w drodze

w drodze

piątek, 19 października 2007

Jesien na Zelandii

Teraz mieszkamy w Danii, 30 km na polnoc od Kopenhagi – w niewielkiej miejscowosci Allerød. Studiujemy w stolicy, a ze z pieniedzmi krucho, wiec jexdzimy tam na rowerach (2h w jedna strone). W ten sposob przekonalismy sie, ze ten kraj wcale nie jest plaski. Nie wiemy tylko czy to pod co podjezdzamy to gory, czy tez moze, po prostu, wyjezdzamy z jakiegos dolu.

Niedawno zdalismy sobie sprawe, ze mieszkamy na wyspie. W ktora by strone nie jechac, wszedzie morze. A nad morzem przepiekne miasteczka – ciche, malutkie, a kazdy dom inny. Zepsul nam sie aparat, wiec nie bedzie zdjec. Wszystko trzeba zapamietac. Zapamietane pewnie bedziemy idealizowac. 

Wyspa w zasadzie moglaby uchodzic za raj. Nie jest tak goraco jak w Hiszpanii, ludzie usmiechaja sie i nie podnosza glosu. Da sie tu nawet bez problemu stopowac! Jedynym dostrzegalnym minusem jest w zasadzie Dunczykow stosunek do swojego jezyka :) Nielatwo jest tu znalexc prace nie mowiac po dunsku. Co wiecej, nawet krwi nie moglem oddac, bo nie mowie po dunsku! Ze wzgledow bezpieczenstwa oczywiscie. Moglbym przeciez nieprawidlowo wypelnic ankiete dotyczaca mojego stylu zycia. A nie wszyscy mowia tu po angielsku i co by to bylo, gdyby nie mogli mi w tym pomoc? Brh- mam, wiec jakos nie przywyklem nalegac na oddanie :) Mimo to, bardzo tu w mediach przezywaja to, ze nie maja tzw. rak do pracy. To, ze w 2006 roku (do wrzesnia) 10 tys ludzi (70% z Polski) osiedlilo sie w Danii uznawane jest za sukces polityki przyciagania (jednym z kierunkow przyciagania jest USA hehehe). Nic dziwnego, ze przyjezdzaja, bo nawet listonosz zarabia tu 9 tys zl (a koszty zycia nie sa znowu takie wielkie, a w przeliczeniu na godzine pracy to nawet mniejsze) – jedynym problemem jest to... mowienie po dunsku. Co latwe nie jest ;) Autobusy z praca jezdza wiec nie tylko po Polsce, jezdza tez po Danii. Mozna dzieki temu zaczac sprzatac, pracowac w kuchni, albo... trafic do armii!!!

Z zabawnych rzeczy jakie przychodza mi do glowy:

  • 70% Dunczykow chce, zeby przyszly parlament byl bardziej lewicowy. W kraju, w ktorym rzadzi partia nazywajaca sie ”Lewica”.
  • Nie moge zajmowac sie tu moim hobby w zmienianie billboardow – tu w zasadzie nie ma billboardow!!!
  • Konserwatysci bardzo chcieliby obnizenia podatkow w Danii – do 50%
  • Kultura rowerowa powala na kolana. Nie zdawalismy sobie sprawy jak wiele jest sposobow na, chocby, bezpieczne przewozenia dzieci na rowerze.
  • Mam wrazenie, ze co druga ulica ma w nazwie slowo ”mose” tzn. Bagna. Mamy ulice czarnych bagien, zielonych bagien, doliny bagien itp.
  • Przyjechalismy tu, zglosilismy pobyt, dostalismy nasze numery CPR i... okazalo sie, ze mamy ubezpieczenie zdrowotne. Nie musimy niczego wykazywac, biegac, pilnowac, udowadniac. Jestesmy ubezpieczeni tu i do trzech miesiecy za granica :)
  • Dunczycy, tak jak Polacy, poslali wojska do Iraku i Afganistanu. Jedynym akceptowanym tu wyjasnieniem jest to, ze chciano pomoc ludziom w tych krajach. Trudne do wyjasnienia byloby polskie stanowisko – prowadzimy te wojne dla pieniedzy (ktorych nie dostalismy)
  • Mamy w domu sterte gazet, zadnej nie kupilismy. Jestesmy zalewani darmowymi gazetami (nie reklamami, gazetami). Dunczycy czytaja caly czas i wszedzie.
  • W Polsce slyszy sie czesto, ze w tych skandynawskich krajach jest tak ciezko, ze ludzie z nich uciekaja. Owszem, Dunskie panstwo nie moze doliczyc sie ok. 7200 swoich obywateli (w Szwecji – 28 000). Uciekli lub ukrywaja sie, bo nie chca splacac swoich kredytow studenckich!!
  • Czesc lata spedzilismy w kurzu, pod namiotami, dyskutujac z aktywistami m.in. o polityce UE, ONZ, WTO, Banku Swiatowego itp. Tu, na zajeciach o celach milenijnych w Afryce, jest temat o polityce Narodow Zjednoczonych – przychodzi koles z biura ONZ i sie tlumaczy.




Tyle sie najezdzilismy po Europie i w wielu miejscach goszczono nas naprawde wspaniale, tak ze teraz – pierwszy raz w naszym zyciu – mamy okazje troche ”pooddawac” tego dobrego, cosmy dostali. Zapraszamy wiec do naszego malego mieszkanka, najwiekszego jakie dotad mielismy (2 pokoje i kuchnia, i lazienka).

