Na przedostatni nasz dzień zwiedzania
zaplanowaliśmy muzeum sztuki współczesnej, które P wypatrzył
jeszcze w Gdańsku czy Ustce jako jedno z najfajniejszych miejsc dla
dzieci. Trochę zwątpiliśmy już wysiadłszy z metra, gdy
przypomniało nam się, że darmowe bilety są w niedzielę, a w
sobotę za to są gdzieś indziej. W końcu zdecydowaliśmy się nie
zmieniać planów, zwłaszcza że od rana raz lało, raz popadywało
i muzeum wydawało się dobrym pomysłem na taki dzień.
Nie bardzo wiedzieliśmy, jak dojechać
tam autobusem, więc postanowiliśmy pojechać jak najdalej metrem, a
potem uciąć sobie spacer. Zwłaszcza, że mogliśmy przy nim
zahaczyć o największy i najstarszy chyba cmentarz (coś
przeczytaliśmy, że dopiero od XIX w. chowano tu ludzi na
cmentarzach, gdy zabroniono pogrzebów w kościołach). Podobno zwiedzanie cmentarzy klasyfikuje się jako rodzaj czarnej lub mrocznej turystyki, do której zalicza się także zwiedzanie miejsc aktualnych konfliktów zbrojnych. Ale my na cmentarzach szukamy historii miejsca, wytworów tradycji w tym ważnym dla ludzi momencie, a trafiamy często i na sztukę. Cmentarz
rzeczywiście był ciekawy, głównie składający się z grobowców
rodzinnych, niektórych ledwo trzymających się w pionie od nadmiaru
wilgoci, innych zamieszkałych przez koty.
 |
Grobowce małe i duże
|
 |
Las krzyży |
 |
Kot |
 |
Uszkodzone drzwi interesującego grobowca odsłaniają trumnę |
Potem zachciało nam się zobaczyć okoliczną synagogę – podobno największą na półwyspie iberyjskim. Na mapie była tak wielka, że nie mogliśmy poprawnie zlokalizować ulicy. Przypadkowo trafiliśmy na paradę jakichś tradycyjnie ubranych ludzi (może ślub?), którzy autobusem nawiedzili mały kościół, pierwotnie wzięty przez nas za synagogę. W obliczu nawracającego (?) deszczu i dalekiej drogi do muzeum, zrezygnowaliśmy z szukania świątyni i ruszyliśmy dalej.
 |
Australijski aktor grający wikinga,
reklamujący coś na tle tęczy w Portugalii |
Następnym przystankiem było muzeum
sztuki współczesnej. Cieszyliśmy się, że udało nam się w nim
schronić, bo zaraz po tym, jak tam dotarliśmy, porządnie się
rozpadało. Ceny biletów wejściowych miło nas zaskoczyły, bo po
skumulowaniu wszystkich możliwych zniżek, zapłaciliśmy wspólnie
tylko 4 euro. Spodziewaliśmy się zapłacić duuużo więcej. Dzień
wolny od opłat miał być przecież w niedzielę, ale nie zawsze
kolejność zwiedzania udaje się ułożyć idealnie.
W muzeum J obudził się, gdy tylko G
uruchomiła instalację „Sonic rotating geometrics”. I w zasadzie
nie musielibyśmy nigdzie więcej chodzić. Ogromne grzechotki
zafascynowały J na tyle, że w innych salach buntował się, żądając
powrotu. A wśród wystawianych artystów stosunkowo wielu było z
Polski, m.in. Wilhelm Sasnal.
 |
Obracające się dzwoneczki |
 |
po lewej balon, a po prawej kawałeczek Sasnala |
 |
ok, inne rzeczy też są fajne, ale wracajmy do dzwoneczków |
 |
bunt, czyli dalej nie idę, wracajmy do dzwoneczków |
Wystawa prac Marwana – pochodzącego
z Damaszku i wykształconego w Berlinie malarza przyciągała i
odpychała zarazem. Interesująco pękały u niego twarze, jak gdyby
próbował wejść pod maski, lecz wszystko co wydobywał spod nich
okazywało się jakoś potworne. A przynajmniej bezkształtne.
Korespondowały z jego malarstwem prace poświęcone kelnerom, bo
oni, choć – na ogół – anonimowi, zostali pokazani jako
bohaterowie filmów szpiegowskich. Cóż...
