostrzec kota - dobrze, dojrzeć motyla - lepiej 

Nie, nie zsunęliśmy stołów


Gdy nabraliśmy sił (banany + czekolada), to wywlekliśmy się z budynku i ruszyliśmy na plac zabaw do pobliskiego parku. A stamtąd spokojnie w kierunku domu, co zajęło nam kolejnych kilka godzin. Można powiedzieć, że czujemy teraz to miasto bardziej niż cokolwiek innego. Zwłaszcza nóg nie czujemy.

środa, 3 września 2014

Lot do Porto

No i jedziemy na kolejną wycieczkę, tym razem niektórzy z nas konferencyjnie, inni towarzysko i podróżniczo. Lecimy do Porto, tam jeszcze nas nie było...

 

Na poniedziałkowy lot przygotowywaliśmy Jaśka od rana, pokazując samoloty i lotniska w książeczkach i słowniku obrazkowym, nie wiedząc, ile pamięta z poprzednich wojaży. Wydawał się zaciekawiony tym pomysłem, pokazywał z zacięciem znak samolotu (lecimy ręką z wyciągniętym palcem i robimy Wwwwwwwwwwwwww!). Zwątpił tylko, gdy powiedzieliśmy, że schodzimy do taksówki, wyciagnął w pośpiechu książeczkę na temat pociągów i pokazywał je, chyba przypomniało mu się, że ostatni raz taksówką jechaliśmy właśnie na dworzec. Zdarzało mu się dostawać spazmów w foteliku samochodowym, ale w taksówce jedzie na kolanach i całkiem mu się tym razem podobało, zwłaszcza muzyka, ale i różne obrazy za oknem. Na lotnisku z kolei rozbiegał się na całego, bo w końcu taaaaka przestrzeń... I nawet plac zabaw dla dzieci jest. A nie wszędzie są.

W Gdańsku na lotnisku oddajemy wózek od razu, wiedząc, że inaczej tarabanilibyśmy się z nim po schodach po odprawie, a w drodze do samolotu. Zresztą obserwujemy umęczonych tym innych rodziców. W Gdańsku jest taka dziwna procedura, że najpierw przepuszczają ludzi przez bramkę, a potem tłoczą ich na schodach. Mija sporo czasu na tych schodach, zanim w końcu otworzą się drzwi i można będzie ruszyć do samolotu. My korzystamy z priorytetowego wejścia, bo z dzieckiem do 2 lat nam się należy, ale nie pędzimy za daleko, tylko do okna, żeby tam pokazując dziecku pracę lotniska zabić czas oczekiwania.

W samolocie siedzenie przy oknie dobrze izoluje od chaosu korytarza, gdy każdy pasażer próbuje coś w tłoku osiągnąć. J szczęśliwie i szybko zasypia. Budzi się, gdy zbliżamy się do Paryża. Obyło się bez opóźnień. Stresowała nas ta przesiadka, bo wystarczy opóźnienie pierwszego przewoźnika i plan dotarcia do Porto ległby w gruzach. A to oznaczałoby wykupienie kolejnego lotu, przejazd do Paryża i znalezienie tam noclegu na co najmniej jedną noc oraz komplikacje z noclegami w Porto. Próbowaliśmy się ubezpieczyć od takiej ewentualności (wystarczy mgła w Gdańsku, o którą nietrudno), ale nie jest łatwo dobrze ubezpieczyć się od takiej ewentualości. Zwłaszcza kilka godzin przed odlotem. Najkorzystaniejsze ubezpieczenie się oznaczałoby wyrobienie sobie specjalnej karty kredytowej i opłacenie nią podróży. Postanowiliśmy więc po prostu otworzyć się psychicznie i finansowo na możliwość wystąpienia nieprzewidywalnych zdarzeń. Otwarcie psychiczne było dużo łatwiejsze.

"Tylko spróbuj mnie stąd nie zabrać"