niedziela, 26 sierpnia 2007

Na pohybel hiszpańskim kierowcom i zeschłej ziemi, która ich nosi

Wyruszyliśmy więc z Ecotopii w czwartek. Nie zdecydowaliśmy się na wzięcie udziału w akcji niszczenia pola genetycznie modyfikowanej kukurydzy. Z pewnością byłoby ciekawie, ale to mogłoby nas na długo zatrzymać w Portugalii (jeśli lokalna policja zdecydowałaby się na coś więcej niż 'masaż' aktywistów). Pierwszego stopa złapaliśmy dość szybko - świetnie mówiąca po angielsku Portugalka z córkami zabrała nas prosto do centrum Lagos. Potem zaczęło się mozolne wydobywanie się na jakąś stację na autostradzie. Po wielu godzinach marszu i krótkich podjazdach wylądowaliśmy na stacji, gdzie rozmarzyliśmy się dość osobliwie. Zaczęło się jak zwykle od "Jeszcze nigdy...": jeszcze nigdy nie zatrzymał się ktoś, kto łączyłby w sobie obrzydliwe bogactwo z paskudną rozrzutnością, ktoś kto zabrałby nas bezpośrednio do Sewilli, gdzie zaoferowałby nocleg, po czym następnego dnia pokazał Granadę. Zaraz po tym powiedziałby, że w zasadzie jedzie do Paryża, gdzie moglibyśmy się u niego zatrzymać. W Paryżu mogłoby się okazać, że w zasadzie ma wolne mieszkanie w Kopenhadze, które mógłby nam odstąpić na czas naszego tam pobytu. Oczywiście wiązałoby się to z pewną niedogodnością - trzeba by opiekować się tam kotem, za powiedzmy 30 euro za godzinę (nie żeby to był jakiś tygrys, po prostu nasz kierowca orientuje się w cenach i nie chce psuć rynku) itd. Łatwo się zorientować, że czasu mieliśmy dość, a okazji tego wieczora jakoś niewiele. Ale wyobraźcie sobie, że nagle widzimy naszego kierowcę - uśmiechniętego pana wesoło machającego do nas ręką. Jednego tylko nie wzięliśmy po uwagę - człowiek tak rozrzutny podróżował Porsche, a ci którzy wiedzą jak to wygląda, domyślają się zapewne i tego, że w takim samochodzie zmieściłby się co najwyżej tylko nasz plecak. I szlag trafił taką fajną fuchę w Kopenhadze :(

Namiot rozbiliśmy na stacji, a rano pierwszy zapytany kierowca zabrał nas do uroczego Faro.



W Faro też było ciężko, ale teraz, z perspektywy czasu już wiemy, że nadużywaliśmy znaczenia tego słowa. Wręcz migiem (tzn. tego samego dnia) znaleźliśmy się na stacji, na granicy portugalsko-hiszpańskiej. Śmiesznie i strasznie było, gdy zaczęliśmy na własnej skórze odkrywać różnicę między kierowcami portugalskimi a hiszpańskimi. Portugalscy przyjaźni, życzliwi, komunikatywni, a na tej samej stacji hiszpańskie mruki, które zaczepione po angielsku nie były wstanie wydobyć z siebie żadnego (!) słowa w żadnym języku. Wiedzieliśmy już, że czeka nas droga przez kraj barbarzyńców. usiedliśmy w kawiarni napić się kawy, nagle zobaczyliśmy człowieka z dredami - rzucamy wszystko i idziemy za nim (ten musi przynajmniej wiedzieć co to stopowanie). Na stacji okazuje się, że takich jak on stoi tam pełen samochód. Śmiejemy się, że jak następnym razem zobaczymy człowieka z dijeridoo, to też rzucimy wszystko. Ze stacji zabiera nas holenderko-indonezyjka mieszkająca w Hiszpanii (doświadczona stopowiczka), która po uwolnieniu swojego chłopaka z portugalskiego aresztu (niesłusznie zatrzymany, mimo to pobity) wracała właśnie do Hiszpanii. Chłopak był muzykiem, oczywiście grającym na dijeridoo :) Wspaniały to był stop, prosto do Sewilli. Już sie pożegnaliśmy, a jeszcze wrócili po nas i zaproponowali wyjście do baru. Bar był jak garaż bardziej (z zewnątrz). W środku kilku podpitych starszych panów. Nagle zaczęli śpiewać. Nasz Portugalczyk zaproponował, że przyniesie gitarę z samochodu.



Zaczęły się prawdziwe popisy andaluzyjskiego falmenco - starsi panowie uczyli młodego poprawnie grać po andaluzyjsku. Pobyt w tym barze okazał się jednym z bardzo niewielu miłych chwil w Hiszpanii (nie licząc kraju Basków, który wspominamy miło). W Sewilli upał, ale od razu spotkaliśmy znajomego Czecha z Ecotopii, więc przez kilka godzin było nam wszystkim raźniej. Trochę pozwiedzaliśmy, ale ani do katedry (to zwykle takie muzea dla ubogich), ani do informacji turystycznej nie zdążyliśmy. Byliśmy w tak świetnych nastrojach, że postanowiliśmy starym sposobem zamknąć bagaże w szafce na dworcu i spędzić noc najciekawiej jak się da. Ostatecznie spaliśmy na ławeczce nad rzeką, ale niestety G bardzo źle sie poczuła. P zresztą też. Nadeszła ecotopijna biegunka ;(



Rano okazało się, że katedra sewilska nie jest typowym kościołem, bo wstęp jest płatny. Wydelegowaliśmy jedną osobę (obciążoną niższym kosztem), żeby zbadała konstrukcję od wewnątrz. G weszła do Babilonu za 2 euro razem z całymi chmarami uśmiechniętych płacących po 7,5 euro. P siedział przed wejściem, na ławeczce której nikt nie robił zdjęć, bo wszyscy fotografowali i kamerowali to, co strzeliste. P nie wyglądał chyba na żebraka, choć w zasadzie siedział w miejscu, które dawniej było ich miejscem. Niby ładny taki, ubrania kolorowe, ale... muchy wiedziały swoje :/ Przestałem się dziwić filmowanym, głodującym w Afryce - oni nigdy nie oganiają się od much, P też się nie chciało, żeby nie zwracać uwagi i na siebie i na ten osobliwy problem. Myślał sobie przy tym, że jak już G zapłaciła i weszła do jednej z podobno największych i najwspanialszych świątyń na świecie, to może mogłaby się tam pomodlić! Konkurencji praktycznie żadnej, bo o co mogą modlić się ludzie płacący po 7,5 euro za wejście? O lepszą pracę dla A, żonę/męża dla B, żeby C mniej czasu spędzał przed komputerem...? A G mogłaby się pomodlić na przykład o 100 tysięcy mniej biegunek w Darfurze, gdzie ta dolegliwość jest najczęstszą bezpośrednią przyczyną śmierci i może jeszcze o dwie mniej w Sewilli. Z resztą już sobie jakoś chyba poradzimy. Tylko nie do końca wiadomo czy katedra wypełniona złotem wydartym razem z milionami istnień w Ameryce jest właściwym miejscem wznoszenia jakichkolwiek modłów. To tak jakby współcześnie ozdabiać cokolwiek diamentami. Same w sobie jak i złoto, może i piękne, ale jakoś bardziej - przynajmniej diamenty - nadają się do ozdabiania obozów koncentracyjnych. No, dużo P miał czasu na rozmyślania pod tym kościołem :))