Najciekawsza była chyba jednak
instalacja inspirowana nie-wydarzeniem. Mianowicie w którymś tam
roku, podczas którejś tam z wojen na tzw. Bliskim Wschodzie, jeden
izraelski żołnierz odmówił zbombardowania szkoły i zrzucił do
morza bomby, którymi obładowano jego samolot. Bohaterstwo jakich
zawsze za mało. Problem jednak w tym, jak reprezentować takie ważne
nie-wydarzenia. Nic się przecież nie stało. Tradycyjne media są w
takich przypadkach bezradne. Nie ma żadnych krwawych obrazków.
Sztuką jest w tym wypadku opowiedzenie historii przetrwania szkoły.
Jest, a mogło jej nie być. Udało się to artyście całkiem
nieźle.
Niektórzy całe życie mierzą się z tym problemem – jak opowiedzieć o swoim, pozbawionym wydarzeń, życiu? My też przeżywamy ten dramat jakoś, nie tylko w mniejszej skali. Oto wyszliśmy z domu rano i wróciliśmy wieczorem. Teraz mamy łatwo, bo jesteśmy w nietypowym dla nas miejscu i nawet jakieś wydarzenia się dzieją. Używamy też gadżetów tj. robienie zdjęć, filmów i map, żeby jakoś nadać sens temu, że był sobie taki oto dzień, podczas którego świat się nie zawalił i byliśmy zwyczajnie szczęśliwi... Ale w Gdańsku już tego nie opisujemy...
 |
J na tle polskiej pracy inspirowanej zagładą |
 |
W sklepie, poza sklepem, ze sklepu... |
Potem był spacer po ogrodach muzeum.
Rośliny – niby zwykłe, ale trochę inne niż u nas, no i
zwierzęta – też zwyczajne, ale jakoś wcześniej J nie miał
okazji widzieć krowy, owcy czy koguta na żywo. Wszystko przeplatane
nieliczną sztuką tradycyjną, czyli rzeźbami. Urządziliśmy sobie
seans wąchania w ogródku z ziołami, a pod pergolą z winogronami J
krzyczał ciągle „am!” i się zajadał.
 |
Wąchanie taty |
 |
Winogrona? |
 |
Takeśmy wąchali |
 |
Malinowski była kobietą? |
 |
Pokazywanie koguta |
 |
Na badmintona nigdy nie jest za wcześnie |

Pod wieczór przyszło nam stamtąd wracać. Najpierw udaliśmy się na drobne zakupy, a potem w kierunku rzeki, żeby unikając wzniesień dotrzeć do stacji metra. Sporo czasu nas kosztowało to unikanie wzniesień. Ale w drodze mieliśmy ciekawe widoki. Obserwowaliśmy opustoszałe częściowo nabrzeże, noszące ślady dawnych marzeń o świetności. Opuszczone statki, na których może kiedyś były restauracje, opuszczony hotel, chyba nawet nieotwarty, a już na sprzedaż. No i mieszkania w starych kamieniczkach, wielkości niewiele większej niż namiot (no chyba że budują je wgłąb...), zapadnięte, obdrapane. Mężczyźni wędkujący wzdłuż całego nabrzeża – czasem jeden pilnujący kilku wędek. I festiwal wina, pewnie kiedyś byśmy poszli, ale teraz mamy inne przyjemności. W sumie widoki dziwne, smutne – jak piszą Asia i Edi Pyrek, w książce, którą mamy tu ze sobą – Porto jest jak stara kobieta, słabo umalowana. Tu i ówdzie pokazuje bezzębny uśmiech, dawno zrezygnowała już ze wstawiania implantów. Dziwnie się patrzy na tę starość, gdy samemu jest się młodym, ale z drugiej strony, trochę jej nie żal, w końcu nachapała się w życiu kosztem innych, budowała bogactwo na handlu ludźmi, kością słoniową, na kolonializmie, opresji Żydów i na koniec na sprzedaży trunków, trochę jak umierająca burdel-mama, chwalona jeszcze za dawną piękność zatwierdzoną nawet przez UNESCO, ale już coraz rzadziej odwiedzana...




1 komentarz:
Super!
To już mamy plan co w Porto:)
Prześlij komentarz