Na lotnisku w tzw. Paryżu mieliśmy sporo czasu. Zresztą byliśmy dokładnie w tym samym miejscu kilka lat temu, więc czuliśmy się swobodnie. Z przechodzeniem przez procedury bezpieczeństwa jak zwykle cyrki były. P wszystkie rzeczy z kieszeni miał w bagażu podręcznym – jest szybciej, gdy do zdjęcia jest tylko pasek. Niestety zażyczyli też sobie zdjęcia chusty i wyjęcia z niej dziecka. Strażnik pyta się czy dziecko może chodzić. Odpowiadamy, że może nawet biegać, dlatego je trzymamy. Potem sobie zażyczył, żeby J przeszedł sam, bez mamy przez bramkę! Zrobił to, ale wypuszczenie ręki mamy w sytuacji stresowej, puszczenie jej przodem przez bramkę, odczekanie i dołączenie do niej skończyło się natychmiastowym płaczem i żądaniem mleka. Dobrze, że przynajmniej nie piszczał w bramce. P w tym czasie niezadowolony rozplątywał się z chusty. A tego dnia miał nowe wiązanie i dopiero co udało mu się przekonać J, że może być fajnie siedzieć u taty na biodrze. Przez kilka poprzednich dni P próbował przekonać J, że siedzenie w chuście na plecach może być fajne, lecz kończyły się te próby fiaskiem.
Przybytek ufundowany na długo zanim powstało lotnisko ;)

Lot Ryanairem był dużo bardziej uciążliwy, choć w samolocie było dużo wolnych miejsc. Powietrze było jakoś tak dziwnie suche, że aż piekły oczy i – może już także ze zmęczenia – byliśmy ogólnie rozdrażnieni. Na szczęście mieliśmy odpowiednie książki dla J (takie z samolotami i chmurami, dzięki którym łatwiej nam było opowiadać o tym, co widzi przez okno), sowę oraz dwa smoki, a także własne picie i jedzenie (Ileż to nielegalnych rzeczy można wnieść na pokład dzięki dziecku?!). Żonglowaliśmy tym wszystkim, żeby wykrzesać z przelotu jak najmniej iskier, które mogłyby doprowadzić J do szału. Byłoby to niezwykle rzadkie wydarzenie, ale mimo wszystko jakoś bardziej prawdopodobne w samolocie niż na ziemi, zwłaszcza że sami też mieliśmy już dość. Na koniec loty wszystkim nam zaszumiało w uszach, J zniósł to najgorzej, ale też szczęśliwie nie trwało to długo.

Chusta gotowa, lecz J na rękach

Z lotniska wzięliśmy taksówkę do mieszkania. Spodziewaliśmy się zapłacić miedzy 18 a 20 euro, ale ponieważ kierowca cały czas poruszał się autostradami, to w pewnym momencie zwątpiliśmy w to, czy dobrze postąpiliśmy. Skończyło się dość zabawnie, bo kierowca... zgubił się. Ale gdy się zorientował, że czeka go sporo kluczenia po uliczkach, ponieważ według swojego GPSa dojechał, lecz miejsce nie zgadzało się, to... zawiesił licznik i powiedział, że dalej jedzie za darmo. I teraz uwaga! – dalej to G poprowadziła go krętymi uliczkami. Używając darmowej mapy z lotniska odnalazła nas i miejsce docelowe i pilotowała kierowcę zza jego pleców i z dzieckiem na kolanach. A dziecko to potrafiło tego dnia otworzyć drzwi w obu jadących taksówkach. Taksówkarzowi oczywiście zostawiliśmy napiwek – to za stworzenie okazji dla G do popisania się swoimi super-mocami, o których potem można na blogu pisać.

Odnaleźliśmy mieszkanie, tam J w mgnieniu oka obiegł wszystkie pomieszczenia i balkon, odnalazł wielką szczotę i mopa, więc do późnego wieczora rozrywka była zapewniona.
Widok z okna

czwartek, 28 sierpnia 2014

Limeryki podróżne, czyli kompresja wspomnień

Pewnego dnia G usłyszała o konkursie na limeryki podróżne. Niby nie była zainteresowana, ale zajmując się tego dnia sama dzieckiem - w głowie sobie ułożyła najpierw jeden, a potem - ku własnemu zdziwieniu - dwa pozostałe. Całość robi wrażenie (na P), że w tak niewielu słowach udało się skompresować całą masę doświadczeń. To pewnie ułatwi ich zapamiętywanie. A żeby cieszyć się swoimi dawnymi podróżami, trzeba je pamiętać. Nie wydaje się to problemem do czasu aż nagle orientujecie się, że owszem byliście kiedyś na przykład w Rumunii, chyba nawet częściowo stopem, ale o co chodziło, jak to się zaczęło i jak skończyło? A my i tak mamy dobrze, bo co jedno z nas zapomni, to drugie uzupełni...


1.
Pewna para w poślubnym ferworze
Chciała w końcu opuścić Pomorze.
Od Werony po Oslo
Natrudziła się ostro,
By pociągiem móc jechać przez morze.



Poślubnie przez Szwajcarię, rok 2012


2.
Gdy kilkoro podróżnych z Trójmiasta
Chciało dobrze poznać włoskie miasta,
Od Florencji po Alpy
Każden był wszak uparty)
Plan musieli wykonać i basta!