W zasadzie niewiele więcej zobaczyliśmy w Sewilli, bo trzeba było biegać od cienia do cienia. A na biegunkę pomogły tabletki :) W końcu wyszliśmy poza miastem stopować. Długi to był marsz w poszukiwaniu stacji benzynowych. Dla Hiszpanów każda wydaje się wielka, dla nas każda mała. Nikt tam się nie kwapił do zabrania nas dalej. A marzyliśmy o Granadzie. Po wielu godzinach, już wieczorem, P zupełnie opadł z sił. Za to G nabrała energii. Wyprowadziła nas z powrotem do centrum i wsiedliśmy w autobus do Cordoby - słyszeliśmy, że też piękna. Granada widać i tym razem nam nie pisana (w końcu to już drugie podejście pod to miasto). Skontaktowaliśmy się z człowiekiem z Hospitality Clubu, który powiedział, że wyjdzie po nas i pomoże nam w mieście, bo przyjedziemy w nocy. Tuż przed przybyciem do Cordoby przyszedł jednak sms, że nici ze spotkania. Na miejscu nikt nie mówił w zrozumiałym języku. Na to mamy jednak radę - trzeba iść do drogiego hotelu - tam zawsze mówią po angielsku, mają mapę i potrafią pomóc. G dowodziła i zaprowadziła nas na camping. Cieć nie chciał nas wpuścić, ale minęliśmy go. Rozbiliśmy namiot po całkowitemu ciemku. Ruszyliśmy pod prysznic. Trudno opisać jaką prysznic potrafi być ulgą w mieście, w którym o pierwszej w nocy jest wciąż powyżej 40 stopni gorąca. Niech wskazówką będzie, że P tak się zrelaksował, że aż się tam zrzygał. Kolejny dzień to upał, żar jakiego dotąd nie znaliśmy. Jedzenia minimalna ilość. Na ulicach żywej duszy. Poszliśmy szukać mieszkańców do jednego z niewielu czynnych tego dnia (niedziela) miejsc, czyli na cmentarz. Część mieszkańców Cordoby już tam była, ale sporo ich jeszcze brakowało. Przygotowaliśmy plan opuszczenia miasta. Wydawał się świetny. Zaczęliśmy jego realizację od wczesnych godzin porannych kolejnego dnia. W skrócie wyszło tak: oprócz jednego zboczeńca (pierwszy raz trafił się nam taki koleś - współczucie dla samotnie podróżujących dziewczyn!) i piętnastu kilometrów marszu w pełnym słońcu to nie wydarzyło się nic. Wieczorem wróciliśmy do centrum, spaliśmy na ławeczce w parku jak klasyczni bezdomni, cierpiąc chyba standardowe dla bezdomnych katusze jak budzenia przez debili krzyczących swoje 'Ola!'. Nasze organizmy w rozsypce zebrał rano i zaprosił na kawę, kierowca TIRa - Hiszpan, który kiedyś stopował i czekał 2 godziny (co było dla niego koszmarem). Niestety nie jechał w kierunku Madrytu.



Stopowaliśy tak długo jak się dało. Buty P rozsypały się po raz kolejny - szara taśma nie trzymała ich zbyt długo. W końcu zdecydowaliśmy się na jeszcze jeden wysiłek i pomaszerowaliśmy na dworzec autobusowy. Zmasakrowani podjechaliśmy do Bailen - miejscowości, gdzie wg naszych analiz, powinno być łatwiej złapać międzynarodowe TIRy, a przede wszystkim łatwiej dostać się na stację na autostradzie. Przemieszczanie się zawsze dodaje trochę otuchy, więc jak tylko wysiedliśmy z autobusu ruszyliśmy marszobiegiem z nadzieją... Jeden polski TIR nam się zamajaczył, ale tak poza tym sami Hiszpanie. Cholernicy mają jakiś postfaszystowski syndrom panicznego strachu przed policją, a zabranie stopowiczów uważają najwyraźniej za nielegalne. Dowiedzieliśmy się, są regiony, gdzie stopowanie w Hiszpanii jest szeroko praktykowane, więc ponad wszelką wątpliwość wielu z kierowców wiedziało co robimy na drodze. Przenocowaliśmy na jakiejś górce przy drodze z widokiem na Linares. W nocy rozszalał się wiatr i żeby zasnąć musieliśmy pozatykać sobie chusteczkami uszy. Rano po prostu szliśmy. Nawet nie stopowaliśmy, szliśmy. Nieoczekiwanie zatrzymał się były żołnierz, który (mówił po angielsku) swoje w Hiszpanii przeszedł, więc emanował zrozumieniem. Zawiózł nas na najlepszą możliwą stację, opowiedział o niej i o drodze, uprzedził obsługę o tym, co będziemy robić, popytał kierowców. usiedliśmy przed stacją z karteczkami i czekaliśmy. Chyba osiągnęliśmy jakiś niesamowity stan, w naszych wyobrażeniach podobny do tego co słyszeliśmy o jodze typu Vypassana (czy jakoś tak) - całkowita obojętność na ból. Nawet zaczęliśmy śpiewać weselsze piosenki (a nie 'Boże coś Polskę', 'Nie rzucim ziemi...' itp., którymi raczyła nas w Sewilli G). Po 8 godzinach... tak, chyba po 8 godzinach na zatłoczonej stacji przygarnęło nas dwóch Brytyjskich kierowców. Było ich dwóch, a mimo to zmieściliśmy się bez problemu. Byliśmy pierwszymi stopowiczami jakich wzięli od 11 lat. Dawno już nikogo nie spotkali w Hiszpanii. Przebyliśmy wspaniałą podróż aż do Burgos. Jazda z nimi była jedną z najprzyjemniejszych stopów ever :) W zasadzie to byli Walijczykami, a jeden z nich trochę... tłumaczył drugiego. Zanim nas wzięli przeprowadzili na nas test, który zdaliśmy - warunkiem było mówienie po angielsku ;)



W Burgos, na stacji, którą znaliśmy, znaleźliśmy polskiego kierowcę, który wprawdzie nie kwapił się chyba z początku do tego, by kogokolwiek zabierać, ale... Przespaliśmy się w namiocie i rano staliśmy przy jego samochodzie zanim ruszył. Nie opuściliśmy go przez 3 dni! Dojechaliśmy razem aż do samej granicy holendersko-niemieckiej. Pobawiliśmy się razem, podyskutowaliśmy, tłumaczył nam co się w Polsce działo, od kiedy wyjechaliśmy, bo nic z tego (polityka oczywiście) nie rozumieliśmy :))) To Giertych nie jest Ministrem?!! Z granicy zabrał nas konwój polski prosto do Polski. Pierwszy raz jechaliśmy kampingowym samochodem. Miło, wygodnie, ludzie sympatyczni, ale zmęczeni jak koty :)) i powolutku się jechało. Ale przejechaliśmy całe Niemcy. W Świecku poszli spać, a my od ok. 3 nad ranem próbowaliśmy dalej szczęścia do Poznania lub Wrocławia. Zabrał nas pogranicznik, ale ze wschodniej(!) granicy, który wdrożył nas w tajniki handlu samochodami i pracy służb mundurowych. Wylądowalismy ok. 6 rano na autostradzie w okolicach Poznania. Czekać na nikogo nam się nie chciało, więc ruszyliśmy do Poznania na piechotę. Nie wiedzieliśmy, że to tak daleko. Jakieś 7 km dalej zgarnęła nas służba drogowa (chodzenie po autostradzie jest zabronione) i uprzejmy pan podwiózł nas na przystanek autobusowy. Potem w końcu pociąg do Wrocławia. I jesteśmy.

W przyszłym roku Ecotopia jest w Turcji!
Hmmm.....

środa, 15 sierpnia 2007

Ecotopia

Trudno opisac w kilku zdaniach czym jest i jak to jest byc na Ecotopii. A musze sie streszczac, bo czasu mam nieduzo. Jest to taki coroczny zjazd aktywistow (ze szczegolnym odchyleniem w kieruku ekologii) z calego swiata. W zeszlym roku na Slowacji, w przyszlym w Turcji. W tym roku glownym tematem byly migracje. Zrobilismy wielka demonstarcje w miescie, odbylo sie mnostwo warsztatow - ludzie dzielili sie tym, czego nauczyli sie walczac np. z obozami przejsciowymi (detention camps), gdzie nielegalni, w tym dzieci, spedzaja cale lata.

Co jemy? Generalnie wegansko, ale bywaja wegetarianskie specjaly. Jedzenie jest przekolorowe i pyszne. Niestety przez jakis czas mieszano tu groch, fasole i kapuste, wiec wszyscy maja/mieli problemy zoladkowe. W sumie jemy o niebo lepiej niz podczas podrozy, gdzie raczymy sie zwykle czymkolwiek. Szczegolnie kawa sie liczy.

Poniewaz decyzje podejmowane sa tutaj na zasadzie konsensusu, to miewamy problemy. Nawet nie z tym, zeby osiagnac konsensus, ale sam proces jego osiagania wydaje sie czasem nie miec konca. Tak bylo, gdy na obozie pojawil sie koles promujacy konspiracyjne teorie - wyrzucal ich z siebie mnostwo i w ogole dziwny byl. prowadzil sobie warsztaty, az dziwilo nas, ze tyle osob sie na nie pisze. No coz. Ale raz przegial, bo zalozyl koszulke z tekstem 'watpie w holokaust'. W zasadzie to bylo po hiszpansku, wiec do konca nie jestem pewien czy nie bylo tam czegos blizej 'I deny...'. Malo w tym roku anarchistow, wiec nie udalo sie kolesia po prostu wykopac z obozu. Zaczely sie negocjacje, grupy robocze... 3 dni. Mimo ze reguly ecotopii sa dosc przejrzyste i nosiciele prawicowych przekonan sa raczej proszeni o opuszczenie spolecznosci, to jednak nie wiadomo bylo jak bardzo koles je polamal - przyjeto perwersyjna linie obrony czlowieka uznajac, ze jest po prostu ignorantem i nawet nie zdaje sobie sprawy, ze jego t-shirt nie wyraza jego pogladow, ktore mimo wszystko byly bardziej skomplikowane. Ale zajmowanie sie takimi... zamiast powaznymi warsztatami... Ale OK. Poza tym, problemy z psami byly, ktorych mialo tu nie byc. Z samochodami walczylismy obkladajac je kamieniami i zasypujac pylem ;)).

Najwazniejsi sa tu ludzie. Mimo ze aktywizm wielu sprowadza sie do jarania, a w szerszym rozumieniu do, powiedzmy, aktywnego prowadzenia alternatywnego stylu zycia to i tak jest czego sie pouczyc, doinformowac, podpatrzec, zobaczyc na wlasne oczy rzeczy, o ktorych zwykle tylko sie czyta.

Trzeba wracac juz niestety. Skontaktowalismy sie kierowca, ktory 2 lata temu wywiozl nas szczesliwie z Hiszpanii i okazalo sie, ze wlasnie jest w Madrycie. Nie wiadomo jak dlugo tam zostanie (dzis tj sroda 15.08. jest swieto, wiec nie rozladuja go) i jakie dostanie nastepne zlecenie, ale z pewnoscia w koncu wroci do Polski. Ruszamy wiec jutro stopem na Sewille. Potem zobaczymy, albo na Madryt, albo na Granade, w zaleznosci od okolicznosci. Nie wiadomo czy sie spotkamy, bo w koncu roznie sie dzieje w podrozy, ale milo miec jakis punkt zaczepienia, nadzieje na szybki powrot :)

wtorek, 7 sierpnia 2007

Ostatni odcinek przed Ecotopia

Spedzilismy kilka godzin stopujac w poleconym miejscu. W koncu ruszylismy sie na droge narodowa i od razu zlapal nas sympatyczny czlowiek. Oczywiscie o polskich korzeniach. Specjalnie dla nas przejechal przez srodek zabytkowego miasta, zeby nam pokazac jak jest piekne. Nastepna byla Portugalka, ktora dowiozla nas do Foix. Przeznaczylismy sobie na to miasteczko godzinke. Wspielismy sie z plecakami na najwyzszy punkt, zdjeciunio i z powrotem na droge.