Florencja zimą 2014


3.
Raz pięcioro dorosłych z bobasem
Wyruszyło do Rzymu Airbusem,
By pokazać świat dziecku
I Watykan po świecku,
A on spał wciąż w najlepsze tymczasem.



Okolice Watykanu, wrzesień 2013

sobota, 23 sierpnia 2014

Tam i z powrotem, czyli o bojach kolejowych

Gdyby nie PKP, to nie wiedzielibyśmy chyba, o czym pisać. Wydaje się, że przejazd z Gdańska do Wrocławia i z powrotem nie powinien być podróżniczo ekscytujący. A jednak....

Nie mogąc zdecydować z wyprzedzeniem o terminie wyjazdu, kupowaliśmy bilet do Wrocławia dzień przed odjazdem. Nie było trzech miejsc obok siebie, P kupił więc z przedziale dla osoby (domyślnie: matki) z dzieckiem. Kupował w kasie, bo rodzinnych biletów ani „zerówek” dla dziecka nie da się kupić przez internet. Takie przy tym kupowaniu było zamieszanie, że nie zauważył, że nie kupił biletu dla siebie. Zrozumiał swój błąd dopiero w nocy. Podał koło którego miejsca chce siedzieć i skutecznie dosiadł się do przedziału dla matki z dzieckiem, co przy kasach (tak, kupował w dwóch) nie było możliwe. Swoją drogą, strasznie dziwny ten przepis (niby chodzi o intymność przy karmieniu piersią, ale i tak do przedziału ciągle dosiadają się ludzie bez miejscówek, bo tylko tam jest miejsce), a i jego wprowadzanie w życie bywa kuriozalne – raz np. miejsce dla dziecka sprzedano nam w innym przedziale, a dla nas w innym, czyli Jasiek miał jechać sam...

Poranny ekspres do Berlina z przesiadką do pospiesznego w Poznaniu: Mimo bagażu i wózka z dzieckiem przesiadki same w sobie są OK. Dzięki nim czas podróży szybciej mija. Wstaliśmy przed budzikami, wszystko ogarnęliśmy. W drodze na dworzec uświadomiliśmy sobie, że nie mamy Jaśkowej piłeczki i że poprzedniego dnia mogła zostać na jednym z trawników na kampusie. Nadkładamy drogi, P biegnie po piłeczkę, ale i tak dojeżdżamy na dworzec w Oliwie przed czasem. Winda do tunelu dworcowego, na którą liczyliśmy – zepsuta. Niesiemy się po schodach. Winda na peron dla pociągów dalekobieżnych na szczęście działa. Ludzi coraz więcej. Czekamy. Nagle na peron dla SKM-ek (Szybka Kolej Miejska) podjeżdża pociąg, który „mógłby być nasz”. Spojrzenia na pociąg, spojrzenia na siebie. Potwierdzenia podróżnych czekających na zupełnie inny pociąg. Biegniemy do windy. Zjeżdżamy powoli do tunelu. Mamy tylko nadzieję, że winda na peron SKM-kowy działa. Działa. Pociąg teoretycznie stoi tylko minutę. G zatrzymuje pociąg, P biegnie z wózkiem, torbą na kółkach i pod plecakiem. Udało się! Nawet do naszego wagonu dobiegliśmy, a nie do byle najbliższego. Jedziemy. Po drodze, już za Gdańskiem, pociąg nabiera opóźnienia. Sprawdzamy wielkość opóźnienia na stronie. Jesteśmy zadowoleni z siebie, że nie daliśmy się nabrać na sugestie wyszukiwarki połączeń i na przesiadkę w Poznaniu mamy 15 minut, a nie sugerowane 4. Wybraliśmy późniejsze połączenie, bo jesteśmy doświadczeni, przewidujący i w ogóle. A że rozumiemy system, to poprosiliśmy konduktora, żeby ten nasz pociąg do Wrocławia czekał na nas w Poznaniu. Nawet dwoje konduktorów poprosiliśmy, tak w razie czego. I jeszcze przez głośnik usłyszeliśmy, na którym peronie pociąg będzie czekał.