Zwykle jest tak, ze gdy stoimy tak i czekamy az ktos nas w koncu zabierze wymyslamy sobie kierowcow, z ktorymi jeszcze nie jechalismy. Rzadko zatrzymuja sie kobiety, jeszcze rzadziej czarne kobiety, zupelnie rzadko np. czarne kobiety mowiace po czesku itd. Tym razem marzylismy sobie o kims z kim moglibysmy sobie swobodnie po angielsku porozmawiac i najlepiej zeby jeszcze nas przenocowal, bo to irytujace czasami tak szukac noclegu po nocy. No i zatrzymala sie para przesympatycznych Brytyjczkow! Oczywiscie z kieorwnica po zlej stronie. Peter i Mandy zabrali nas az do...San Sebastian. Zahaczylismy o Pampelune. Noc spedzilismy w Oloron. Oni w prywatnym pensjonacie, a my na trawniku przed. Znalezienie tego malego hoteliku nie bylo proste, mimo ze wszystkie strzalki tam prowadzily. Trudno opisac jak bardzo sympatyczni byli 'nasi' Brytyjczycy. Z zabawnych rozmow jakie prowadzilismy ciekawa byla o klasach spolecznych. W UK klasy sa czyms oczywistym, zrozumialym i tylko mlodzi ludzie (podobno) nie bardzo sie tym przejmuja. Ale Peter gotow byl demonstrowac rozmowe z innymi Brytyjczykami, zeby pokazac nam jak te roznice poukrywane sa w jezyku. Ale nie bylo zadnych innych dookola. Oni byli z working klas i nie wybrazali sobie nigdy, ze mogliby np. umawiac sie z kims z klasy sredniej. I nie ma to nic wspolnego z pieniedzmi, z wyksztalceniem... bardziej ze smakiem. Cos bylo na rzeczy z tym smakiem, bo gdy dojechalismy do San Sebastian oni jedynie objechali wybrzeze, zapytali gdzie chcemy wysiasc i stwierdzili, ze oni tu nie zostana. Jak sie potem dowiedzielismy z przewodnika po miescie - San Sebastian to ulubione miejsce klas wyzszych. Objawia sie to tym, ze nie ma zebrakow, ceny sa za wysokie, policjanci przeganiaja z plazy ludzi, ktorzy chcieliby sie tam przespac. Na widok cen lodow oboje z G stwierdzilismy, ze w tej sytuacji to my juz wolimy suchary i wode. Szwedalismy sie noca po miescie szukajac jakiegos bezwietrznego miejsca na drzemke, az tu nagle zaczepiaja nas dwie dziewczyny z dzieckiem i lamanym... niemieckim oferuja nocleg. Wyladowalismy w bardzo ladnym mieszkaniu, nawet nie znamy imion tych ludzi. Wszystko przebieglo tak naturalnie, ze odnieslismy wrazenie, ze nie pierwszy raz ratuja kogos przed bezdomnoscia.

Kolejnego dnia mielismy wyjechac wczesnie rano, ale pogoda nam sprzyjala tj. zachmurzylo sie, wiec wloczylismy sie po miejscie, w ktorym tak wiele osob jada w restauracjach, ze naszym najwiekszym problemem bylo znalezienie sklepu z jedzeniem. Stopowalismy w jakims nie najlepszym miejscu, ale tylko 10 minut, bo zabral nas przemily Bask, ktory oprocz tego ze ze smiechem wykrzykiwal ´jestesmy terorystami´ dowiozl nas do wygodnej stacji benzynowej. Stamtad polski kierowca w okolice Burgos. Piekna stacja tj. duzo tirow, ale jakos nikomu po drodze nie bylo. Spedzilismy tam noc. Rozbilismy namiot. I byla to chyba najgorsza w zyciu noc w namiocie. W srodku nocy nasze poduszki zaczely... bzyczec! Pod namiotem bzyczalo tak, ze wrazenie bylo jakby wszystko bzyczalo. Myslelismy, ze rozbilismy sie na gniexdzie os, ale postanowilismy doczekac do rana. Szczesliwie rano nie bylo sladu po bzyczkach.

Zabral nas przemily i bardzo komunikatywny tirowiec o imieniu Junior, Brazylijczyk. Mielismy do wyboru portugalski albo hiszpanski. Darowanemu koniowi nie zaglada sie w zeby, wybralismy portugalski. Trudno powiedziec jak dochodzilo do tych krotkich chwil, kiedy wszystkim w kabiie wydawalo sie, ze sie doskonale rozumiemy. Ale rzeczywiscie do nich dochodzilo! Choc rzadziej nizby mozna bylo wnioskowac z licznych potakiwan. Spedzilsimy razem ok 20 godzin, bo w miedzy czasie wybuchly dwie opony i chyba z 4h spedzilismy czekajac w upale, na srodku autostrady, na serwis. Rano wyladowalismy u niego w mieszkaniu. Robilismy razem zakupy, poznawalismy mala Brazylie na przedmiesciach Lizbony. Przygotowalismy wspolnie bardzo sycacy obiad.

Po poludniu podjechalismy kolejka do centrum. Bagaze do skrytki i zabieramy sie za zwiedzanie. Miasto przepiekne. Rownac sie moglaby w naszych przynajmniej wyobrazeniach jedynie Padwa. Nie tylko jest jednak rozlegle, przez co nie dalismy rady wszystkiego zobaczyc, co miejscami strome. Tramwaje rzeczywiscie sa tak urocze jak na filmach. Jak zwykle praiwe nie przespalismy nocy. Szwedalismy sie po zaulakch, ktore w piatkowa noc wybuchly imprezami. Bylo milo na brazylijskiej imporezie pod pomnikiem jakiejs meduzy czy czegos podobnego. Nad ranem okazalos sie, ze dworzec zamkniety, wiec na laweczce grzecznie czekalismy rana. O 6 razem z bezdomnymi kawa rozpoczelismy nasz nowy dzien, ktory mial byc dniem dotarcia na Ecotopie.

Mielismy wziac prom do okreslonej miejscowosci i tam dotrzec na wielka stacje benzynowa - taki mielsimy plan po przestudiowaniu poradnika jak wystopowac sie z miasta. Wzielismy jednak zly prom (2 osoby nam spontanicznie, choc xle doradzily) i nie mielismy odwagi zeby zawrocic. Tak widac mialo byc. Tak, miewa sie takie mysli podczas stopowania. Jest jak jest, trzeba sobie z tym poradzic. Mozna narzekac i mowic, ze najlepiej to znajdzmy autobus do domu (P to praktykuje czasem), ale zwykle i tak trzeba brnac do przodu. Brnelismy. Stanelismy wyczerpani na jakims nie najgorszym miejscu, ale twarze kierowcow byly puste.

W koncu zatrzymal sie czlowiek, ktory piowiedzial, ze wieczoem rusza na poludnie. Jakos go przekonalismy chyba i dowizl nas od razu na miejsce. Gdzie zostal z dziecmi 2 dni. Ot i cala historia. Moze wzbogace ja o kilka szczegolow jeszcze kiedys.

niedziela, 29 lipca 2007

Carcassonne

Miasto nie jest wielkie, ale goruje nad nim potezn sredniowieczny zamek. Z zewnatrz wyglada okazale, bo w zasadzie jest to cale miasto otoczone murami, ale wewnatrz same sklepy i restauracje - wszystko dla turystow. Przeniknelismy do wewnatrz na kawe. Z polskich akcentow, w samym centrum znajduje sie Bulwar Warszawski.
Dzisiaj tj. w niedziele bylismy na 'swiecie melona' - pikniku. W Polsce taka impreza bylaby niemozliwa bez gangow ochroniarzy, paramilitarnych organizacji, co do ktorych intencji i kompetencji nikt nie wie nic na pewno. A tu, wino na stolach, orkiestra gra, stragany w serami, zabawkami, lokalnymi odmianami wina i zaledwie 3 policjantow do kierowania ruchem. Urocze. Wielu znajomych Marianne pyta czy pijemy duzo. W koncu jestesmy Polakami. Skoro ruszylismy sie na swieto melona, to pewnie liczylismy na to, ze sa one nasaczone alkoholem. Owszem, spilismy porzucone wino, ale... z umiarem :) W jezyku francuskim istnieje powiedzenie "pijany jak Polak", ale ma/mialo ono raczej pozytywne konotacje - po wspolnej imprezie wojsk polskich i francuskich za czasow Napoleona, Polscy na drugi dzien byli w stanie walczyc.

Co tu wiecej pisac, odpoczelismy. Pecherze zeszly z nog - bedziemy w stanie chodzic! Ruszamy w poniedzialek, bo niedziela nie kojarzy nam sie dobrze - okropnie ciezko zlapac stopa :(

sobota, 28 lipca 2007

Podroze mecza



W koncu trzeba bylo opuscic przyjazna Padwe i ruszac dalej. Wybralismy Bolonie. Nie tylko z uwagi na to, ze "proces bolonski" zmienil nasze zycia ;) Polecano nam to miasto. Przybylismy pociagiem. Okazlo sie, ze upal jest tak nieznosny, ze nie sposob poruszac sie. Znalexlismy najblizszy park i leglismy na trawie. Dopiero po kilku godzinach zabralismy sie za zwiedzanie. Szokiem okazala sie dzielnica uniwersytecka. Wszedzie spotkac mozna bylo panko-bestie (tak Wlosi nazywaja obdartych ludzi z psami). Lokalnym dilerom dobrze patrzylo z oczu, ale te dobermany...
Nieoczekiwanie w srodku miasta trafilismy na festiwal kultury francuskiej. Byla muzyka, byly stare filmy. Bylo nam tam bardzo przyjemnie. Przypadkowo znalezlismy tez jedno miejsce w centrum, gdzie utrwalono pobyt wielkiego poety, Polaka i Slowianina - Adama Mickiewicza. Dosc przyjemne, zwlaszcza ze wczesniej w Padwie spotkalismy Kochanowskiego :)

A w nocy wsiedlismy do kolejnego pociagu i ruszylismy do Genui. Dobrze jest przybyc do miasta rano, gdy nie jest jeszcze goraco. Jak zwykle najpierw ruszylismy na uniwersytet (darmowe toalety, automaty z tania kawa + architektura i atmosfera) i odwiedzalismy to miejsce jeszcze kilka razy tego dnia. Mury miasta i toalety uniwersytetu upszczone sa komunistycznymi symbolami, napisami wzywajacymi do walki, szablonami - jest nad czym sie zastanawiac. Niestety okazalo sie, ze i z tego miasta wszyscy klubowicze hospitality wyruszyli w swoje wlasne podroze. Waskie uliczki Genui to jest to co warto zobaczyc i powachac. Wraz z oddalaniem sie od centrum ilosc wrazen rosnie. Wpadlismy nawet na heroinistow w trakcie konsumpcji.

A poznym popoludniem postanowilismy w koncu odpoczac. Wyruszylismy na poszukiwanie kampingu. Bylismy tak spiacy, ze ledwo tam dotarlismy. Okazalo sie, ze jest duzo drozej niz mowili w informacji turystycznej. Czasami mielismy wrazenie, ze informacja we Wloszech jest po to, by mylic turystow. Strzalki (zwlaszcza w Wenecji) prowadza zawsze najdluzsza droga, tak by zahaczyc wszystkie lokalne sklepiki; oznaczenia informacji turystycznej sa tak pochowane, jak gdyby nikt nie chcial by zostaly znalezione. Na kampingu nie udalo nam sie wbic sledzi w skale, na ktorej kazano nam sie rozbic. Od razu wskoczylismy do morza. Nie tylko dlatego, ze za prysznice slono tam kasowano ;)

Rankiem bez zalu opuscilismy to miejsce z nadzieja, na zlapanie stopa. Na mapie autostrada wygladala na bardzo nieodlegla. Problem polegal na tym, ze piela sie wysoko nad naszymi glowami. Szlismy wiec wzdluz riviery, czasam przystawalismy przy co lepszych plazach. Ich lepszosc polegala na mniejszej kamienistosci. Okolica byla niezwykle malownicza, czasem przechodzilismy specjalnymi tunelami, ale zjazdu na autostrade nie bylo ani sladu. I tak przeszlismy z 15 km. Wieczorem, z Varazze znowu ratowalismy sie pociagiem. Pojechalismy jak najdalej sie dalo - do Ventimigli. Zdrezmnelismy sie jeszcze na dworcu i rano bylismy gotowi na wszystko. Krajobrazy wciaz malownicze, miejscowosc urocza, ale... mozna przywyknac. Sympatyczna Niemka, mieszkajaca we Wloszech, a pracujaca we Francji zabrala nas stamtad. Zaledwie kilkanascie kilometrow dalej, ale w koncu do Francji. Menton to niezwykle piekne miasteczko i ludzie mowia tam bardziej zrozumialym jezykiem ;) Zaraz po francuskim sniadanku ruszylismy stopowac dalej. Zabral nas Paryzanin. Niezwykle przyjemnie rozmawialo sie z nim, mieszy innymi o podobienstwie/rywalizacji kultury wloskiej i francuskiej (wino, moda, muzyka itp.) Francuska wydaje sie jednak bardziej intelektualna, moze przez to, ze Wlosi maja swoj maly RAI :)))