Wysiedliśmy. Biegiem do windy. Biegiem w tunelu na właściwy peron. Brak windy, więc wszystko w tzw. zęby i po schodach. Wynurzamy się zmachani z czeluści i widzimy nasz odjeżdżający pociąg. Dajemy upust emocjom. Niech się dziecko uczy, jak szybko werbalnie rozładowywać napięcie. Nie byliśmy jedynymi, którzy nie zdążyli na rzekomo czekający pociąg, więc nie trzeba czepiać się naszej techniki biegowej z wózkiem torbą na kółkach i pod plecakami. Pewnie interesuje Was, co my tak wozimy tędy i z powrotem przez cały kraj. Ano piłeczkę dla Jaśka, książki dla niego, książki dla siebie (to rzeczywiście głupi pomysł był, ale wiedzieliśmy o tym i mimo to wzięliśmy je, bo jak się nie ma ze sobą książek, to można nie trafić do łóżka), jedzenie (dość dużo), średnio podstawowe ubrania, podstawowe kosmetyki, dwa laptopy z kablami, aparat i kamera z kablami, plus jakieś kable.



Z Poznania do Wrocławia jeżdżą też regionalne, więc po scysji w kasie (gdzie kasjerka kazała nam iść do serwisu jakiegoś i wsiąść dopiero za 3 godziny), po której G zapowiedziała, że dalej jedziemy bez biletów (po czym P poszedł kupić te brakujące bilety), wsiedliśmy do takiej jak gdyby SKM-ki, do części jak gdyby dla osób z dużym bagażem. Wyszło nieźle, bo miejsca było tam tyle, że z Jaśkiem w piłkę graliśmy. Czyli przydała się, a nie byłoby jej, gdyby nie poranny bieg.


We Wrocławiu na dworcu złożyliśmy skargę. Chcemy zwrotu kosztów i zadośćuczynienia. Na decyzję możemy czekać 30 dni. 

Potem kilka dni w gronie rodzinnym, podczas których trochę obawialiśmy się, że przez cały pobyt w mieście nie wyjdziemy do rynku, bo najważniejsze udogodnienia mieliśmy wszędzie, tylko nie w centrum. Te najważniejsze, to oczywiście huśtawki (i-a, i-a, i-a). W końcu wybraliśmy się i Jasiek miał mnóstwo przeżyć związanych z łapaniem baniek mydlanych.



W międzyczasie było wesele przyjaciela w okolicach Oławy, czyli nasz główny powód przyjazdu – było fajnie, ale okazuje się że o 22:00 już nie tylko Jasiek śpi, ale i my nie nadajemy się do zabawy... Jako niezmotoryzowani w miejscu nieskomunikowanym zdecydowaliśmy się na taksówkę, co wprawdzie nie było tanie, ale w takich wypadkach zwykle pocieszamy się, że koszty taksówek są i tak niewielkie w porównaniu do całorocznego utrzymania samochodu. Swoją drogą, jeśli kierowca taksówki mówi, że jedzie bardzo ostrożnie, bo z dzieckiem na pokładzie, a jednocześnie dochodzi do 100 km/h w mieście i przejeżdża skrzyżowanie na czerwonym świetle, to zastanawia się człowiek, jak to by było jechać z nim choćby normalnie.



A teraz powrót...



Było dość egzotycznie. Zaczęło się przyjemnie, bo od „Historii Finlandii”. Okazało się, że na Dworcu Głównym kwitnie inicjatywa związana z wolnym obrotem książkami, czyli bookcrossing. Jak gdybyśmy mało książek w plecakach, w torbie i w wózku mieli. Wzięliśmy „Historię...” i co? I kisimy, czyli przez pewien czas nie oddamy ;)! Pociąg był podstawiany więc na absolutnym luzie zajęliśmy miejsca przy oknie. Pani kasjerka sprzedała nam tym razem po pewnych wahaniach i na "nasze ryzyko" bilety w przedziale dla "matki z dzieckiem". Eksperymentowaliśmy już wcześniej z rezerwowaniem trzech miejsc w rzędzie, żeby J mógł się między nami wyspać, ale lepiej jest jednak mieć miejsca naprzeciwko siebie, bo wtedy daje się rozłożyć wózek i przeszkadza on nam, a nie osobom postronnym. Łatwiej też rzuca się piłką, gdy siedzimy naprzeciwko siebie. Pociąg był tym razem bezpośredni, więc skazani byliśmy na dłuższe przebywanie w tym samym towarzystwie. W przedziale mieliśmy starszą panią z modlitewnikiem i panią w średnim wieku, ot 50+, która mówiła. Najpierw udzielała nam porad dotyczących żywienia naszego dziecka. Dziwacznie było słyszeć z jej ust kategoryczne stwierdzenia typu „Nie, nie jest głodny”, jak gdybyśmy nie rozumieli „migania” naszego dziecka. Przestrzegała nas też przed cynamonem. Trudno jest otworzyć się na jakąkolwiek wiedzę, zwłaszcza w postaci rad, gdy przeplatane bywają z bzdurami. Ale kwestię możliwej szkodliwości cynamonu prześledziliśmy w sieci na wszelki wypadek. Zdarza nam się przecież zasypywać nim potrawy. Ze wstępnego rozpoznania wynikało, że są różne rodzaje cynamonu,w zależności od kraju pochodzenia. Podobno najlepszy jest ten pochodzący z Cejlonu. Szkodliwe może okazać się przedawkowywanie tego pochodzącego z Chin. Ten sklepowy to – w jednym przypadku, który sprawdziliśmy – mieszanka obu rodzajów, ale wiemy już, żeby nie przesadzać. 