Dojechalismy do Aix en Provance! Miejscowosc Cezanna. Bylismy na nia przygotowani. Nie zdawalismy sobie jednak sprawy, ze tak wiele osob odwiedza te miejscowosc. Tloczno, ale milo. Informacja turystyczna jedna z najlepszych jakie widzielismy. Hospitalowicze oczywiscie w podrozy, wiec trafilismy na kamping - niebo, zwlaszcza w w porownaniu z wloskim: czysto, niedrogo, malowniczo, basen, wygodne lazienki, wybor miejsca nalezal do nas. Cyprysy wszedzie. Zostalismy tam na dwie noce. Niby mielismy odpoczywac, ale wieczorem zorientowalismy sie, ze nie mamy niczego do jedzenia. Poszlismy na ratunkowego falafla do centrum, byl tez melon. Wina po 22:00 nie chcieli juz nam sprzedac. Kiedy wrocilismy na kamping, okolica naszego namiotu pelna byla dymu o znajomym zapachu. Mimo to zasnelismy ;)

Drugiego dnia odwiedzilismy muzeum. G wpadla w zachwyt na widok wielosci ksiazek edukacyjnych dla dzieci wykorzystujacych motywy malarskie. Postanowilismy zapamietac ile sie da. Cieplo, milo i przyjemnie. Mimo pecherzy, rozsypujacego sie plecaka, ataku mrowek na ser plesniowy pozosawiony w namiocie (francskie mrowki zainteresowane byly tylko tym serem, owoce zostawily w spokoju).

Kolejnego dnia (nie bardzo kontroluje dni tygodnia) okazalo sie, ze mamy nocleg w Marsylii. probowalismy tam dostopowac, ale po 3 godzinach zwatpilismy. Radosnie wsiedlismy do autobusu. Niestety w trakcie jazdy okazalo sie, ze nasz host musi jednak gdzies wyjechac z miasta. Znowu z niczym. Doczlapalismy sie do informacji turystycznej. Tam nieoczekiwanie spotkalismy przesympatyczna polska rodzinke z Kanady podrozujaca po Prowansji. Zaczelo sie od rozmowy, potem zaprosily nas na nalesniki do portu i w koncu wyszlo, ze spedzilismy razem dobrych kilka godzin zwiedzajac to malowniczo polozone, portowe miasto. Dzieki nim zaczelismy sie zastanawiac czy to co robimy nie jest zbyt wielkim szalenstwem - pedzimy obolali pzez cala Europe, niewiele zwiedzamy, niewiele poznajemy, nie mamy czasu, ani mozliwosci odpoczacm nacieszyc sie widokiem, co rusz wpadamy w jakies ekstremalne sytuacje. Rozstalismy sie wieczorem. Zaraz po tym, gdy stwierdzilismy, ze trzeba cos zjesc naszym oczom ukazaly sie skrzynki pelne warzyw i owocow, ktore wyrzucono ze sklepu, bo nie byly dosc swieze. Pomidory, jablka, papryka, pomarancze... darowanemu koniowi nie zagladalismy w zeby :)) Wloczylismy sie po miescie do pozna. A rano podziwialismy przecudne wybrzeze i wyspy z najdluzeszj lawki na swiecie. Ten dzien postanowilismy poswiecic na wystopowanie sie z Marsylii. Coz to okazal sie za koszmar?! Miasto pokrecone jest niesamowicie, niby wszystkie drogi prowadza tam gdzie chcesz, ale nikt nie potrafi sie tam poruszac. Widzialem policjantow zatrzymujacych sie na srodku ronda i pytajacych o droge. W dodatku w miescie trudno o cien, od drzewa. Ale ilekroc otwieralismy mape, pochodzil ktos, by nam pomoc! I tak trafilismy w bardzo zacienione miejsce, gdzie postanowislismy zjesc lunch (nakupilismy owocow na jednym z przeuroczych targowisk). Ostroznie wyminelismy halasliwych bezdomnych. Jedlismy sobie wesolo, gdy doszlo do nas ze jedna z bezdomnych kobiet spiewa znajoma nam piosenke. To byla Edit Piaf, a piosenka miala tytul "Je ne regrete rien" - brzmialo to dosc niezwykle w wykonaniu bezdomnej wlasnie. Po poludniu znowu stopowalismy. Nikt sie nei zatrzymywal, ale co chwila podchodzil ktos i radzil przeniesc sie na lepsze miejsce. Schodzilismy cale miasto w ten sposob. Az do wieczora. Kolo 20:00 zatrzymala sie dziewczyna i zdesperowani dalismy sie zabrac do.... Aix en Provance. Liczylismy na to, ze zamkniemy sie tam w kafejce interenetowej na cala noc i nastepnego dnia... bedzie lepiej ;) Ta opcja okazala sie niemozliwa. Na kamping dojsc nei mielismy juz sil. Doszlismy tylko do jakiegos parku. Dobrze, ze zabralismy sie stamtad o 6:50, bo dokladnie o 7:00 uruchomilo sie automatczne spryskiwanie. W tym klimacie nie ma innego sposobu na utrzymanie zieleni. Szczesliwi i wypoczeci ruszylismy stopowac. Zabral nas portugalski kierowca. Chcial zabrac nas do Avignon, ale postanowilimy wysiasc na ogromnej stacji i sprobowac dojechac gdzies dalej tego dnia. Wczesniej bardzo chcielismy dostac sie do Avignonu, ale... w tej okolicy kazde miasto jest urocze, kazde ma swojego malarza, historie, zapierajaca dech architekture, przepyszne wina, soczyste owoce. Zycia nie starczy na wszystko. Stacja, jak zwykle najpierw wydala nam sie rajem, z ktorego wystopujemy sie szybko dalej, ale po 6 godzinach myslelismy juz o niej troche inaczej. W koncu zabral nas stamtad polski kierowca. Twierdzil, ze z daleka rozpoznal Polakow (i jakos mu wierze). Dojechalismy do nastepnej stacji, gdzie nasze usmiechy byly juz calkiem swobodne i naturalne (na poprzedniej byl to zaledwie grymas spowodowany razacym oczy sloncem), gdy na wyjsciu ze stacji znalezlismy wielki kamien z wpisami stopowiczow z calej Europy - szczegolnie uroczy byl jeden polski. Zabral nas Wegier na portugalskich balachach. nadlozyl drogim by dowiexc nas do Carcassonne, gdzie czekala juz na nas Marianne. Wspaniale jest u niej, wciaz tu jestesmy :) Pierwszego wieczora zabrala nas do swoich przyjaciol - na wies. Rozkoszna to byla kolacja, niezwykle ciche miejsce - dom przylegal do opuszczonego kosciola. Chlopaki, bo to para gejow byla, przygotowali prawdziwa wieczerze. Trawala chyba do 1:00, albo i pozniej. Okazalo sie, ze jeden z nich - Midi - jest wlascicielem ksiegarni, drugi (Gijon) - pelen przeroznych talentow, miedzy innymi robi meble.

Jutro, czyli w poniedzialek rano, ruszamy dalej.






piątek, 20 lipca 2007

Padova

Z zabawnych spraw jakie wydarzyly sie w Ljubljanie, to przede wszystkim KUPA. Dziewczyna, ktora oprowadzala nas po stolicy zaposila nas m.in. na lody. Ale nagle okazalo sie, ze w menu w ktorym spodziewalismy sie pucharow lodowych znajdowala sie lista ze specjalami typu: kupa rafaello, kupa after 8:00.

Wyjazd z Ljubljany nie byl trudny. Stanelismy we wskazanym w przewodniku miejscu i po chwili... dolaczyla do nas kolejna para stopowiczow. Wkrotce podjechal wloski kierowca, ktory ucieszyl sie, ze jestesmy z Polski, bo akurat wkrotce jedzie tam na wakacje z rodzina. I wcale nie interesowaly go 'atrakcje turystyczne', ale zainteresowany byl pograniczem wschodnim, puszczami, lasami itp. Zabawne bylo i to, ze opiekunka jego dziecka jest z... Darlowa. Spedzilismy dobrych kilka godzin rozmwaiajac z naszym kierowca o wszystkim, bo akurat angielski nie byl mu obcy ;) A ze akurat tego dnia jechal do Bolonii, to zaproponowal, ze moze przewiexc nas dalej niz tylko do Triestu. Zawahalismy sie. Skonczylo sie na 1h w Triescie i pojechalismy z nim do Padwy! Nie moglismy uprzedzic o tym naszego potencjalnego hosta tam, bo zgubilismy notes z telefonami. Kiedy juz udalo nam sie z nim skontaktowac okazalo sie, ze Nicola wyjechal z miasta! na szczescie wyslal po nas swoich kolegow. Z Fabio i Enrico spotkalismy sie na najwiekszym placu Padwy. Zapieral dech, jest ogromny. Czasami po prostu jest tak, ze ladujemy w jakims miejscie, najczesciej na obrzezach, albo - jak w tym przypadku - w okolicach dworca i nie bardzo wiemy czego sie po miescie spodziewac. Kilka pierwszych godzin poswiecamy sprawom przetrwania. Padwa z poczatku wydawala sie 'taka sobie'. Okazalo sie jednak, ze to miasto jest tak stare, tak nasycone tworczoscia dawna, ze az powoduje u nas tzw. ciarki. W przewodnikach nawet nie wymienia sie tu zabytkow mlodszych niz 500 lat! A jednoczesnie ludzie tu zyja, mieszkaja, studiuja. I to jak studiuja! Trafilismy akurat na sezon obrony magisterek. Coz za przyjemnosc ogladac swiezo upieczonych magistrow, zabawnie przebranych, otoczonych przyjaciolmi i rodzinami, gdy na srodku miasta odczytuja poematy opowiadajace o tym, co przezyli jako studenci! Za kazdym razem, gdy myla sie w tresci, musza sie napic. A ze plakaty z ich wyczynami maja rozmiar A0... Przykro nam sie zrobilo, ze u nas tak nie ma. A Kochanowski mial ;)

Wracajac do chlopakow, ktorzy nas odebrali. Trudno bylo nawet powiedziec na poczatku ile mieli lat. Jacys duzi (bo i graja w rugby), bardzo wloscy cokolwiek to znaczy. jacys tacy nietypowi, przynajmniej jak na podroznikow (bo i nimi nie byli). Mieszkanie okazlo sie wielce dystyngowana studencka miejscowka - 9 osob mieszka tu. Ale nie codzinnie, wiec dostalismy pokoj. Wlasciwie pirwszym od czego zaczelismy zwiedzanie Padwy okazalo sie studenckie zycie nocne. Podstawowy drink to Spritz, wydaje sie niezbyt mocny, ale jakos nikt nie pamieta, zeby wypil wiecej niz 8. Dolaczyli do nas kolejni studenci: Manfred, Pietro... Nie pamietam, zeby kiedykolwiek wczesniej tak dobrze nam sie rozmawialo ze swiezo poznanymi ludzmi. Zaczeli od uczenia nas miejscowych i tradycyjnych przeklenstw: bog-swinia, bog-pies itp. (o Padwie mowi sie, ze to Miasto Swietych, ale jak widac reakcja mieszkancow na to jest czesto awersyjna - uslyszelismy nawet, ze "Bog jest wszedzie... i jest to bardzo irytujace") a potem rozmawialismy juz o wszystkim. Okazalo sie, ze ci wszyscy twardziele uwielbiaja dzieci, czesc z nich pracuje z nimi. Zalili sie, ze maja nawet problemy, gdy chca pocieszyc placzace dziecko. W kulturze przyjelo sie, ze facet interesujacy sie dziecmi jest prawdopodobnie pedofilem. Manfred, ktory niedawno scial wlosy, a pracuje z zakonnicami, zalil sie, ze z krotkimi to w ogole nie ma co podchodzic do dzieci. Co innego z dlugimi, jak P, nikt sie nie przejmuje dlugowlosymi, bo maja ich za komunistow. A komunisci jak wiadomo po prostu lubia dzieci :)) Wiele genderowych tematow podjelismy, jeszcze wiecej miedzykulturowych (zwlaszcza, gdy okazlo sie ze Enrico urodzil sie w Szwecji), uczylismy sie migowego jezyka wloskich pilkarzy i w ogole niezapomniany to byl wieczor. Tak zreszta jak i nastepny, nie mniej obfity.

Aha, wczoraj zrobilismy sobie wypad do Wenecji. Warto. Jest tak niesamowita jak ja opisuja. Na jednym z placow poza centralna czescia centrum spotkalismy wegierska pare, z ktora stopowalismy na wegiersko-slowenskiej granicy. Po pelnej zdumienia rozmowie, stwierdzilismy, ze pewnie nigdy wiecej juz ich jednak nie spotkamy (zamierzali jechac do Wiednia), ale... spotkalismy ich po 5 minutach.