Towarzyszka podróży mówiła coraz więcej. Bodajże w Poznaniu prośba niesłyszącego o pieniądze odpaliła w niej petardy ksenofobicznej nienawiści. P myślał, że uda się te wymiociny myśli jakoś przeczekać, ale gdy już-nie-towarzyszka doszła do krytyki międzynarodowej pomocy (podczas gdy w Polsce ludzie „umierają z głodu”!), to stało się jasne, że G ruszy do boju. W końcu pomoc humanitarna to dla nas ważna sprawa.

Ale jak się zabrać do takiej rozmowy? Stawką jest m.in. jakość dalszej podróży. Ale również stawką jest rozsiewanie nienawiści przez spotkaną osobę, bo mamy szansę powstrzymać tę reprodukcję zła. Jak bardzo było źle, może najlepiej oddawało odgrażanie się rozmówczyni, że napisze książkę o tym jak nienawidzi obcokrajowców. A – uwaga! – w jej oglądzie stanowili oni 80 proc. społeczeństwa. Interesujący był skład narodów wyklętych. Wyłączeni zostali z niego Romowie i Żydzi, bo „w końcu mieszają u nas już długo”. Za to wszelkie badania i statystyki były dla owej pani nieważne, bo w końcu obcokrajowiec może się podawać za Polaka.



G zabrała się za tę niewdzięczną robotę nawracania po sokratejsku, czyli zadając pytania i konfrontując rozmówczynię z wewnętrznymi sprzecznościami w jej światopoglądzie, czyli z myślą chrześcijańską. Do takiej strategii trzeba mieć cierpliwość, bo Sokrates mógł pozwolić sobie na długawy monolog, a taka spontaniczna rozmowa bez wina, to krótkie „strzały”. Z kolei P raczej skłonny był do siania absurdu, żeby od razu podważyć całość światopoglądu, zamiast stawiać rozmówcę przed dylematami, więc próbował odezwać się tylko ze 2 razy. Zresztą jego strategia doprowadziłaby raczej do niezłej wojny. Natomiast G pacyfikowała, dopóki starczało jej cierpliwości. W końcu jednak pomogła sobie starszą panią i razem roztoczyły obraz wspaniałości takich krajów jak Serbia, gdzie według podróżującej wyłącznie po Polsce uciążliwej pasażerki ludzie są obłudnymi przestępcami. Starsza pani na szczęście okazała się podróżniczką – życzliwą i otwartą na innych ludzi, co uczyniło sytuację w przedziale dużo bardziej znośną.



Nie przyznawaliśmy się do tego, że zawodowo badamy kwestie związane z migracjami. Po jakimś czasie pani uciążliwa wyciszyła się. Zdaniem P po prostu uznała nas za kolejnych udających Polaków obcokrajowców. Nie tylko ze względu na to, co mówimy. Istnieje pewna konwencja zachowania się, która ułatwia ksenofobom takie zakwalifikowanie rozmówców. Jest nią unikanie kontaktu wzrokowego z człowiekiem, do którego czujemy niechęć. Unikamy, bo nie chcemy się uśmiechać, nie chcemy wrócić do konwencji „small talk”, czyli jak gdyby nigdy nic nie wydarzyło się. Ale z perspektywy ksenofobicznej taki unik może zostać zrozumiany jako ukrywanie czegoś – w końcu oczy zwierciadłem... No, a co można ukrywać przed osobą, która wietrzy w Polsce asymilacyjny spisek serbsko-armeńsko-ukraiński? Ten spisek jest według niej też powodem, dla którego Polacy mają złą opinie na Zachodzie – po prostu bandy obcokrajowców przebranych za Polaków psują nam opinię. Ot i świat stał się prostszy. Szczęśliwie pani jechała tylko do Bydgoszczy, a kolejni pasażerowie byli już dużo mniej nachalni. Jeden nawet pozwolił Jaśkowi pobawić się swoją brazylijską piłką, dzięki czemu ostatnia godzina w pociągu minęła nad wyraz przyjemnie.